Widziane z regionu

Beton i asfalt powodują podtopienia

Gwałtownych deszczów będzie w Polsce coraz więcej, a wtedy taka rura już sobie nie da rady.
AdobeStock
Źle, gdy za mało, ale w Polsce tak właśnie jest. Na jednego mieszkańca mamy 1600 m sześc. wody rocznie – trzy razy mniej niż na statystycznego mieszkańca Europy. Problemem bywa też nadmiar.

Pół miliarda złotych unijnych dotacji przyznano już w tej perspektywie finansowej z programu operacyjnego „Infrastruktura i środowisko" (POIiŚ) gminom i gminnym spółkom wodno-kanalizacyjnym na inwestycje związane z zagospodarowaniem wód opadowych. Ale nie tylko Unia pomaga. Również miasta – m.in. Kraków i Gdańsk – udzielają dopłat mieszkańcom na inwestycje związane z deszczówką na posesjach.

Eksperci od lat zwracają uwagę na potrzebę zmiany sposobu postępowania z wodą opadową w mieście. Trzeba ją traktować jako potrzebny i przynoszący korzyści zasób, a nie jako zagrożenie, przed którym należy się bronić, stosując odprowadzanie kanalizacją deszczową bądź tzw. ogólnospławną. Zgodnie z dyrektywą wodną Unii Europejskiej woda powinna pozostać w miejscu opadu, a jej odprowadzanie to ostateczność.

Przez wiele lat polskie miasta z tej ostateczności korzystały na co dzień, a i tak przy zmianach klimatycznych przejawiających się intensywniejszymi opadami borykały się z niewydolnością systemów odprowadzających i podtopieniami. Nic dziwnego – w zagęszczającej się zabudowie i przy zmniejszaniu się powierzchni przepuszczalnych – wody podczas nawałnic jest za dużo, by mogła w całości przejąć ją kanalizacja. Efekt – wybijające studzienki kanalizacyjne, zalane piwnice i podtopienia.

Pionierska Bydgoszcz

– Sposób myślenia o sposobie odwodnienia miasta musi się zmienić. Wyścig z rosnącą intensywnością i czasem trwania deszczu na skutek ocieplenia klimatu, polegający na budowaniu coraz większych rur, przegraliśmy. Zmieniamy podejście – przekonywał w ubiegłym roku, podczas konferencji Bydgoska Retencja +2050, prezes tamtejszych Miejskich Wodociągów i Kanalizacji Stanisław Drzewiecki.

Miasto chce rozwiązać kwestię deszczówki kompleksowo. Miejskie Wodociągi i Kanalizacja zostały największym beneficjentem środków unijnych, przeznaczonych na inwestycje związane z zagospodarowaniem wód opadowych na terenach miejskich. Wart 220 mln zł projekt dostosowania sieci kanalizacji deszczowej do zmian klimatycznych na terenie miasta uzyskał 130 mln zł dofinansowania.

W ciągu czterech lat zostanie zmodernizowanych 90 km sieci deszczowej, powstanie 14 km nowej sieci i ponad 80 urządzeń hydrotechnicznych, pozwalających racjonalnie gospodarować wodami opadowymi i roztopowymi. Chodzi m.in. o zbiorniki retencyjne na 37 tys. m sześc. wody, podczyszczalnie i instalacje do nawadniania terenów zielonych.

Dla właścicieli większych działek i nieruchomości przygotowano katalog rozwiązań z „zielono-niebieskiej infrastruktury": sadzawek, oczek wodnych i innych zbiorników, dzięki którym deszczówka będzie mogła być wykorzystana do podlewania i dlatego nie trafi do przepełniającej się kanalizacji.

Płacą albo zapłacą

W ubiegłym roku na 450 członków Izby Gospodarczej Wodociągi Polskie 80 firm odprowadzało wody opadowe i roztopowe odpłatnie wg taryfy, a 200 przedsiębiorstw wodno-kanalizacyjnych prowadziło tę usługę na zlecenie gmin.

W Poznaniu pierwsze taryfy opłat za odprowadzanie deszczówki radni zatwierdzili już w 2010 r. Zarząd Dróg Miejskich (ZDM) pobiera je za tę odprowadzaną do kanalizacji deszczowej, Aquanet – za tę, która trafia do sieci ogólnospławnej. Z tego drugiego rozwiązania korzysta tylko 3,7 tys. posesji w szczelnie zabudowanym centrum miasta. Taryfa od trzech lat nie uległa zmianie, nie zmieni się też do końca przyszłego roku. Podwyżki za odprowadzanie ścieków na ten czas zablokowało nowe prawo wodne. Ale według niego deszczówka odprowadzana do kanalizacji deszczowej ściekiem już nie jest.

– Prawo wodne zawiera nową filozofię podejścia do tematyki wód opadowych i roztopowych: wody te nie są ściekiem, tylko zasobem wodnym – tłumaczy Dorota Jakuta, prezes Wodociągów Polskich.

– Opłata wodna, którą trzeba będzie odprowadzać do nowo powstałej państwowej instytucji Wody Polskie, jest prawie trzykrotnie wyższa od dotychczasowej opłaty środowiskowej odprowadzanej do urzędu marszałkowskiego – informuje Katarzyna Bolimowska, dyrektor ZDM w Poznaniu.

Według miejskich szacunków największe podwyżki dotkną właścicieli domów jednorodzinnych. Jeśli taki dom ma dach o powierzchni 50 mkw i podjazd o powierzchni 20 mkw, opłata wzrośnie niemal trzykrotnie – dziś wynosi 41 zł.

– Będziemy obserwować ceny w usługach tego typu. Nie ma szczególnych regulacji dotyczących wprowadzania taryf za wody opadowe i roztopowe. Zawieranie umów może następować zgodnie z ogólnymi zasadami kodeksu cywilnego, a taryfy mogą być wprowadzone na podstawie przepisów ustawy o gospodarce komunalnej – mówi Dorota Jakuta.

Według niej przedsiębiorstwa i gminy będą zajmować się wodami opadowymi dopiero po 12 marca. Do tego czasu musiały bowiem złożyć poprawne wnioski taryfowe za zbiorowe zaopatrzenie w wodę i odprowadzanie ścieków.

Sposób na niepłacenie

Opłaty za odprowadzanie deszczówki nazywane są też opłatami za utraconą retencję. Co należy zrobić, by ich uniknąć? Nie pozwolić na utratę retencji. Bo oczywiste jest, że każda zabudowa na nieruchomości ogranicza naturalne wchłanianie wody deszczowej i roztopowej przez glebę, a jej odprowadzanie i oczyszczanie jest korzystaniem z czyichś usług. A za usługi się płaci.

Korzystanie z tych usług można znacząco ograniczyć. W centrach miast powstają budynki zaprojektowane i wykonane zgodnie z ideą zrównoważonego rozwoju, wyposażone w zbiorniki retencyjne pozwalające na wykorzystanie wody deszczowej do spłukiwania toalet i pisuarów. Przykłady to biurowiec Dominikański we Wrocławiu i budynek biurowo-usługowy przy ul. Półwiejskiej w Poznaniu.

Wzrost świadomości ekologicznej powoduje coraz większe zainteresowanie wykorzystaniem wód opadowych przez indywidualne gospodarstwa domowe. Przy domach pojawiają się m.in. beczki na deszczówkę i deszczowe ogrody. Ale zamontowanie urządzeń służących do wykorzystania tej wody – do podlewania trawnika, ogrodu, mycia, spłukiwania WC – kosztuje.

Impulsem do szukania rozwiązań mają być miejskie dotacje do takich inwestycji. Gdańsk wprowadził je w 2011 r. Wysokość dofinansowania wynosi 4 tys. zł.

– Dotacja nie cieszy się dużym zainteresowaniem mieszkańców. Dotychczas skorzystało z niej dziesięć osób fizycznych – informuje Joanna Kubik z gdańskiego magistratu.

Od 2014 r. program małej retencji prowadzi Kraków przeznaczający na dofinansowanie inwestycji prowadzonych przez osoby fizyczne 0,5 mln zł rocznie. Każdy z inwestorów może liczyć na dofinansowanie do 5 tys. zł. Początek programu był niemrawy, ale teraz środki są wykorzystywane niemal w całości. W styczniu tego roku przyznano już 190 tys. zł dotacji do małej retencji niemal 40 nieruchomościom.

– Świadomość ekologiczna społeczeństwa jest coraz większa, ale skala retencji jest jeszcze zbyt mała. Częściej spotyka się ją w nieruchomościach, z których nie można odprowadzić wód opadowych i roztopowych do systemów kanalizacji opadowej lub zbiorczej. Wciąż niezbędna jest edukacja o roli systemów odwodnienia, oddziaływania na środowisko i kosztów z tym związanych – przekonuje szefowa Wodociągów Polskich.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL