Haszczyński: Ważą się losy świata, który znamy

aktualizacja: 21.04.2017, 12:18
Foto: Fotorzepa, Waldemar Kompała

Prawie nikt nie lubi, jak się w innych krajach wybiera polityków spoza mainstreamu, skrajnych, mało dyplomatycznych. Ale we własnym kraju to inna sprawa: jest wielu wyborców chętnych do wsparcia opcji nietypowych i radykalnych.

REDAKCJA POLECA

To taki nowy paradoks naszego świata. Przećwiczony już w Wielkiej Brytanii z okazji referendum brexitowego i w USA w wyborach prezydenckich z Donaldem Trumpem w roli głównej. Czy podobny scenariusz może się teraz powtórzyć we Francji?

Europa wstrzymała oddech. Mesdames et Messieurs, odgrzewam to staroświeckie, niegdyś mocno wyświechtane, powiedzonko o oddechu, bo pasuje do walki o Pałac Elizejski, której pierwsza tura odbędzie się w najbliższą niedzielę. Przygląda jej się zresztą nie tylko Europa. Bo te francuskie wybory prezydenckie są wyjątkowe, mogą zadecydować o przyszłości najważniejszych instytucji zachodnich – Unii Europejskiej i NATO. Mogą doprowadzić do upadku świata, który, my, Polacy, znamy ledwie od jednego pokolenia.

Wyborom towarzyszy wielka niepewność. Aż czworo kandydatów ma szansę przejść do drugiej tury i każda z tych kandydatur budzi wątpliwości. I tylko jeden z tej czwórki reprezentuje partię tradycyjnego głównego nurtu, a więc przynajmniej teoretycznie gwarantuje, że po wyborach zachodni świat nie zacznie się walić.

Jeżeli Francuzi chcą przebić Brytyjczyków z ich Brexitem i Amerykanów z Trumpem, to bez trudu to osiągną, przepuszczając do drugiej tury dwie skrajności, w wersji prawicowej Marine Le Pen, a w lewicowej Jeana-Luca Mélenchona. To z punktu widzenia Polaków byłby wybór – proszę o wybaczenie, excusez-moi – między cholerą i inną chorobą, uwiecznioną w tytule przez Alberta Camusa. Krótko mówiąc: une catastrophe.

Oboje, Le Pen i Mélenchon, mają bowiem trzy polityczne cechy, groźne dla Polski i organizacji międzynarodowych, które dotychczas zapewniały jej bezpieczeństwo i rozwój ekonomiczny – UE i NATO. Są antyamerykańscy, antyniemieccy i prorosyjscy. A właściwie to i antynatowscy, z tym że Mélenchon mówi o tym bez ogródek (po prostu chce wyprowadzić Francję z paktu), a Le Pen bardziej pokrętnie (ale chce, by nad naszym bezpieczeństwem czuwała też Rosja, jak lis nad kurnikiem).

Te cechy, całe szczęście nie wszystkie naraz, miewają i inni kandydaci na prezydenta Francji, włącznie z najbardziej mainstreamowym centroprawicowym François Fillonem, który jest zauroczony Kremlem i zafascynowany okupacją Krymu w nie mniejszym stopniu niż antysystemowa Marine Le Pen.

Jak się słucha, co chcą zgotować Francuzom i całemu światu najważniejsi kandydaci, to już zaczyna się tęsknić za François Hollande'em, który niedługo opuści Pałac Elizejski, nie próbując nawet zawalczyć o reelekcję. On przynajmniej nie wyznawał miłości Władimirowi Putinowi. Nieoficjalnym kandydatem Hollande'a jest Emmanuel Macron. Nie ma on jednak zaplecza partyjnego, nie może liczyć na swoich posłów w parlamencie, co oznaczałoby słabą prezydenturę. Chyba że wykorzysta deklarowaną centrowość do zawarcia sojuszu z którąś z dużych tradycyjnych partii. I stary świat przetrwa.

Przetrwa i z Fillonem, którego prezydentura od początku byłaby obciążona skandalem z wieloletnim opłacaniem żony z kasy publicznej za pracę, której nie wykonywała. Przetrwa może nawet i z kontestatorami Le Pen czy Mélenchonem. Tak jak na razie trwa bez większych wstrząsów po decyzji Brytyjczyków o Brexicie i z Trumpem w Białym Domu, zachęcając do stwierdzenia: c'est la vie.

Jednak każde takie wydarzenie jak Brexit to przecięcie lub nacięcie nici, na której wisi cywilizacja zachodnia. Nie wiadomo, jaką ma wytrzymałość ani nawet, ile ich jest. Ale kiedyś się urwie.

Francuzi zupełnie zagubieni >A9

POLECAMY

KOMENTARZE