Ostatni sezon w hrabiowskiej likierni

aktualizacja: 17.07.2017, 00:00
W fundamencie nowej destylarni w Łańcucie umieszczono ozdobną butelkę ...
W fundamencie nowej destylarni w Łańcucie umieszczono ozdobną butelkę słynnego łańcuckiego rosolisu.
Foto: materiały prasowe

W Łańcucie trwa budowa nowoczesnej destylarni, która ma zastąpić fabrykę wódek i legendarnych rosolisów.

REDAKCJA POLECA

Podczas uroczystości wmurowania kamienia węgielnego pod budowę nowej destylarni w Łańcucie w fundamencie budynku umieszczono oprócz aktu erekcyjnego m.in. ozdobną butelkę słynnego łańcuckiego rosolisu. Już wkrótce ten wyrafinowany likier wytwarzany od dwóch wieków w miejscowej fabryce hrabiów Potockich przejdzie do historii polskiego przemysłu spirytusowego. Jego produkcja w łańcuckim Polmosie trwać będzie tylko do końca 2017 r. W tym czasie budowana za 20 mln euro przez właściciela zakładów, francuską grupę Marie Brizard Wine & Spirits (MBWS – dawniej Belvedere SA), nowoczesna destylarnia powinna już osiągnąć pełną zdolność produkcyjną – 32 mln litrów czystego spirytusu rocznie.

W ubiegłym roku Polmos Łańcut przeszedł gruntowną restrukturyzację. Wytwarzanie wódek przeniesiono do innych zakładów firmy Sobieski, polskiej spółki MBWS. Pracę, pomimo protestów nawet przed ambasadą francuską, straciło 130 ze 159 zatrudnionych. Restrukturyzacja zakładu tak radykalna, że właściwie powinno się mówić o jego likwidacji – dla francuskiego zarządu standardowa optymalizacja kosztów, wynikająca ze spadku w ciągu dwóch lat o 6 proc. krajowego popytu na wódkę – w oczach kilku pokoleń Potockich równałaby się świętokradztwu.

Ambasador pana na Łańcucie

Nawet w latach wielkiego kryzysu lat 30. XX w., gdy ostatni ordynat łańcucki Alfred Antoni Potocki wyprzedawał swe przedsiębiorstwa przemysłowe i kamienice czynszowe, nie wchodziło to w rachubę. „Jedna, jedyna fabryka likierów mimo uparcie powtarzanej opinii, że zamiast przynosić zyski, naraża właściciela na koszty, nie była do sprzedania (...) spełniała bowiem zaszczytny obowiązek ambasadora pana na Łańcucie w kraju i na szerokim świecie" – pisał w autobiograficznej powieści „Palacz z hrabiowskiej likierni" długoletni pracownik zakładu Roman Turek. I dodawał, że pan ów „w wytwórni tej był tak rozmiłowany, że się bez jej widoku obejść nie mógł i gdy nawet gości nie miał, zjawiał się choćby w towarzystwie koniuchów ze stajni".

Chętniej jednak niż stajennych zapraszał hrabia Alfred do likierni znakomite osobistości z kraju i zagranicy – w tym prezydenta Mościckiego, króla rumuńskiego Karola, księcia Kentu Jerzego (brata króla Jerzego VI i stryja Elżbiety II) – by mogły poznać i rozsławić niezwykły smak rosolisów.

45 proc. i rosiczka

Mocne i słodkie likiery, o zawartości do 45 proc. alkoholu i 35 cukru, skomponowali w swych pracowniach w XIV w. włoscy alchemicy. Jak chce tradycja, do rosolisów – „ros solis" to „słoneczna rosa" – dodawano niegdyś liście rosiczki, owadożernej byliny o liściach pokrytych lepkim sokiem przypominającym krople rosy. Włoskie receptury trafiły na polskie dwory i do klasztorów kilka wieków później. W pierwszej połowie XIX w. sięgnął po nie nowy właściciel odziedziczonego po Lubomirskich Łańcuta, pierwszy ordynat łańcucki hrabia Alfred Potocki.

Urodzony finansista i przemysłowiec powziął ekscentryczny zamiar, by w prowincjonalnym Łańcucie, gdzie istniała dotychczas tylko założona w 1764 r. gorzelnia, wytwarzać najlepsze alkohole w Europie. Po pół wieku, u schyłku życia, cel ten zdaniem ówczesnych ekspertów udało mu się osiągnąć. Powodzenie na rynku i międzynarodową renomę likiery z Łańcuta zyskały jednak dopiero dzięki konsekwentnej promocji prowadzonej przez jego syna i wnuka, Alfreda Józefa i Romana Potockich, którzy na rosolisy zapraszali na Podkarpacie m.in. cesarza Franciszka Józefa I. Na przełomie XIX i XX w. wyroby „Cesarsko-Królewskiej Uprzywilejowanej Krajowej Fabryki Rosolisów, Likierów i Rumu jego Ekscelencji Romana hr. Potockiego w Łańcucie" podawano na dworach monarchów i w rezydencjach arystokracji, ale także w domach szerokiego grona zamożniejszych obywateli krajów Europy. Znane były też większości mieszkańców Łańcuta, bo choć wytwarzano je w pomieszczeniach zamkniętych na klucz i żelazne sztaby, alkohol „jak gdyby wciąż z likierni wyparowywał".

Oprócz likierów i rumu produkowano w fabryce także ocet i wodę kolońską, ale jej chlubą były rosolisy, wytwarzane w 60 aż odmianach. Magazyn surowców pod wieżą ciśnień zawalony był po sufit trawami łąkowymi i morskimi oraz krajowymi i zagranicznymi ziołami, a także skrzynkami cytrusów i owoców egzotycznych.

I będzie gorzelnia

Wszystko to przepadło wraz z całym wyposażeniem zakładu, gdy w 1914/1915 r. Galicję okupowały wojska rosyjskie. Los jednak chciał, że hrabia Alfred Antoni odziedziczył w 1921 r. ogromny spadek po Mikołaju Potockim z Paryża i zrujnowaną likiernię odbudował. W okresach dobrej koniunktury pracowała ona na dwie zmiany, produkując głównie na eksport i konkurując w swej specjalności z największą w kraju fabryką markowych trunków, lwowską firmą Baczewskiego.

Ponownie spalona w 1944 r. przez Niemców, a następnie rozszabrowana przez Rosjan hrabiowska likiernia odrodziła się znów jako państwowy zakład produkcji wódki. Usamodzielniona po 1989 r. i sprywatyzowana, w 2004 r. włączona została do spółki Belvedere. Jej najbardziej znanymi produktami były wódki Polonaise, Biała Dama i Łańcut oraz trzy odmiany rosolisu, różany, ziołowy gorzki i kawowy, ulubiony likier cesarza Franciszka Józefa. Udział fabryki w polskim rynku wódek wynosił ok. 10 proc., ponad 1/3 całej krajowej sprzedaży Grupy Sobieski.

W ostatnich dziesięcioleciach w Łańcucie nie destylowano już spirytusu, lecz korzystano z dostaw z innych zakładów. Obecnie sytuacja się odwróci – to nowy zakład w Łańcucie zaopatrywał będzie w alkohol producentów wódek. W tym sensie to powrót do korzeni, gdy przed 200 laty w Łańcucie powstawało nowoczesne polskie gorzelnictwo. Nowa destylarnia będzie przetwarzać rocznie 120 tys. ton różnych zbóż zbieranych z 15 tys. ha, głównie od krajowych dostawców. Zatrudniać ma tylko 47 osób, trzy razy mniej niż likiernia. Część z nich to pracownicy miejscowego Muzeum Gorzelnictwa, którego losy były niepewne. Obecnie powiązane z nowym zakładem, nie tylko przetrwa, ale prawdopodobnie będzie mogło się rozwijać. W jego salach wystawowych w klasycystycznym dworku, gdzie mieścił się niegdyś komisariat dóbr łańcuckich, można obejrzeć eksponaty ilustrujące procesy produkcyjne tzw. ciągu rozlewniczego i historię gorzelnictwa na ziemiach polskich, w tym maszyny z różnych części kraju. Ale chyba najmocniej przemawiają do zwiedzających pamiątki po dawnej likierni – fotografie, dokumenty, dyplomy, cenniki, druki reklamowe, piękne stare etykiety, kielichy degustacyjne i, nieraz wciąż pełne, wymyślne butelki stworzone przed stu laty przez artystów w swym fachu.

POLECAMY

KOMENTARZE