Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Mazowsze

Dziwny naród z bujnš wyobraźniš

teatralna.com, Kasia Chmura-Cegielkowska
Mikołaj Grabowski, reżyser opowiada o premierze „Min polskich", która odbyła się w Teatrze Polskim w Warszawie 29 stycznia.

Rz: „Miny polskie" to znakomity tytuł, który lokuje nas w samym centrum gombrowiczowskiego patrzenia na polskoœć, które intryguje pana od lat i napędza pana twórczoœć. Czego tym razem możemy się spodziewać w spektaklu?

Mikołaj Grabowski: Historia powstania tego tekstu jest następujšca: parę lat temu przyszedł do mnie Tadeusz Nyczek z propozycjš przeczytania scenariusza, który nosił intrygujšcy tytuł „Miny polskie". Przeczytałem i pomyœlałem – co to za szatański pomysł! Poprosiłem Tadzia o możliwoœć wtršcenia swoich trzech groszy do jego adaptacji. Pozwolił. Dodałem parę tekstów, on w odwecie podsunšł nowe, na co ja odpowiedziałem kolejnš zmianš. I tak, wędrujšc od Nyczka do Grabowskiego, powstał tekst, którego premiera miała miejsce w Toruniu w grudniu 2014 roku. Scenariusz grany w Teatrze Polskim jest mocno zmieniony. Przede wszystkim pojawiło się w nim nazwisko księdza Jędrzeja Kitowicza z jego „Opisem obyczajów". Zmiana doœć zasadnicza, bo do starej trójki autorów – Bogusławskiego, Wyspiańskiego i Gombrowicza – doszedł autor może przez Polaków niedoceniony i mało czytany, ale diagnozujšcy rzeczywistoœć XVIII wieku jak nikt inny. Chcšc być precyzyjnym, muszę jeszcze powiedzieć o włożonych do scenariusza małych fragmentach zaczerpniętych z „Pamištek Soplicy" Henryka Rzewuskiego. Teksty tej czwórki tworzš niezły pasztet, a właœciwie bigos polski. Pracujšc nad nimi, muszę przyznać, że się łatwo w spektakl nie składajš.

Na czym polega ta trudnoœć?

W tym, można powiedzieć, tańcu polskim teksty autorów przeglšdajš się w sobie nawzajem. Kłócš ze sobš, spierajš się, czasem chodzš pod rękę, a czasem wystawiajš język. W tym wszystkim jest sporo zabawy literackiej; możemy obserwować nakładanie się, wzajemne przenikanie gatunków literackich, stylów epoki, a także idšcych za tym rodzajów teatru. Ale oczywiœcie zabawa literacka nie jest tutaj najważniejsza. Najważniejsze jest podkładanie luster nam współczesnym i rywalizacja powstajšcych odbić. To stwarza dobrš okazję do przyjrzenia się minom, które autorzy robili lub usiłowali robić sobie współczesnym, a już na pewno nam – dzisiaj żyjšcym. Każda z tych min wyrasta z innej rzeczywistoœci i przyprawia innš gębę. Nie podejrzewam, żeby ci autorzy mieli pełnš œwiadomoœć, jak bardzo zacišżš nad widzami lub czytelnikami czasu dzisiejszego. A jednak, według mnie, robiš to doœć perfidnie.

A skšd wzišł się Bogusławski, założyciel Teatru Narodowego?

Nad minami Wyspiańskiego, Kitowicza czy Gombrowicza Bogusławski sprawuje niejako dozór. Jego „Mimika", czyli nauka gry scenicznej, jest przecież wykładem o tym, że „nie ma namiętnoœci albo uczucia, którego by bez pomocy wymowy nie można na postaci człowieka nie poznać; byleby tylko mimika jego była doskonałš, niemylnš i dobitnš". Jest naukš – mówišc językiem współczesnym – o mowie ciała. A jaka to ważna nauka w dzisiejszych czasach, wiedzš o tym nie tylko aktorzy, ale może przede wszystkim politycy, którzy garœciami z niej korzystajš. Bogusławski łšczy niejako pozostałych autorów, wprowadza literaturę w œwiat teatru, œwiat sztucznoœci, w œwiat gestów, min, masek, œwiat wszelakich form, jakie sš możliwe do pokazania na scenie.

Co na to powiedziałby Gombrowicz?

Paradoksalnie wydaje się, że w tym zestawieniu Gombrowicz nie robi żadnej miny. Ten od min – przypominam „Ferdydurke" – nie robi miny. On namawia: „Już nadszedł czas, już wybiła godzina na zegarze dziejów – starajcie się przezwyciężyć formę, wyzwolić się z formy. Przestańcie utożsamiać się z tym, co was okreœla. Nie ufajcie własnym słowom. Miejcie się na straży przed wiarš waszš i nie dowierzajcie uczuciom". Miny do Polaków robiono w wieku XVIII, XIX i XX, ale gdy czytamy to my, żyjšcy dzisiaj, można odnieœć wrażenie, że pewne teksty z tamtych czasów uaktualniajš się na nowo, ujawniajšc nieco innš treœć. Mam nadzieję, że w tych minach zobaczymy naszš twarz dzisiejszš, œmiesznš i strasznš.

A jak przebiegły pana rozmowy z dyrektorem Teatru Polskiego Andrzejem Sewerynem?

Zanim zaczšłem próby, za namowš dyrektora Seweryna, spotkałem się z zespołem Teatru Polskiego i muszę powiedzieć, że spotkanie to zrobiło na mnie jak najlepsze wrażenie. To pierwsze czytanie scenariusza, daleko przed pierwszš próbš rozpoczynajšcš pracę, powiedziało mi bardzo dużo o zespole, z którym będę pracował, i o tym, co ten tekst dzisiaj naprawdę może znaczyć.

Zaskoczyło pana zaproszenie dyrektora Seweryna?

Czy ja się dziwię, że dyrektor Seweryn zaprosił mnie do Teatru Polskiego? Trochę się dziwię, a trochę nie. I mam nadzieję, że moja obecnoœć nie spowoduje wielkiego zamieszania. Robię bardzo osobisty teatr, wymagam od aktora bardzo szczególnej wypowiedzi, ale wydaje mi się, że nie mšcę aktorom w głowach, raczej staram się prostować – jeżeli mogę to tak nazwać – kręte œcieżki ich obecnoœci na scenie.

Jak porównałby pan sytuację Polski i Polaków z okresu pierwszej premiery „Min polskich" i dzisiaj?

Sytuacja sprzed ponad trzech lat nie jest porównywalna do dzisiejszej. (To, co powiedziałem, jest tak oczywiste, że aż głupio o tym mówić). „Miny" w Toruniu prognozowały sytuację, która może nastšpić, „Miny" dzisiejsze diagnozujš to, czego jesteœmy œwiadkami. Ta okolicznoœć jest dla reżysera łatwiejsza i trudniejsza. Łatwiejsza, bo można liczyć na publicznoœć, która jest w dzisiejszym teatrze szczególnie wyczulona na aluzję politycznš, i trudniejsza, bo stawia przed teatrem większe wymagania. Przypomina mi się tutaj czas mojej pierwszej premiery w Teatrze IMKA. Był to „Opis obyczajów III". Premiera tego spektaklu odbyła się przed 10 kwietnia 2010 roku i była przyjęta ze zrozumieniem aluzyjnoœci tematu – kolejny spektakl odbył się już po katastrofie pod Smoleńskiem. Spektakl tak dalece nie odpowiadał w owym czasie nastrojom „ulicy", że musiało upłynšć dobrych kilka miesięcy, zanim wróciło publicznoœci poczucie humoru, zrozumienie, że ironia jest jednym ze sposobów komunikowania się twórców z widowniš.

Co pan na to, że „Miny polskie" rozpocznš w Teatrze Polskim obchody stulecia odzyskania niepodległoœci?

Nie robiłem nigdy spektakli rocznicowych – nawet w czasach słusznie zapomnianych, a dzisiaj z ochotš przywoływanych. Stulecie odzyskania niepodległoœci to piękna data, ale kiedy się temu bliżej przyglšdam, to pytam sam siebie: co to za rocznica? Od roku 1918 do 2018 minęło wprawdzie sto lat, ale w tym czasie zdarzyło się nam być pięć lat pod okupacjš niemieckš i 44 lata pod okupacjš radzieckš. Czyli połowa naszej niepodległoœciowej rocznicy jest jakoœ zniewolona. Mamy czcić stulecie naszej niepodległoœci mimo braku cišgłoœci? Czuję się nieco zagubiony. Wiem, że jesteœmy dziwnym, mówišc eufemistycznie, narodem z bujnš wyobraŸniš i wszystko u nas może się zdarzyć. Klęska może być uznana za zwycięstwo, głupota za niezwykłš mšdroœć i przenikliwoœć, wada za zaletę. No, ale dosyć, posypuję głowę popiołem i niech „Miny polskie" będš wkładem w tę rocznicę.

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL