Monika Pyrek-Rokita: Szukam następców mistrzów

aktualizacja: 21.04.2017, 11:52
Monika Pyrek-Rokita
Monika Pyrek-Rokita
Foto: Fotorzepa / Bosiacki Roman

W 40-milionowym kraju talent zawsze się znajdzie, ale dużo tracimy przez niedostateczne zaplecze treningowe – mówi Monika Pyrek-Rokita trzykrotna medalistka mistrzostw świata w skoku o tyczce.

REDAKCJA POLECA
20.04.2017
Żaglowce, szukanie bursztynu i sport
18.04.2017
Jak kolarz z kolarzem
11.04.2017
Bieg po życie
10.04.2017
Kaszub z krwi i kości
04.04.2017
Województwo biegaczy
07.03.2017
Adam Małysz: Mamy powody do radości i dumy
Kariera.pl
Menedżer nie musi być wiecznie lojalny wobec dawnej firmy
kancelarierp.pl
Stwórz swoją umowę - szybko i profesjonalnie!

Rz: Niedawno poprowadziła pani konferencję dotyczącą warunków, w jakich trenują młodzi polscy sportowcy. Infrastruktura pozostawia chyba wiele do życzenia...

Monika Pyrek-Rokita: Wydawać by się mogło, że następcy moi czy Roberta Korzeniowskiego, który był gościem specjalnym konferencji, powinni słuchać naszych historii jak opowieści science fiction. Sporo zmieniło się na lepsze, ale wciąż jest wiele miejsc, które są w takim samym albo nawet gorszym stanie. Śmiejemy się, że to oldskulowy styl, mówimy, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Ale z drugiej strony, ile można? Gdy sobie przypomnę, z jakich szatni korzystałam, miałabym duże zastrzeżenia do tego, żeby moje dziecko przygotowywało się w podobnych warunkach.

To były lata 90. Pewnie brakowało wszystkiego.

Pamiętam swoje pierwsze buty. Dziś każdy ortopeda popukałby się w czoło, że takie obuwie zostało w ogóle dopuszczone dla sportowców. Nasze kolce nazywały się Wałbrzychy, były w dwóch kolorach – rudym i brązowym, nie był to szczyt elegancji. Gdy udało mi się wygrać jakieś zawody, otrzymałam cytrynki – żółte jak żarówki adidasy, ruskie podróbki, których w Polsce nie można było dostać. Radziliśmy sobie, jak mogliśmy. Miałyśmy dwie tyczki odziedziczone po chłopakach. Jedną miękką i krótką, drugą twardą i długą. Gdy wyrosłyśmy z pierwszej, a byłyśmy jeszcze za małe na drugą, trener Edward Szymczak wpadł na pomysł, żeby oskrobać kij od miotły, umieścić go na górnej części tyczki, tam gdzie jest otwór, i okleić taśmą. Na takim sprzęcie biłam pierwsze rekordy Polski. Kiedy przeszłam na większą tyczkę, to trener po moim odbiciu wrzucał na przednią część zeskoku dodatkowy materac, żebym się nie potłukła.

Jeździliście za granicę na zgrupowania i przecieraliście oczy ze zdumienia, że można trenować w zupełnie innych warunkach?

Na pierwsze zgrupowanie pojechałam do ośrodka we włoskiej miejscowości Formia, który później stał się taką moją bazą. Tam było wszystko: zeskoki ustawione w każdą możliwą stronę w zależności od kierunku wiatru, hala na wypadek gdyby padał deszcz, przyrządy gimnastyczne. Dziś jest kilka ośrodków w Polsce, góra pięć, posiadających pełen sprzęt do uprawiania skoku o tyczce. W naszym klubie OSOT Szczecin nawet najmłodsze dzieci mają zapewnione odpowiednie tyczki. Ale gdy przeglądam wnioski kandydatów do funduszu stypendialnego w mojej fundacji, to nadal większość chciałaby przeznaczyć pieniądze na zakup sprzętu. Ze świetną inicjatywą wyszła niedawno sieć Jatomi Fitness, oferując młodym sportowcom i ich trenerom wstęp do każdego ze swoich klubów w całej Polsce. Program nosi nazwę Jatomi Champions. Za darmo bez żadnych zobowiązań można korzystać z siłowni, stref relaksu, a nawet pomocy trenera personalnego. Wiele bym dała, by za moich czasów była taka możliwość. Mogło to wpłynąć znacząco na szybszy rozwój, stabilizację, organizację treningu i po prostu, tak po ludzku, na komfort pracy.  

 

Pamiętający poprzednią epokę sprzęt to jedno, ale przerażające jest, że w niektórych miejscach czasem brak rzeczy podstawowych: ogrzewania, klimatyzacji czy nawet toalet. W XXI wieku brzmi to jak ponury żart.

Od razu przypomina się film „Rocky". Człowiek myśli, że w taki sposób hartuje się charakter, ale to działa tylko do pewnego momentu. W prawie 40-milionowym kraju talent zawsze się znajdzie. Trzeba jednak pomyśleć, ile ludzi po drodze tracimy.

Dlatego założyła pani fundację pomagającą młodym sportowcom?

Przez dwa lata prowadziłam program, którego jedną ze stypendystek była Sofia Ennaoui. To, że mogę dołożyć kamyczek do sukcesów takich osób i pomóc im w spełnieniu marzeń, zawsze było dla mnie motywujące. Sama byłam stypendystką różnych funduszów. Lekkoatletyka na początku nie wymaga od rodziców wielkiej inwestycji, ale nie wiem, czy gdyby nie wsparcie finansowe, moja kariera nie skończyłaby się na etapie juniora. Dziś szukam młodych talentów razem z firmą Netto.

Jakimi kryteriami kierujecie się przy wyborze stypendystów?

Nie wymagamy wielkich osiągnięć. Oczywiście, przyjemnie by nam było, gdyby z tej dziesiątki ludzi choćby czwórka miała szansę zakwalifikować się do igrzysk olimpijskich w Tokio. Ale najważniejsze, żeby ten człowiek, który się do nas zgłosi, miał pasję i w minutowym nagraniu przekonał nas, że ma w sobie to „coś" i warto mu pomóc.

Rozumiem, że pierwsza stypendystka – Klaudia Siciarz, halowa rekordzistka świata juniorek w biegu na 60 m przez płotki – ma właśnie to „coś"?

Zdecydowanie. Urzekła mnie swoim ostatnim zdaniem. Powiedziała, że ma nadzieję, iż dzięki stypendium będzie mogła czerpać dalej taką radość ze sportu. I dla mnie to jest istotne, bo ja tę przyjemność w pewnym momencie straciłam. Przykładamy dużą wagę do nauki. Zależy nam na tym, żeby każdy ze stypendystów zdawał sobie sprawę, że sport to jedynie wycinek życia i później trzeba sobie poradzić w normalnej rzeczywistości. Dlatego prosimy o wyciąg ze świadectwa albo indeksu.

Fundusz nazywa się „Skok w marzenia", ale nie ogranicza się do wspierania lekkoatletów.

Interesują nas wszystkie dyscypliny, nie tylko olimpijskie. Otrzymuję na przykład sporo zapytań od zawodników tańca towarzyskiego, czy jest sens, żeby składali wnioski. Odpowiadam, że jak najbardziej, zwłaszcza że w tym roku Wrocław organizuje World Games, gdzie sportowy taniec towarzyski będzie jedną z konkurencji. Uważam, że taniec to naturalna, przyjemna forma ruchu i ogromny wysiłek. Sama tego doświadczyłam.

Wygląda na to, że w tym środowisku nie zapomnieli o pani zwycięstwie w programie „Taniec z gwiazdami".

To było tak dawno, że kroki mi już wyleciały z głowy, ale wiem, że gdyby partner mnie poprowadził, tobym sobie przypomniała. Cały czas utrzymuję kontakt z ludźmi, których tam poznałam. Robimy wspólne imprezy, pojawiam się na spotkaniach z dzieciakami. Myślę nad projektem skierowanym do kobiet, opartym właśnie na tańcu.

Ale wcześniej chce pani wprowadzić do szkół alternatywne lekcje wychowania fizycznego na symulatorach.

Otrzymaliśmy dofinansowanie z Ministerstwa Sportu i Turystyki, ruszamy we wrześniu, na razie w 15 szkołach podstawowych. Chodzi o to, żeby zaatakować młodzież ich własną bronią. Na każdej lekcji będą trzy symulatory, uczniowie będą mogli sprawdzić swoją zwinność czy celność, zmierzyć się z wirtualną Mają Włoszczowską albo oddać strzał do bramki, której będzie bronił wirtualny bramkarz.

Polska lekkoatletyka przeżywa chwile triumfu. Pojawiają się nowe, młode gwiazdy. Wspomniana Klaudia Siciarz, wcześniej Ewa Swoboda czy Konrad Bukowiecki. Ale pani jest z pewnością najbardziej dumna z Piotra Liska.

Z Piotrkiem mieliśmy okazję jeszcze razem trenować, a teraz jest on zawodnikiem klubu, który prowadzimy wraz z mężem. Śmiałam się, że Piotrek za bardzo podąża moją drogą, bo w wieku 24 lat mieliśmy na koncie tyle samo medali i czwarte miejsce na igrzyskach. Powiedziałam mu: „Błagam cię, teraz pisz już własną historię". Jeżeli dalej będzie się tak rozwijał, zdrowie mu dopisze, a tyczki przestaną się łamać, wierzę w to, że spokojnie może zdobyć medal olimpijski w Tokio. Uważam także, że z powodzeniem może atakować rekordy świata.

A z sierpniowych mistrzostw świata w Londynie też wróci z medalem?

Jestem ostrożna w prognozach, bo Piotrek zmienił sprzęt. Będzie korzystał z tyczek, które są cięższe, trwalsze, ale trochę inaczej się zachowują. Musi odnaleźć na nowo swój rytm. Jego skoki na zgrupowaniu w USA wyglądały bardzo obiecująco, ale wstrzymałabym się z oceną do pierwszych startów.

Piotr Lisek mówi, że jest pani jego mentorem. Uczeń przerośnie mistrza?

Bardzo mu tego życzę. Jako junior był zawsze drugi, leżało mu to na sercu. Kiedyś powiedział mi, że poskacze przez rok, a potem wróci do domu i będzie pomagać mamie w rodzinnym biznesie. Tak mnie tym wyprowadził z równowagi, że wykrzyczałam mu, co sądzę na ten temat. Piotrek w przeciwieństwie do konkurentów miał jeszcze ogromne rezerwy. Wierzyłam, że jeśli będzie cierpliwy i przetrwa ten trudny okres, zacznie wygrywać. Mam satysfakcję, że się nie myliłam.

Martwi panią konflikt w polskim środowisku młociarzy?

Wiadomo, że w tak dużej grupie nie wszyscy się lubią i tolerują, za moich czasów również były kłótnie czy przepychanki, ale zawsze się szanowaliśmy. Niepokoi mnie, że to trwa tak długo, ale wierzę, że z każdej sytuacji da się znaleźć jakieś wyjście. Mam nadzieję, że nie pójdzie to w stronę jeszcze większej bitwy.

I że ta zła atmosfera nie odbije się na wynikach...

Rozumiem frustrację pokrzywdzonych, ale trzeba też wysłuchać drugiej strony. Prawda zwykle leży pośrodku. Odczułam na własnej skórze, jak można wyolbrzymić jakiś problem. Kiedy zdobyłam srebro na mistrzostwach świata w Helsinkach, po powrocie do Polski od razu zapytano mnie, czy Ania Rogowska mi pogratulowała. Nieświadoma tego, dlaczego mnie się o to pyta, odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że jeszcze się nie widziałyśmy. Ania wyjechała natychmiast po zawodach. Była rozczarowana, bo rok wcześniej sięgnęła po olimpijski medal i uznawano ją za faworytkę. Zrobiła się burza, że wielka gwiazda Rogowska strzeliła focha. Takich sytuacji było wiele, na szczęście wyjaśniałyśmy sobie wszystkie nieprawdziwe informacje, które o nas krążyły w mediach.

Niedługo minie pięć lat, od kiedy zakończyła pani karierę. Czy przez ten czas pomyślała pani, że może podjęła tę decyzję za wcześnie?

Kiedyś, po szczerej rozmowie z moją przyjaciółką, Brazylijką Fabianą Murer, zastanawiałam się, czy może nie lepiej było przeczekać, odpuścić z rok albo urodzić dziecko i wrócić. Gdy Jelena Isinbajewa zrobiła sobie przerwę, dziewczyny przestały mieć z tyłu głowy, że walczą tylko o drugie miejsce, a pięć metrów jest zarezerwowane jedynie dla Rosjanki. Był taki rok, że skakały regularnie po 4,80 i wyżej. Wtedy pojawiły się wątpliwości, czy nie trzeba było kontynuować kariery. Fizycznie pewnie dałabym radę, ale głowa była już zmęczona tą ciągłą presją i poszukiwaniem doskonałości.

Sport wciąż jest pani bliski. Za chwilę wystartuje pani w charytatywnym biegu Wings for Life. Już po raz czwarty.

Nigdy nie byłam orłem w bieganiu i sama sobie się dziwię, że to polubiłam. Na Wings for Life pokonuję z reguły mniej więcej 10 km. Zajmuje mi to około godziny. Świadomość, że można w ten sposób pomóc w badaniach nad przerwanym rdzeniem kręgowym, jest dla mnie bardzo ważna.

Ma pani za sobą przygodę z dziennikarstwem. Podobało się pani prowadzenie autorskiego programu w Radiu Szczecin?

Bardzo. Adrenalina podobna jak w sporcie. Zawsze bałam się, że po zakończeniu kariery będzie mi takich emocji brakowało. Teraz jednak skupiam się na pracy w hali Azoty Arena i swojej fundacji. Ostatnio wysłałam wniosek do ministerstwa o dofinansowanie pierwszego campu tyczkarskiego dla dzieci z klas I–IV szkoły podstawowej. Jestem po rozmowach z Anią Rogowską, chcemy wspólnie szukać swoich następców.

POLECAMY

KOMENTARZE