Bunt Złego w duchu demokracji

aktualizacja: 24.05.2016, 23:00
Piłkarze nowego klubu to amatorzy i za swoją grę nie dostaja wynagrodz...
Piłkarze nowego klubu to amatorzy i za swoją grę nie dostaja wynagrodzenia. Fot. Bartek Kuzia
Foto: materiały prasowe

W Warszawie powstał pierwszy demokratyczny klub w Polsce – AKS Zły. Każdy może być – chociaż w części – jego właścicielem.

REDAKCJA POLECA

Ktoś powiedział, że wszystkie rewolucje zaczynają się w kawiarniach. Jasne, wiele z nich już na zawsze tam zostaje. Ale my z kawiarni wyszliśmy – mówi rzecznik pierwszego w Polsce klubu demokratycznego AKS Zły Warszawa Piotr Maniszewski – Zaczęło się od rozmów przy piwie. Idea chwyciła, kolejne osoby zaczęły ją podobnymi kanałami szerzyć. Wieść się niosła po warszawskich barach i kawiarniach. Okazało się, że jest nas wielu, że gdy mówisz koledze przy trzecim piwie, że fajnie by było coś takiego zrobić, on nie stuka się w głowę i nie próbuje cię od tego odwieść, tylko zaczyna przyklaskiwać, a po chwili sam chce się zaangażować.

Projekt nie tylko piłkarski

AKS Zły jeszcze nie rozegrał żadnego oficjalnego meczu, a już ma pokaźne grono fanów – nie tylko z Warszawy. – Mamy zaczątek fanklubu w Poznaniu, wspierają nas ludzie z zagranicy – opowiada inny ze współtwórców projektu Kamil Pawłowski. W Złym działają ludzie, którzy byli lub są kibicami Legii, pojawiają się osoby wcześniej zaangażowane na Polonii, ale działają w nim też ludzie z innych miast. Chociażby pani prezes Karolina Szumska jest z Wrocławia i w przeszłości chodziła na mecze Śląska.

Zły jest w takim samym stopniu projektem piłkarskim jak społecznym. A być może nawet bardziej społecznym – gdyż wielkiego futbolu nie sposób się po założonym pod koniec zeszłego roku klubie spodziewać. Co czyni Złego wyjątkowym, to zbitka słów – „pierwszy demokratyczny" . Kluby demokratyczne to nowy fenomen – wciąż na razie niszowy – w Europie. Nie mają właściciela, zarządu, nie są czyjąś własnością. Kluby demokratyczne należą do kibiców – każdego, kto jest członkiem stowarzyszenia.

– Trzeba wypełnić deklarację członkowską. Każdy dostaje nasz statut do przeczytania, gdzie są wymienione ideowe założenia. Jeśli ktoś się z nimi zgadza i je popiera, to może zostać przyjęty. Zostaje członkiem stowarzyszenia i może działać. Ma głos jak każdy inny, czy to członek założyciel, czy to członek zwyczajny – tłumaczy Pawłowski.

Ma być inaczej

A Zły opowiada się właściwie przeciwko wszystkiemu, z czym kojarzy się futbol w Polsce. Począwszy od rasizmu i nietolerancji oraz widocznego tak dobrze skrętu w stronę ideologii narodowej na trybunach, poprzez szemranych działaczy i biznesmenów z niejasnymi koneksjami, na stanowiskach właścicielskich kończąc. – Jesteśmy grupą kibiców, którzy nie godzą się na to, co się dzieje w polskiej piłce. Na chore zależności, układy i układziki w gabinetach dyrektorskich. Działaczy, którzy za wszelką cenę chcą doić właściciela, dostać etat, zostać zatrudnionym, którzy całe życie kręcą się przy klubie i dla których stał się on jedynym źródłem utrzymania. W ich interesie jest, żeby pojawił się bogaty inwestor, którego oni będą wykorzystywać. Dokładnie o to samo chodzi ultrasom, którzy też chcą wyciągnąć z właściciela ile się da, ale w innym sensie. Oni chcą, by karę za racę rzuconą przez nich na murawę płacił właściciel – rysuje obraz polskiej piłki Piotr Maniszewski. – My tego nie chcemy. Chcemy powrotu futbolu do korzeni, do misji społecznej.

– W Polsce samo słowo „demokratyczny" już się źle kojarzy. Że to na pewno jakiś projekt lewacki, nie wiadomo co, w każdym razie najgorsze zło – mówi Maniszewski. – Naszym celem jest wciągnięcie do działania ludzi, którzy interesują się sportem i piłką, ale mają dość tego, co się wyprawia na szczeblu zawodowym. Nie może być tak, że futbol został przejęty od strony kibicowania przez nacjonalistów, a od strony zarządzania przez szemranych działaczy. I trafiamy na bardzo podatny grunt. Bo chyba każdego, kto normalnie myśli o tym kraju, to denerwuje.

– Zdarzało się, że na pierwszych treningach czy spotkaniach pojawiali się ludzie, którzy na miejscu orientowali się, że to nie jest klub dla nich, i szybko znikali – dodaje Pawłowski. – Już teraz jednak mamy około 70 członków plus zawodników dwóch drużyn: męskiej i żeńskiej. Zdarza się, że ludzie do nas podchodzą w trakcie treningów czy sparingów i mówią: „Obserwujemy waszą działalność, śledzimy was na Facebooku, podoba nam się wasz pomysł, chcemy się zaangażować".

Wspólny cel

Klub działa prężnie na polu marketingowym, jest widoczny w portalach społecznościowych, chociaż wszyscy w Złym zdają sobie sprawę, że ta otoczka jest, owszem, ważna, ale trzeba będzie dorzucić do tego przynajmniej przyzwoite występy na boisku. – Ludzie się angażują, chcą z nami działać – opowiada Pawłowski. – Oczywiście nie każdy, kto podpisze deklarację, od razu pojawia się na zebraniach, ale wiele osób bardzo chce w tym projekcie uczestniczyć. Jesteśmy podzieleni na kilka sekcji i każda z nich ma swoje zebrania. Sekcja sportowa, marketingowa, PR, sekretariat itd. Kto się na czymś zna, próbuje pomóc. Nawet nasi piłkarze pomagają nam projektować ulotki. Bardzo mocno działa sekcja imprezowa – dodaje ze śmiechem Pawłowski. – Przynajmniej raz w miesiącu organizujemy koncerty, podczas których zbieramy do puszki pieniądze na funkcjonowanie klubu. Przyjeżdżały do nas nawet zaprzyjaźnione zespoły z Krakowa, niby za zwrot kosztów, a i tak kończyło się na tym, że muzycy wrzucali kasę do puszki.

Finanse też są ważne

A funkcjonowanie klubu, nawet w B klasie, to nie jest tania rzecz. Oczywiście piłkarze są amatorami i nie dostają wynagrodzeń. Najdroższe są jednak boiska. Wynajem pełnowymiarowej murawy w Warszawie to materiał na osobną historię. Boiska przy szkołach potrafią być popołudniami zamknięte, gdyż hałas przeszkadza sąsiadom. Gorzej jednak, że dyrektorzy szkół oddają wybudowane za publiczne pieniądze boiska w ręce prywatnych firm, które na wynajmie robią świetny biznes. Zły prawdopodobnie będzie rozgrywać mecze na obiekcie przy ulicy Kawęczyńskiej – godzina boiska tylko dla siebie to wydatek rzędu 400 zł. A przecież Zły ma dwie drużyny.

Oba zespoły piłkarskie rozpoczną granie na serio w czerwcu. Mężczyźni od najniższego szczebla rozgrywek, czyli B klasy, kobiety też od najniższego, ale w ich przypadku jest to III liga (czwarty poziom). Piotr Maniszewski nie ukrywa, że marzy mu się awans szczebel wyżej, ale nie daje się też ponieść hiperoptymizmowi. – Misja społeczna, oczywiście, ale koniec końców to jest sport. Oczywiście, chcemy walczyć o awans. W tym sporcie cholernie ważna jest kasa, nawet na naszym szczeblu. Przy czym budżet Złego to jedna wielka niewiadoma. Jeśli uda nam się utrzymać zainteresowanie, ściągnąć na trybuny te kilkaset osób skłonnych zapłacić 10 zł za obejrzenie meczu, być może pozyskać kilku sponsorów, to najwyżej w tym sezonie po prostu otrzaskamy się z rzeczywistością ligi, a w przyszłym powalczymy o awans.

Tak jak FC United of Manchester

Klubów demokratycznych, w których kibice sami są sobie zarządem i właścicielem, powstaje w Europie coraz więcej. Dla większości z nich – także dla Złego – wzorem do naśladowania jest oczywiście FC United of Manchester. Klub powstał w 2005 roku po buncie w Manchesterze United. Grupa kibiców nie chciała się godzić na rządy amerykańskiej rodziny miliarderów – Glazerów – którzy kupili legendarny klub. Dziś, po 11 latach, klub ma 5 tysięcy członków, z których każdy ma prawo głosu. Buntownicy zaczynali od najniższego – dziesiątego – szczebla w Anglii, dziś są już na szóstym. Przede wszystkim jednak wybudowali własny stadion – Broadhurst Park. Mogący pomieścić 4 tysiące kibiców obiekt kosztował 6,5 milionów funtów, ale ponad połowa z tych pieniędzy pochodziła ze składek członków klubu oraz crowdfundingu. Dziś FC United of Manchester na każdym meczu dopingowany jest przez średnio 3,5 tysiąca kibiców, co jest najwyższą frekwencją w historii szóstego poziomu rozgrywkowego. A bycie kibicem FC jest po prostu modne.

– FC United wyrósł z czystej niezgody na to, czym jest modern football – mówi Maniszewski. – Wierzę, że za kilka lat możemy mieć w Warszawie klub, który będzie przyciągał więcej kibiców niż zespoły z II ligi czy nawet z pierwszej. To jest ten moment w historii Polski, gdy ludzie się zorientowali, jak niewiele mogą zmienić na samej górze. Dlatego mamy rozkwit ruchów miejskich. Ludzie chcą zmieniać swoją lokalną społeczność, zaczynać oddolnie. Piłka jest szalenie ważna, ale ma być tylko pretekstem do stworzenia pewnej społeczności. W planach mamy działalność kulturalną, stand-upy, sztukę teatralną, płytę muzyczną. Działalność społeczna to jest to, od czego futbol tak naprawdę zaczynał, a co przez lata stracił, zmieniając się w dość brudny biznes.

POLECAMY

KOMENTARZE