Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Opolszczyzna

Naprawdę łšczy nas piłka

Rzeczpospolita, Rafał Guz
Przyjęliœmy za punkt honoru stworzenie listy chłopców i dziewczynek od 11. do mniej więcej 18–20. roku życia, których rodzice lub dziadkowie byli Polakami, a którzy grajš w piłkę w zagranicznych klubach i akademiach – mówi Maciej Choršżyk, mieszkajšcy w Opolu główny koordynator skautingu zagranicznego PZPN.

Rz: Czy to prawda, że zagraniczny skauting w PZPN powstał dzięki Mirosławowi Klosemu?

Maciej Choršżyk: I Lukasowi Podolskiemu. W jakimœ sensie prawda. A pomysł narodził się w gmachu Telewizji Polskiej, podczas mistrzostw œwiata w Niemczech, w roku 2006. Pracowałem wtedy w TVP jako researcher. Jednym z goœci zapraszanych stale do mundialowego studia był Jerzy Engel. Podczas meczów Niemców komentatorzy i goœcie przypominali, że Klose i Podolski urodzili się w Polsce, grajš jednak dla Niemiec. Jerzy Engel był wtedy dyrektorem sportowym PZPN, odpowiedniš osobš do zadania pytania, czy tak musi być. Byłem nikim, ale odważyłem się zaproponować stworzenie w zwišzku sekcji, która monitorowałaby mieszkajšcych za granicš chłopców z polskimi korzeniami. Jerzy Engel na to: niech pan przygotuje ramowy plan zorganizowania i pracy takiej grupy.

No to się pan wkopał.

I tkwię w tym już 12. rok. W dodatku nie zamierzam tej sytuacji zmieniać, bo mi się podoba, przyzwyczaiłem się i mam poczucie, że coœ dla dobra naszej piłki robię.

Co do tego nie mam wštpliwoœci, ale gdyby ktoœ mniej zorientowany chciał poznać efekty pracy pana i grupy, którš pan stworzył, to co by pan powiedział?

Gołym okiem widać najlepiej spotkania, odbywajšce się każdego roku – od dziewięciu lat w Kolonii i od trzech w Londynie oraz chłopców mieszkajšcych za granicš, a trafiajšcych do reprezentacji Polski juniorów. Nie widać codziennej pracy, wykonywanej przez kilkudziesięcioosobowš grupę skautów, już nie tylko w Europie.

Jak to wobec tego działa?

Przyjęliœmy w PZPN za punkt honoru stworzenie listy chłopców i dziewczynek od 11. do mniej więcej 18–20. roku życia, których rodzice lub dziadkowie byli Polakami, a którzy grajš w piłkę w zagranicznych klubach i akademiach. Po pierwsze – żeby te dzieci i ich rodzice mieli poczucie, że o nich w Polsce nie zapomniano. Po drugie – żeby najzdolniejsi z nich trafili do reprezentacji Polski, a nie kraju, w którym mieszkajš.

Jak dużej grupy dzieci to dotyczy?

W bazie mamy ponad 500 osób, ale to się zmienia. Niektóre młodsze dzieciaki rezygnujš, a na ich miejsce przychodzš inne, starsze idš swojš drogš. Ponad 100 dzieci wzięło udział w konsultacjach, a ponad 50 wystšpiło już w reprezentacjach Polski od lat 15 do 21. Do pierwszej dotarło dwóch: Ludovic Obraniak i Adam Matuszczyk. Obydwaj wystšpili na mistrzostwach Europy w Polsce. Matuszczyk podobnie jak Podolski urodził się w Gliwicach. Rodzice wyjechali do Niemiec i on tam zaczynał grać w piłkę. Zanim trafił do naszej pierwszej reprezentacji, jako zawodnik FC Koeln, wystšpił wczeœniej w polskiej młodzieżówce.

Obraniak od razu trafił do drużyny Leo Beenhakkera. Pamiętam, że kiedy efektownie debiutował w Bydgoszczy w reprezentacji Polski przeciw Grecji, pan i żona Obraniaka otwieraliœcie na stadionie szampana.

Bo to była ogromna satysfakcja. Ludo wczeœniej grał w młodzieżowych reprezentacjach Francji, był znanym w tym kraju pomocnikiem FC Metz i Lille. On nie urodził się w Polsce, ale myœlał o grze dla nas. Należało go do tego przekonać i tylko ja wiem, ile to kosztowało zachodu, wyjazdów i przekonywań. Obecnoœć żony Ludo w Bydgoszczy nie była przypadkowa. Ona też nalegała na to, by mšż grał dla Polski. Szkoda, że trwało to doœć krótko.

W jego przypadku decyzja o grze dla Polski to głównie pańska zasługa. Kto przekonuje innych piłkarzy?

Zorganizowaliœmy sieć skautów. W cišgu tych już prawie 12 lat nabraliœmy doœwiadczeń i mamy wsparcie zwišzku. Ale kiedy Jerzy Engel zapalił mi zielone œwiatło, to nie wišzały się z tym żadne pienišdze z PZPN. Szukałem więc chętnych do pracy społecznej na forach, podawałem swój adres mailowy, liczšc na odzew. Okazało się, że dużo osób mieszkajšcych za granicš chce pomagać, tylko nie bardzo wie w jaki sposób. Jedni ulegali moim namowom, inni nie. To byli i sš młodzi ludzie, którzy wyjechali z Polski jako dzieci z rodzicami lub jako doroœli do pracy. W przypadku Niemiec to jest emigracja z lat 80., a Wielkiej Brytanii – ostatnich lat.

Kim sš ci skauci? Czym zajmujš się za granicš?

W większoœci przypadków sš to dawni piłkarze polskich klubów niższych klas, ale zdarza się, że i trzecioligowych, którzy nie chcš zrywać z piłkš na emigracji. Niektórym się poszczęœciło – zostali trenerami w klubach lub akademiach. Bartek Andryszak, pracujšcy kiedyœ w Lechu Poznań, dziœ robi to samo z młodzieżš Queens Park Rangers w Londynie. Tomek Rybicki, koordynator skautów w Niemczech, dostał propozycję pracy w Bayerze Leverkusen. Paweł Kalinowski jest trenerem młodzieży w Hercie Berlin, robi doktorat na AWF w Poznaniu, publikuje w „Trenerze", a z jego pracy korzysta i PZPN, i DFB. Grzegorz Borowiec zajmuje się dystrybucjš systemów do nagrywania meczów na terenie Irlandii. Rafał Pisarzak pracował w Pogoni Siedlce, jest tłumaczem przysięgłym języka angielskiego. Przekrój społeczny grupy skautów jest więc bardzo duży.

Jak liczna jest to grupa?

To się zmienia. W Niemczech liczy oficjalnie cztery osoby, ale jest ich znacznie więcej. Mamy grupę starszych, byłych zawodników, którzy osiedlili się w Niemczech, pomagajš, ale nie chcš, aby wymieniano ich z nazwiska. Na Wyspach Brytyjskich z 20, którzy zaczynali pracę przed pięcioma laty, został jeden, ale przyszli następni i w sumie jest ich nadal około 20. Dawid Ambroży, który był koordynatorem na Anglię, Szkocję i Irlandię, został agentem piłkarskim, a jego miejsce zajšł Przemek Soczyński, który prowadzi znakomitš stronę internetowš skauci.uk. Te zmiany zwišzane sš z sytuacjš życiowš. Ludzie wyjechali przecież do pracy zarobkowej i to od niej zależy, czy mogš się w wolnym czasie zajšć piłkš czy nie. Przecież nikt im za to nie płaci. Mamy skautów nawet w Brazylii, Argentynie czy Stanach Zjednoczonych, bo tam też grajš młodzi Polacy.

Dlaczego ci w Niemczech chcš pozostać anonimowi?

Jakkolwiek patrzeć, jesteœmy dla Niemców konkurencjš. Jeœli pojawia się jakiœ zdolny chłopak z polskimi korzeniami, to czasami niemieckie kluby wolš go schować, żeby mógł kiedyœ włożyć koszulkę z czarnym, a nie białym orłem. A Polacy, którzy tam mieszkajš, dostarczajš nam informacji o takich talentach. Ja też panu nie powiem, do jakich krajów wyjeżdżam i z jakimi zawodnikami choćby z kroplami polskiej krwi rozmawiam. Tym bardziej że czasami na jednej rozmowie się kończy.

Ale głoœno już o przypadkach młodych chłopców, głównie z Niemiec, którzy wprawdzie przyjęli zaproszenie PZPN, ale traktujš polskš reprezentację jako kartę przetargowš w rozmowach ze zwišzkiem niemieckim.

Tego się nie uniknie. Jeœli kilkunastoletni chłopak, sam, pod wpływem rodziców lub agenta podejmie decyzję o grze dla Niemiec czy jakiejœ innej reprezentacji, to my tego nie zmienimy. Możemy tylko robić wszystko, by go nie stracić. Stšd te doroczne spotkania w Kolonii i Londynie czy powołania do reprezentacji Polski.

Brałem udział w kilku takich spotkaniach z chłopcami oraz dziewczynkami w Kolonii i Londynie. Za każdym razem miałem poczucie, że dla wszystkich to było wielkie przeżycie.

Bo tak jest. Na te spotkania – wiosnš w Niemczech, jesieniš w Anglii – przyjeżdżajš dzieci i ich rodzice z całej Europy. Oczywiœcie każdy chciałby, żeby jego dziecko osišgało sukcesy, więc chcš je pokazać, porozmawiać z polskimi trenerami. Zawsze z PZPN oprócz trenerów, Marcina Dorny i Bartłomieja Zalewskiego, przyjeżdżajš dyrektorzy i znani w przeszłoœci piłkarze: Jerzy Engel, Bogdan Basałaj, Stefan Majewski, Wojciech Łazarek, Włodzimierz Smolarek, a goœćmi sš Andrzej Buncol, Jan Furtok, Tomasz Wałdoch czy Andrzej Rudy. Byli także aktualni reprezentanci: Sławomir Peszko, Przemysław Tytoń.Takie spotkania w siedzibie ambasady polskiej w Londynie czy konsulatu w Kolonii, o co dba od lat konsul Jakub Wawrzyniak, to okazja do poczucia wspólnoty. To jest ważne, niezależnie od wyników sportowych. Hasło PZPN „Łšczy nas piłka" sprawdza się w takich sytuacjach wyjštkowo.

I to ma przyszłoœć?

Widać, jak się rozwija. Na te skromne poczštki patrzę dziœ z uœmiechem. Jako młody zapaleniec z wizjš brałem udział w zebraniach Wydziału Szkolenia PZPN, w którym zasiadali jeszcze Władysław Stachurski i Orest Lenczyk. Kiedy słuchałem, wszystko było w porzšdku. Ale kiedy już poczułem się mocniej i zaczšłem zadawać pytania, to przestano mnie zapraszać. Gdy jednak trzeba było głosować: robimy sekcję skautingu zagranicznego czy nie, wszyscy trenerzy byli za. Jednak budżet sekcji pojawił się dopiero za czasów prezesury Zbigniewa Bońka, a zadbał o to osobiœcie Marek KoŸmiński. Teraz już sš pienišdze na wyjazdy.

Rozmawiamy o tym wszystkim, bo to jest ważne dla całej Polski. Ale pan mieszka w Opolu.

Pochodzę z Krynicy. Na Uniwersytecie Opolskim studiowałem dziennikarstwo i socjologię, bo tutaj był wysoki poziom, zapraszano nawet wykładowców z zagranicy. Zostałem w tym mieœcie, chociaż przez kilka lat nosiło mnie po œwiecie. Otrzymałem stypendium Ministerstwa Edukacji na studia we Lwowie, gdzie zgłębiałem stosunki międzynarodowe. Niektóre wykłady odbywały się w języku polskim. Ale kiedy wczeœniej nie dostałem się na studia, zgłosiłem się na ochotnika do wojska podczas wojny domowej na Bałkanach, prawie półtora roku spędziłem w serbskiej Krajinie, w ramach kontyngentu wojsk ONZ UNPROFOR.

Jest co wspominać.

Nie chcę, chociaż do mnie na szczęœcie nie strzelano. Wolę wspominać wyjazdy piłkarskie. Copa America w Wenezueli i Argentynie czy mecz azjatyckiej Ligi Mistrzów w Teheranie, na wypełnionym stutysięcznym stadionie, na którym nie było ani jednej kobiety, to sš przeżycia niezapomniane. I spotkania. W przerwie między meczami Copa America Hernan Crespo opowiadał mi, dlaczego nazywano go El Polaco. Wujek był Polakiem, blondynem, przyjechał do Buenos Aires jako emigrant. Crespo mówił, z jakim szacunkiem traktuje się w Argentynie ciężko pracujšcych Polaków. Jest tam nawet Dzień Polskiego Emigranta, wolny od pracy. Siedzieliœmy przy stoliku. W pewnej chwili przysiadł się młody chłopaczek, który był najmłodszym zawodnikiem powołanym na turniej. Chciał posłuchać. Nazywał się Leo Messi.

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL