Podkarpacie

Białe szaleństwo na bieszczadzkich stokach

Marek Kozubal
Fotorzepa / Kompala Waldemar
Nie tylko Tatry, Beskidy czy Sudety. Sporty zimowe w równej mierze można uprawiać także na Podkarpaciu, chociażby w Bieszczadach.

Nic dziwnego, że pensjonaty tego regionu zapełniają się w okresie świąteczno-noworocznym czy w czasie ferii. Tłoku jednak nie ma. Przede wszystkim dlatego, że Bieszczady to góry stosunkowo niskie, dlatego amatorzy długich zjazdów po kilkukilometrowych trasach – takich, jakie można spotkać, chociażby w słowackich Tatrach czy Alpach – nie zaznają dreszczyku emocji.

Wysokie Bieszczady wraz z ośnieżonymi połoninami nie mają odpowiedniej infrastruktury do uprawiania tego sportu. Są tylko dla tych, którzy mają odwagę wpiąć w swoje buty narty skiturowe. Jednak w niższych partiach tych gór znajdują się miejsca, do których warto zajrzeć. Szczególnie można je polecić początkującym, a także rodzinom z dziećmi. Nie są to w znakomitej większości trudne stoki, dlatego te góry są doskonałym miejscem do bezpiecznej zabawy na nartach. Dla takich osób ten region wydaje się wprost idealny.

Z roku na rok poprawia się w Bieszczadach zaplecze noclegowe i gastronomiczne. O wyśmienitej kuchni tego regionu wspominałem już kilka razy na łamach „Życia Rzeszowa i Podkarpacia" i przypomnę tylko ogólne odczucie – palce lizać.

Co istotne, coraz większą popularnością cieszą się w tym regionie również narty biegowe. Przygotowano kilka tras do narciarstwa biegowego, m.in. w Woli Michowej, Wetlinie oraz okolicy Ustrzyk Dolnych. Ciekawą inicjatywą jakiś czas temu był zaś bieg narciarski torami Bieszczadzkiej Kolejki Wąskotorowej. Tory ciągle są i nawet jeżeli nie w sposób zorganizowany, można próbować przetrzeć ten szlak na dwóch deskach. Tym bardziej że zwykle warunki śniegowe są dobre, a miłośników zimy otacza wyjątkowa dzika przyroda. Jeszcze niezadeptana przez turystów.

Bieszczady nadają się także do pieszych wędrówek. Na niektórych zboczach można też spotkać miłośników odkrywanej dopiero w tych górach dyscypliny nazywanej snowglidingiem, czyli jazdą na nartach z wykorzystaniem żagla.

W Bieszczadach i najbliższych okolicach, np. w pobliżu Sanoka, Rymanowa czy w Puławach, jest czynnych kilka stacji narciarskich. Można zjeżdżać m.in. w Arłamowie, Lesku, w Ustrzykach Dolnych, wędrować albo zjeżdżać ze stoków Dzidowej, Honu, Trohańca, Gromadzynia, Kamiennej Laworty czy Gruszki.

W pobliżu wyciągów nie ma problemu z wypożyczeniem różnych nart. Stoki są oświetlone i sztucznie naśnieżane, a ceny zdecydowanie konkurencyjne wobec tych spotykanych choćby w Tatrach. Są też instruktorzy do nauki jazdy, a w pobliżu wielu miejscowości znajdują się ośrodki z basenami czy sauną.

Warto przypomnieć, że średni czas zalegania pokrywy śnieżnej w Bieszczadach wynosi ok. 140 dni na obszarach położonych powyżej 800 m n.p.m. oraz około 90 dni na terenach powyżej 500 m n.p.m. Można więc spokojnie planować pobyt w tym regionie na przełomie grudnia i stycznia.

A gdyby tak powiał ciepły, silny wiatr (na Podhalu nazywany halnym) i śnieg został zwiany ze stoku, warto odwiedzić choćby Polańczyk, Solinę, Baligród, Sanok czy przejść szlakiem drewnianych cerkwi. Na bardziej wymagających czeka zaś Muzeum Beksińskiego w Sanoku albo muzeum łańcuckie.

To co? W Bieszczady.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL