Małopolska startuje z kursami dla juhasów oraz baców

aktualizacja: 15.05.2017, 16:14

Choć co roku ogłoszeń o pracę dla juhasów jest coraz więcej, to nie ma chętnych do pracy na halach. Dlatego samorząd województwa małopolskiego wpadł na pomysł, by zorganizować kursy dla juhasów oraz baców, czyli hodowców owiec.

REDAKCJA POLECA

– Zainteresowanie kursami przerosło nasze najśmielsze oczekiwania, doszło nawet do tego, że w ostatnich dniach rekrutacji blokowały się skrzynki elektroniczne, na które wpływały dokumenty – twierdzi Grzegorz Lipiec z Zarządu Województwa Małopolskiego. – Zaskoczyła nas nie tylko liczba zgłoszeń, ale również to, że certyfikaty chcą uzyskać także osoby, które z owcami nie mają nic wspólnego, na co dzień pracują przy komputerach i mieszkają w dużych miastach: w Warszawie, Wrocławiu, Gdańsku. Mieliśmy także zgłoszenia od Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii czy Rumunii – dodaje.

O przyjęcie ubiegało się także kilka kobiet.

Liczba nadesłanych zgłoszeń czterokrotnie przekroczyła ilość dostępnych miejsc. Dlatego organizatorzy kursu zdecydowali o zwiększeniu liczby kursantów. Ostatecznie ze 121 chętnych zdecydowano o przyjęciu 68 osób. Głównie z Małopolski, bo szkolenie przeznaczone jest dla mieszkańców tego województwa. Ale organizatorzy przyznają, że zastanawiają się nad kursem dla osób z innych województw. Konkretna decyzja w tej sprawie jeszcze nie zapadła.

Biznesplan i strzyżenie

W małopolskim kursie dla baców uczestniczy 20 osób (dodatkowych 14 przyjęto jako wolnych słuchaczy). Z kolei na juhasów szkoli się 15 osób. Dodatkowo przyjęto 19, które, choć będą mogły zdobywać wiedzę, to nie zagwarantowano dla nich miejsc odbywania praktyk.

Kurs bacy obejmuje 12 godzin zajęć teoretycznych oraz sześć godzin praktycznych. Na zakończenie kursu uczestnicy będą zdawać egzamin kwalifikacyjny.

Z kolei kurs na czeladnika juhasa ma nie tylko przygotować kandydata do pracy u kogoś, ale także do tego, by w przyszłości sam mógł zostać bacą. W tym celu przewidziano aż 42 godziny teorii i – co jest nowością – 160 godzin stażu zawodowego na bacówce w sezonie wypasów.

Na kursie dla baców uczestnicy uczą się m.in. zasad prowadzenia firmy, prawa dotyczącego produkcji żywności, przepisów prawa pracy, ekologii czy postępowania w razie choroby zwierząt. Z kolei juhasi obok umiejętności dojenia, strzyżenia, wyrobu oscypków nauczą się także przepisów BHP, racjonalnego gospodarowania pastwiskiem, zasad hodowli.

Pierwsze zajęcia teoretyczne ruszyły 7 kwietnia. Natomiast staże zawodowe potrwają około miesiąca i będą się odbywały od czerwca do sierpnia. Podsumowanie projektu zaplanowano na wrzesień 2017 r.

Poniewierka na halach

Czy to szkolenie rzeczywiście jest potrzebne, skoro górale od lat wypasali owce bez żadnych szczególnych dokumentów? Okazuje się, że jednak tak. Jak tłumaczą „Rzeczpospolitej" organizatorzy, certyfikat poświadcza, że kandydat na juhasa ma wiedzę potrzebną do pracy w bacówce. Z kolei bacy pomoże w staraniu się o środki unijne.

Problem w tym, czy rzeczywiście w pasterstwie jest przyszłość. – To nie jest intratne zajęcie. Popytu na jagnięcinę w Polsce nie ma, a i Włosi, do których do tej pory wysyłaliśmy najwięcej mięsa, nie chcą go już tyle kupować – tłumaczy Jan Jańczy, dyrektor Regionalnego Związku Hodowców Owiec i Kóz w Nowym Targu.

Ekspert zwraca też uwagę, że praca przy owcach nie jest lekka. – Młodzi nie chcą się już skazywać na taką poniewierkę. Interesuje ich lżejsza praca w mieście – tłumaczy hodowca. Opowiada, że kiedy owce są na halach, pasterz pracuje praktycznie całą dobę. Bo ruch przy zwierzętach zaczyna się praktycznie już od 4–5 rano, kiedy trzeba wydoić owce, zająć się mlekiem i serami. Kiedy do owiec podchodzą wilki, juhasi muszą całą noc palić ogień. – Dokucza im także samotność i tęsknota za rodziną, a warunki życia na halach są spartańskie – mówi Jańczy.

Wielu z nich po powrocie z gór i przy braku zajęcia zimą nie potrafi się odnaleźć w społeczeństwie i zaczyna mieć problem z alkoholem.

– Dodatkowo nie ma co liczyć na wysokie uposażenie. Żaden baca się nie przyzna, ile płaci swoim juhasom. Nie chcą problemów, bo nie uiszczają przecież podatku dochodowego, tylko rolny – tłumaczy Jańczy. – Ale nie zauważyłem, żeby ktoś się na juhasowaniu szczególnie wzbogacił. Na pewno nie jest tak, że po sezonie w górach ma się wystarczająco dużo pieniędzy, by spokojnie żyć przez cały rok – dodaje.

Ponadto bacowie dość sceptycznie podchodzą do zatrudniania absolwentów tego kursu. I nie ma znaczenia to, że mogą dostać dopłatę na utworzenie dla nich miejsca pracy. Chodzi o to, że przy legalnym zatrudnieniu pracowników muszą zadbać o BHP. W bacówkach zaś praca jest ciężka, a ryzyko, że dojdzie do wypadku, wysokie. – Gdybym zatrudnił takiego człowieka, to chyba kazałbym mu leżeć w hamaku przed bacówką, bo bałbym się, że np. rąbiąc drewno, utnie sobie rękę – tłumaczy Jańczy.

Dlatego bacowie wolą wziąć do pracy kogoś, kto jest od dawna związany z hodowlą owiec czy pasterstwem.

masz pytanie, wyślij e-mail do autorki: j.cwiek@rp.pl

POLECAMY

KOMENTARZE