Wybory w Niemczech

Haszczyński: CDU odpowiada za wyhodowanie Alternatywy dla Niemiec

Fotorzepa, Waldemar Kompała
Miało być tak, że na głównej scenie w Niemczech najdalej na prawo są bawarscy chadecy. Kosztem tolerowania radykałów u siebie. Ta polityka się skończyła. Katastrofą.

Na tę scenę weszła właśnie, licznie, Alternatywa dla Niemiec (AfD) – po zdobyciu 12,6 proc. głosów w niedzielnych wyborach. O tym wyniku częściowo zadecydowało wychwalanie przez liderów AfD „osiągnięć" niemieckich żołnierzy w czasie drugiej wojny światowej czy krytykowanie nadmiernego bicia się w piersi za zbrodnie Trzeciej Rzeszy.

Na razie nie jest to najważniejszy temat dla jej wyborców. Bez wątpienia nie był to główny powód tego, że partia ta wkracza po raz pierwszy do niemieckiego Bundestagu i to od razu jako trzecia siła. Zadecydowało to, że stanęła na czele ruchu oporu wobec polityki imigracyjnej rządu i – posługując się nietradycyjnymi mediami – wskazywała, że władze i media tradycyjne ukrywają złe strony napływu przybyszów z Afryki i Azji (czego najlepszym przykładem było długie milczenie w sprawie seksualnych napaści na kobiety w Kolonii w noc sylwestrową 2015 roku).

– Teraz AfD była przeciw uchodźcom i Unii Europejskiej, potem za cel weźmie Czechów i Polaków – skomentował czeski premier Bohumil Sobotka. Może mieć rację. Na razie skrajni nacjonaliści to według szacunków niemieckich ekspertów jedna trzecia polityków AfD.

Ale, i to już moja opinia, znaczenie tego skrzydła, z natury rzeczy antypolskiego, będzie rosło. Na paliwie antyimigranckim bowiem partia dużo dalej nie zajedzie, zaraz zaczną go używać inne ugrupowania.

AfD zakłóciła życie szczęśliwej społeczności byłych alkoholików, która od lat żyła w trzeźwości. Nagle pojawiła się hałaśliwa grupa racząca się zakazanymi trunkami. I libacje może przenieść na inne podwórka.

Bez neonazistowskiej retoryki części AfD Polska i tak ma problem z niemiecką polityką historyczną – pozostającą w kontrze do naszej. Republika Federalna dzięki sukcesom gospodarczym oraz metodycznie stosowanej od lat soft power wypracowała sobie znakomity wizerunek w świecie. Ułatwia to kształtowanie nowej wizji Trzeciej Rzeszy, prowadzi do rozmywania odpowiedzialności, mieszania ofiar z katami. Kosztem Polski. Da się to dostrzec w powstałym z inicjatywy niemieckich polityków, głównego nurtu przecież, Domu Historii Europejskiej w Brukseli.

Teraz AfD ma szansę do głównego nurtu wprowadzić swoją wizję historii. Prawie setka posłów, dotychczas upchniętych w niszach, rozejdzie się po największych stacjach telewizyjnych i zacznie ją powoli sączyć. Opowiedzą o dziadkach, którzy jako żołnierze świetnie wykonywali swoja pracę w okupowanych krajach. Zaprotestują przeciwko stawianiu pomników niemieckiej hańby (czyli poświęconych ofiarom Holokaustu).

W końcu mogą zażądać „uleczenia ran" niemieckich wysiedlonych. Takiego określenia używała Erika Steinbach, gdy była szefową Związku Wypędzonych i domagała się wymuszenia na Polsce oddania majątków Niemcom wysiedlonym z Pomorza czy Mazur.

Teraz Steinbach zaangażowała się w kampanię wyborczą AfD. Odkryła w tej partii „swoje wartości". Ale dziesiątki lat była w CDU. Podobnie jak lubujący się w „odkłamywaniu" historii Trzeciej Rzeszy lider Alternatywy Alexander Gauland.

Niestety, partie chadeckie brały udział w hodowli skrajnych nacjonalistów, dawały (i nadal dają) schronienie Związkowi Wypędzonych. Chodziło o to, by na prawo od CSU - bawarskiej, ostrzejszej w słowach i działaniach siostry chadeków z CDU - nie wyrosła żadna partia mogąca wejść do Bundestagu.

W końcu wyrosła i to bujnie. ©?

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL