Tanie tankowanie i strzyżenie

aktualizacja: 21.04.2017, 11:39
Na przygranicznych zachodniopomorskich targowiskach przeważający klien...
Na przygranicznych zachodniopomorskich targowiskach przeważający klienci z Niemiec to emeryci i osoby niezamożne.
Foto: Fotorzepa/Bartosz Jankowski

Kolejki po benzynę i kierowcy z kanistrami to codzienne obrazki z Lubieszyna na polsko-niemieckiej granicy. Paliwo jest tu o jedną czwartą tańsze niż w Pasewalku.

REDAKCJA POLECA

Kilkaset metrów od przejścia granicznego są cztery stacje paliw znanych koncernów. I na każdej kolejka. Większość klientów leje do pełna i do kanistrów. Samochody z polskimi tablicami rejestracyjnymi to rzadkość, mimo że benzyna jest kilka groszy tańsza niż w Szczecinie.

– Tak było zawsze. Dużo klientów, duże obroty. Dla nas wygoda. Po co jeździć gdzieś dalej, szukać – tłumaczy nam jeden z kierowców.

Gdzieś bliżej, czyli na przykład 500 metrów, do konkurencji, też nie ma sensu jechać, bo wszędzie ceny są takie same. W przedświąteczną środę najpopularniejsza bezołowiówka kosztowała 4,59 zł/litr, olej napędowy 4,39 zł, LPG 2,18 zł. Za benzynę wysokooktanową płaciło się 4,89 zł, za super diesla 4,59 zł. W piątek ceny spadły jeszcze o 3–5 groszy. A niespełna 30 km dalej, w Pasewalku, bezołowiówka kosztowała 1,37–1,39 euro. W Prenzlau nawet 1,43 euro. Czyli jedną czwartą drożej. To wyjaśnia, dlaczego benzyniarze po naszej stronie granicy codziennie mają żniwa. Tak samo jak Lubieszyn wyglądają okolice przejść granicznych w Krajniku i Osinowie Dolnym. Przy najważniejszej trasie w kierunku Berlina, przez Kołbaskowo, też jest sporo stacji paliw.

Która mineralka lepsza

– Ja jeżdżę po mineralkę do Locknitz, a oni do nas – śmieje się właściciel małego sklepu w Lubieszynie, który wita klientów reklamą „Süßwaren, Getränken, Zigaretten" (słodycze, napoje, papierosy). W środku cała ściana wypełniona opakowaniami papierosów, obok cukierki na wagę, piwo, aspiryna. Podłoga zastawiona butelkami wody, coli, energetyków.

– Kupowanie wody u nas wydaje się bez sensu. Więc o co chodzi? O butelki zwrotne. Tam za plastiki liczą 25 eurocentów kaucji. Niemcom nie chce się jeździć oddawać. Nasze opakowania po prostu wyrzucają – tłumaczy.

Tak jak handlarz od „Süßwaren, Getränken, Zigaretten" nie chce wypowiadać się pod nazwiskiem. Mówi, że na Lubieszynie zarabia od 15 lat. Ladę ma tuż przy wejściu. Przyciąga klientów zapachem kiełbasy i wędzonej makreli (17 zł/kg). Są też węgorze za 140–150 zł/kg.

– Nic droższego nie ma – uspokaja. – Cena zależy od kursu euro, ale też od jakości ryby. Czy to węgorz hodowlany czy prawdziwy, znaczy od rybaków – tłumaczy.

Oferuje halibuta (55 zł/kg), pstrągi, śledzie, sardynki. Niemcy chętnie kupują również salami (35 zł/kg) i żółty ser. Ceny podane są w euro. Płacić można w obu walutach. Ta zasada obowiązuje we wszystkich boksach, z odzieżą, butami, zabawkami, biżuterią.

– Żyjemy tylko z niemieckiego klienta – mówi sprzedawca spożywki. – Od lat kupują u nas te same osoby. Można powiedzieć, że się zakumplowaliśmy. Razem się starzejemy – stwierdza.

Zwraca uwagę, że na przygranicznych targowiskach dominują emeryci. I osoby w średnim wieku, niezbyt zamożne. – Ze wschodnich landów młodzi pouciekali. Tu jest bieda, wysokie bezrobocie. Szczególnie w powiatach sąsiadujących z nami. Bo już na przykład w Słubicach, bliżej Berlina, jest inna klientela – komentuje sprzedawca.

Są zasiłki, jest szaleństwo

Meklemburgia-Pomorze Przednie uchodzi za najbiedniejszy region w Niemczech. Również dlatego mieszkańcy wsi i miasteczek położonych blisko granicy tak chętnie odwiedzają bazary, sklepiki i markety w Polsce. – Robią zakupy z kalkulatorem w ręku. Dosłownie – opowiada pan Jan, przedsiębiorca z Kołbaskowa. – Objeżdżają Biedronki, Netto, Lidle, Auchan, Carrefoura. Tu kupią mleko, tam mięso, jeszcze gdzieś znajdą tańsze warzywa, jajka, makaron – wylicza.

Wspomina czasy, kiedy Niemcy zarabiali i wydawali marki, a nie euro.

– Zmianę waluty odczuli. Przeklinają „Euro-Teuro", czyli eurodrożyznę. Markowe buty kupowali kiedyś za 100 marek, teraz płacą 100 euro – wyjaśnia pan Jan. – To niby sprzyja turystyce zakupowej, ale – generalnie – w portfelach mają mniej.

Największy ruch w interesie jest na początku miesiąca. Bo wtedy w Niemczech wypłacane są świadczenia socjalne.

– Dostają Hartz IV i szaleją kilka dni – potwierdza sprzedawca papierosów z Lubieszyna.

Hartz IV to zasiłek dla osób długotrwale bezrobotnych. Od stycznia br. wynosi 409 euro (żyjący w małżeństwie otrzymują po 368 euro). Osoby o niskich dochodach mogą liczyć na kilka różnych zasiłków. Jest też Kindergeld, czyli prawie 200 euro na dziecko.

– Socjal w Niemczech zawsze wypłacany jest terminowo, więc możemy pod to ustawić swoją pracę – przyznają handlarze z targowiska Sukces. – Jeśli pierwszy wypada w niedzielę, w piątek muszą mieć pieniądze na koncie. I wtedy jest weekend zakupów – dodaje.

– Trochę dłużej. Tak przez dziesięć dni mamy co robić – deklaruje właścicielka zakładu fryzjerskiego „Daria".

Po fryzurę

Tylko w Lubieszynie jest dziewięć szyldów „Friseur". Jadąc w kierunku Szczecina, można doliczyć się kilkunastu, m.in. w Dołujach i Mierzynie. Cennik? Jest znacznie taniej niż w salonach zlokalizowanych w centrum miasta.

– Męskie strzyżenie na sucho kosztuje 5 euro – informuje szefowa „Darii". – Klientki z Niemiec zwykle życzą sobie krótkie strzyżenie z modelowaniem, za 14 euro.

Rzadko trafiają się bardziej skomplikowane usługi typu balejaż.

Popularność przygranicznego fryzjerstwa ma tę samą przyczynę co kolejki na stacjach benzynowych – różnice cen po dwóch stronach granicy.

W Pasewalku, Prenzlau, Schwedt za proste męskie strzyżenie trzeba zapłacić ponad 10 euro. Ceny w Berlinie czy Hamburgu są wyższe. Profesjonalna koloryzacja, cieniowanie, modelowanie, za które w Polsce płaci się 200 zł, za zachodnią granicą kosztuje dwa razy tyle. I to nie w renomowanym salonie.

POLECAMY

KOMENTARZE