Kujawy i Pomorze

Wystawa „Silence and Dynamism" w CSW w Toruniu czyli artystyczna biografia Davida Lyncha

„Pete idzie do domu swej dziewczyny”, 2009 rok
Camerimage
„Silence and Dynamism" w CSW w Toruniu składa się 400 obrazów, grafik, zdjęć i rysunków.

Ta niezwykła retrospektywa pokazuje reżysera „Twin Peaks" jako twórcę wszechstronnego, ale najbardziej skupia się na jego dziełach plastycznych.

Kto zna jego artystyczną biografię, nie powinien być zaskoczony. Już w dzieciństwie całe dnie spędzał na rysowaniu. A w latach 60. rozpoczął naukę malarstwa najpierw w Museum of Fine Arts w Bostonie, ale tej szkoły nie lubił. Przeniósł się więc do Pennsylvania Academy of Arts w Filadelfii i uważa, że dopiero to środowisko go ukształtowało.

Wprawdzie to właśnie w trakcie studiów w Filadelfii, pracując pewnej nocy nad obrazem, doznał dziwnego uczucia, że wiatr wieje wprost z malowanego obrazu, a rośliny poruszają się. Przyjął to jako objawienie, że jego powołaniem są ruchome obrazy. Wtedy zajął się filmem, realizując najpierw krótką animację „Six Men Getting Stick" „Sześciu mężczyzn, którym robi się niedobrze".

Z drugiej strony nigdy malarstwa nie porzucił. Na konferencji przed wernisażem w toruńskim CSW mówił: – Szukam różnych środków wyrazu dla swoich pomysłów. Zaczynałem jako malarz i chciałem być przede wszystkim malarzem. Film przyszedł później.

Te zależności działają zresztą pewnie obustronnie. Krytycy w jego najważniejszych filmach nieraz wskazują na różnorodne wpływy malarzy, m.n. Edwarda Hoppera, Francisa Bacona, i René Magritte'a. Ale można też odwrotnie, tropić w malarstwie Lyncha wpływy jego własnych doświadczeń filmowych.

W krzyczącym czerwoną olejną farbą obrazie „Mały chłopiec w swoim pokoju" bohater przypomina animowaną kukiełkę z urwaną głową, unoszącą się w powietrzu jak balonik na sznurku.

Wyobraźnia surrealisty

Wystawa w Toruniu jest największą z dotychczasowych prezentacji sztuki Lyncha. Dzieła pochodzą z kolekcji amerykańskich i europejskich, głównie w Niemczech i we Francji.

Pokaz powstał specjalnie z okazji tegorocznej jubileuszowej 25. edycji Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Autorów Zdjęć Filmowych Camerimage.

Marek Żydowicz, kurator tej niezwykłej retrospektywy, a jednocześnie twórca i dyrektor Camerimage, pisze w towarzyszącej jej książce, że w twórczości plastycznej Lyncha znajdziemy „świat tej samej wyobraźni i niepokoju, który znamy z filmów artysty z tą różnicą, że jest nieskrępowany wymogami narracyjnymi i zatrzymany w kadrze. (...). Każda kolejna scena musi się w filmie jakoś związać z innymi, powinna znaleźć właściwe miejsce wśród pozostałych tworzących całość opowieści. W przypadku obrazów malowanych lub komponowanych w rysunku, grafice czy fotografii nie ma tej presji. Gdy myślę o tym, jak David Lynch tworzy swe obrazy, przychodzi mi na myśl proces łapania motyli lub łowienia ryb. Wyobrażam sobie, jak z mroków wyobraźni wyłaniają się w umyśle artysty nieokreślone formy, które ewoluują i gdy stają się jakoś interesujące, są przez niego chwytane w siatkę jego pamięci i odtwarzane na kamieniu litograficznym, papierze lub płótnie".

Nie bez racji mówi się o nim jako o surrealiście, bo jego kompozycje przypominają raz oniryczne marzenia, a kiedy indziej koszmary czy halucynogenne wizje. Bywają groteskowe lub rodem z thrillera, podszyte absurdem albo traumami i lękami naszego współczesnego świata. Mroczne i poetyckie. Gwałtowne i wyciszone. Możliwe i niemożliwe do rozszyfrowania znaczeń. Figuralne i na pograniczu abstrakcji.

Worek marzeń

Jego wielkie obrazy olejne to zwykle asamblaże, w których malarstwo łączy się z gotowymi wkomponowanymi przedmiotami i materiałami. Obraz „Pete idzie do domu swej dziewczyny" (2009), namalowany na brunatnej tekturze, przedstawia kroczącą i krzyczącą postać, jak z ekspresyjnego malarstwa nowych dzikich. Głowę mężczyzny otacza dziwna aureola z wmontowanych świecących się żarówek. Ręce zastępują mu długie, wklejone w tło rurki. A w czerwonych dłoniach ma prawdziwy pistolet i nóż. Pete wygląda jak bohater horroru planujący zbrodnię. Ale pistolet wycelowuje nie do końca wiadomo, czy w okno domu dziewczyny, czy raczej w telewizyjny ekran. Może całe to story to czysta fikcja...

Lynch lubi fabularyzować swoje obrazy, dając im tytuły malowane często na ich powierzchni, jak w komiksach albo plakatach, albo malując całą serię, rozwijającą podjęty wątek. W nietypowym malarskim cyklu na 12 talerzach, zatytułowanym „Bezkresne morze", na którym chętnie spożywałby posiłki, początkowo abstrakcyjne kompozycje przechodzą stopniowo w zarys głowy i ludzkiej figury.

Ciekawą grupę prac stanowią wielkoformatowe litografie czarno-białe i kolorowe. Ich sensy często są głęboko ukryte. Rysunki to przeważnie szybkie zapisy myśli, scen, szkice portretów. Powstają na skrawkach papieru i wszystkim, co pod ręką, np. pudełkach od zapałek. Lynch jest gotów spróbować każdej techniki. Jedna z jego dynamicznych temper, zbliżona do półabstrakcyjnej grafiki, nosi tytuł „Tańczący worek marzeń", co jest dobrą syntezą niekończącego się tańca malarza i reżysera z obrazami.

Marek Żydowicz poznał Lyncha w Los Angeles w 2000 roku. Reżyser przyjął zaproszenie na Camerimage już tego samego roku. Wtedy właśnie zafascynowała go postindustrialna Łódź. Chodził po mieście z aparatem fotograficznym i utrwalał fragmenty zrujnowanych fabryk.

Tak powstał cykl czarno-białych zdjęć, który najpierw był prezentowany w 2003 roku w Galerii Atlas Sztuki, a obecnie został włączony do pokazu toruńskiego. Różnią się one od innych prac Lyncha większym realizmem i ważnym studiem detalu.

Lynch tworzy także interesujące projekty graficzne okładek płytowych. Szczególnie uwagę przyciągają okładki jego solowego debiutu „Crazy Clown Time" (2011) i drugiego albumu „The Big Dream" (2013). Na pierwszej na otwartej dłoni leży kostka do gry. Może oznaczać przypadek losu, jak i – przenośnie – rzucone mu wyzwanie. Na drugiej w trójkącie, przypominającym znak drogowy, artysta narysował sylwetkę człowieka jakby porażonego prądem. Czyżby gitary elektrycznej? – nasuwa się pytanie. To jednak tylko domysł, bo w ekspresyjnym znaku pozostaje niedomówienie. Na obu albumach znalazły się autorskie kompozycje Lyncha w jego wykonaniu oraz Deana Hurleya oraz Lykke Li. Można ich posłuchać w salce muzycznej, gdzie odtwarzane są też ścieżki dźwiękowe do jego filmów, m.in. „Blue Velvet" i „Twin Peaks".

David Lynch mówi o sobie, że jest „nie-muzykiem samoukiem", co nie przeszkadza grać mu na gitarze, organach, basie, perkusji i śpiewać, choć trzyma gitarę po lynchowemu do góry nogami, a jego elektronicznie przetworzony głos brzmi nieraz jak z kreskówki.

Toruńską wystawę dopełniają ponadto mało znane animacje, wideoklipy, formy eksperymentalne i reklamy. Spotów reklamowych Lynch zrobił całkiem sporo, m.in. torebki Diora, makaronu Barilla, perfum Lagerfelda, Ives Saint Laurenta czy butów Adidasa. To komercyjna uboczna sfera jego działalności, ale perfekcyjna, w której pojawiają się nawet bezpośrednie odwołania do jego ambitnych filmów, jak w reklamie kawy Georgia Coffe – z parodiami Miasteczka Twin Peaks.

Okiem krytyków

Towarzysząca wystawie książka „David Lynch", wydana przez Fundację Tumult, jest natomiast dedykowana wszystkim miłośnikom kina reżysera. Autorami tekstów do niej są krytycy filmowi - laureaci konkursu im. Krzysztofa Mętraka.

Czekamy na zapowiadany następny tom, poświęcony plastycznej twórczości Davida Lyncha.

Wystawa czynna do 18 lutego.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL