Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Życie Kujawsko-Pomorskiego

Pracujemy i czekamy w kolejce

Fotorzepa, Irina Tsimfer Irina Tsimfer
Natalia Kaliszek i Maksym Spodyriew to jedyni reprezentanci Polski, którzy liczą się w łyżwiarstwie figurowym. Zawodnicy klubu Axel Toruń jesienią w azjatyckim cyklu Grand Prix zajęli piąte i siódme miejsce, w grudniu po raz kolejny wygrali mistrzostwo Polski.

Rz: Mam wrażenie, że jeśli łyżwiarstwo figurowe w Polsce jeszcze istnieje, to tylko dzięki pani i Maksymowi Spodyriewowi.

Natalia Kaliszek: W tej chwili jesteśmy jednymi z niewielu polskich zawodników, którzy startują na zawodach rangi mistrzowskiej, a w cyklu Grand Prix byliśmy jedynymi Polakami. Od czasu do czasu jakiś solista albo solistka uzyska minimum punktowe, ale zdarza się to w ostatnich latach naprawdę bardzo rzadko.

Dlaczego tak się dzieje?

Łyżwiarstwo jest w Polsce bardzo mało popularnym sportem, podczas gdy za granicą, szczególnie w takich krajach jak Rosja, USA czy Kanada, ludzie naprawdę interesują się tą dyscypliną, co przekłada się na dobre wyniki. Nam brakuje wszystkiego, co mają inni – kadry szkoleniowej, lodowisk, ale przede wszystkim tej popularności. Trudno zachęcić dzieci, skoro brak sukcesów. Odnoszę wrażenie, że w ogóle mało ludzi zdaje sobie sprawę, że nasza dyscyplina jeszcze w Polsce istnieje. Dopiero kiedy zobaczą nas w telewizji, to sobie uzmysławiają, że jednak ktoś jeszcze uprawia w naszym kraju łyżwiarstwo figurowe.

Koszty również stanowią barierę dla tej dyscypliny?

Wszystko kosztuje: łyżwy, stroje, wyjazdy na zawody, godziny wynajęcia lodowiska. To jest drogi sport.

To jak się pani udało przebić do światowej czołówki?

Zdecydowała wytrwałość. Gdybyśmy nie jeździli dzień w dzień, czasami zrywając się z łóżka z samego rana, gdybyśmy nie zaczęli od ponad dwóch lat jeździć razem z Maksem, to nie wiem, czy udałoby nam się przebić do światowej czołówki.

Jak doszło do tego, że zdecydowaliście się na wspólne treningi i potem starty?

Nasi trenerzy nawiązali kontakt, Maks szukał partnerki, ja partnera. On przyjechał na tydzień do Torunia, spróbowaliśmy pojeździć razem i szybko – niemal od razu – okazało się, że jesteśmy zgraną parą, więc został w Polsce. Bardzo do siebie pasowaliśmy pod względem techniki jazdy, dobraliśmy się też charakterami. Przed nami jeszcze dużo pracy, ale to nadzwyczajne, jak szybko nasz wysiłek zaczął przynosić efekty. To się rzadko zdarza w tym sporcie.

Często dochodzi w parach do konfliktów, czy wam udaje się ich uniknąć?

Zawsze jest to kwestia charakteru, ale my nie mieliśmy większych sporów. Bardzo pomogła nam trenerka – Sylwia Nowak-Trębacka. Jeśli mamy jakiś problem, pojawiają się zgrzyty, to od razu sobie to wyjaśniamy i jedziemy dalej.

Prowadzi panią obecnie Sylwia Nowak-Trębacka, ale była pani też szkolona przez Dorotę Zagórską i Mariusza Siudka, ostatnich polskich medalistów wielkich imprez w łyżwiarstwie figurowym. Czy oni właśnie zainspirowali panią do uprawiania tej dyscypliny?

Wraz z bratem byliśmy ich pierwszymi zawodnikami. Trenowaliśmy także u nich w Montrealu, potem oni przyjechali do Torunia i prowadzili nas w naszym klubie Axel. Oglądałam ich występ na mistrzostwach Europy w Warszawie w 2007 roku. Mocno ściskałam kciuki. Ale przyznam, że byłam zauroczona występem pary kanadyjskiej Tessy Virtue i Scotta Moir na igrzyskach olimpijskich w Vancouver. Oni mnie olśnili. Wtedy trenowałam jeszcze w parach sportowych, ale niedługo potem pani Sylwia, moja trenerka, która sama była mistrzynią i wicemistrzynią świata w tańcach na lodzie juniorów, zaproponowała przejście do tej właśnie konkurencji, bo miałam dużo problemów ze skokami i kręgosłupem.

Zaczynała pani jeździć z bratem. Czy to było idealne rozwiązanie?

Ale to było już dawno, startowaliśmy w parach sportowych, potem też jako para taneczna. Brat jest dużo starszy ode mnie, zaczął swoje dorosłe życie, skończył z łyżwiarstwem, studiował, rozpoczął pracę. Przez rok tańczyłam jeszcze z Jarosławem Kurbakowem i potem pojawił się Maks.

To starszy brat zachęcił panią do łyżwiarstwa?

Z bratem byłam pierwszy raz na ślizgawce, ale zaprowadziła nas mama. Miałam cztery lata. Mama chciała nas zachęcić akurat do łyżew, bo jako dziecko też jeździła. Łyżwiarstwo uprawia też moja siostra. Na ślizgawce zwróciła na nas uwagę trenerka ze szkółki łyżwiarskiej i zaprosiła na zajęcia. Zaczynałam na starym lodowisku Tor-Toru, gdzie warunki, patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, były – delikatnie mówiąc – fatalne. Dziś to bardzo przyjemny obiekt.

Ale podczas treningu było bardzo zimno...

Powiedziałabym, że w trakcie zawodów było niemal gorąco – 7, 8 stopni. Zazwyczaj jednak temperatura nie przekracza 2 stopni, a czasami, zwłaszcza na tafli treningowej, jest naprawdę zimno – temperatura spada nawet poniżej zera.

Na początku tego sezonu opublikowała pani na portalu społecznościowym zdjęcie rany, jaką odniósł Maks na treningu w Toruniu. Czym była ona spowodowana? Źle przygotowanym lodowiskiem?

Trenowaliśmy przed zawodami, to były jedne z ostatnich zajęć. Maks, przewracając się, podłożył rękę pod moją płozę. W ostatniej chwili udało mi się przewrócić, żeby nie najechać płasko z góry. Bardzo głęboko rozcięłam mu skórę, ale na szczęście nie przecięłam kości ani ścięgien palców.

Czy to nie była wina lodowiska, które dzielicie z hokeistami? Od razu pojawiły się takie sugestie?

Wypadek był spowodowany chwilową utratą koncentracji. Bardzo dużo zdarza się takich przypadków w łyżwiarstwie. Sama byłam świadkiem, jak dziewczyna jechała z dwoma oderwanymi palcami do szpitala, by je przyszyli. Ale to prawda, że lód u nas jest rzeczywiście przystosowany raczej do uprawiania hokeja. Panowie, którzy zajmują się lodowiskiem, bardzo się starają, ale nie zawsze mają wystarczająco dużo czasu, żeby dla nas przygotować idealną taflę. Przez kwadrans poleją wodą i już. Jeździmy więc po wybojach, dziurach, są rysy po poprzednich użytkownikach lodowiska, czasami z dachu coś kapie, a każda taka nierówność może być przyczyną utraty koncentracji, a w konsekwencji przykrego upadku.

Czy ostatnie sukcesy zaowocowały pomocą ze strony Polskiego Związku Łyżwiarstwa Figurowego, wzrosło zainteresowanie sponsorów?

Nie bardzo. Ze związku nie otrzymujemy żadnych gratyfikacji finansowych za dobre wyniki. Owszem, otrzymujemy stypendium, ale od miasta za mistrzostwo Polski. Byłam bardzo szczęśliwa, gdy w Chinach zajęliśmy piąte miejsce w zawodach Grand Prix, bo do piątej pozycji wypłacane były premie. Za dobry występ w Japonii, gdzie skończyliśmy GP na siódmym miejscu, takiej nagrody już nie otrzymaliśmy. Szukamy sponsorów, ale skoro jest to tak niepopularny sport, to nie ma odzewu. Liczymy bardzo na kwalifikację olimpijską, bo wtedy dostaniemy stypendium i będziemy mogli liczyć na wsparcie finansowe z Ministerstwa Sportu.

W łyżwiarstwie figurowym system kwalifikacji do igrzysk olimpijskich zawsze był bardzo skomplikowany. Jak wygląda obecnie?

Pierwszą kwalifikacją będą mistrzostwa świata, które na przełomie marca i kwietnia odbędą się w Helsinkach. System kwalifikacyjny jest bardzo skomplikowany i w dużej mierze zależy od tego, jakie wyniki osiągną najlepsze duety. Każda z par może zdobyć kwalifikację dla swojego kraju, ale niekoniecznie 18. albo 17. pozycja będzie oznaczała awans na igrzyska. Kolejne zawody klasyfikacyjne odbędą się jesienią w Oberstdorfie.

Czy kwalifikacja do Pjongczang jest waszym głównym celem na ten sezon?

Liczą się przede wszystkim igrzyska, ale stawiamy sobie też inne cele. Na zbliżających się mistrzostwach Europy chcielibyśmy zająć miejsce w pierwszej dziesiątce. To realne, bo poprawiamy się z roku na rok. Na poprzednich mistrzostwach w 2016 roku byliśmy na 11. miejscu, przedtem na 14. Czujemy, że idziemy do przodu, chcemy to potwierdzić pod koniec stycznia w Ostrawie.

Tej dyscyplinie zarzucano przez lata, że obowiązuje w niej sztywna hierarchia i zawodnikom nieznanym, ze słabych łyżwiarsko krajów trudno się przebić do czołówki. Jak jest teraz?

U solistów te zasady łatwiej kruszeją, bo jeśli ktoś się przewróci, to szybko traci punkty, ale w tańcach trudno wcisnąć się do elity, trzeba być cierpliwym, działać metodą małych kroczków, czekać w kolejce i ciężko pracować. Ale patrząc na to, że wyniki mamy coraz lepsze, chyba nam się udaje.

Pomoże wam decyzja ekspertów, którzy jeden z waszych tańców – w rytm fokstrota – włączyli do kanonu tańców obowiązkowych?

To jest ogromne wyróżnienie, podnosi naszą renomę w świecie łyżwiarskim. Nieskromnie powiem, że przeszliśmy do historii, bo pierwszy raz zdarzyło się, że taniec czy w ogóle element łyżwiarski stworzony przez Polaków będzie wykonywany przez wszystkich tancerzy.

Łyżwiarstwo to także mnóstwo sportów uzupełniających. Jakie miejsce zajmują one w waszych treningach?

Balet, zajęcia ogólnorozwojowe, siłownia, taniec towarzyski, kiedyś była akrobatyka, teraz już na to nie mamy czasu. Cały dzień poświęcamy na treningi. Rok temu wstawaliśmy czasami o 6.30, bo swoje godziny na lodzie mieli hokeiści i musieliśmy się dostosować, teraz zaczynamy zajęcia o 9. Ale to nasze życie, my to kochamy.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL