Londyn czeka na PiS

aktualizacja: 15.10.2015, 06:39
Foto: AFP

Cameron nie spisuje warunków, na jakich jego kraj zostanie w Unii Europejskiej. Chce wpierw poznać wyniki wyborów w Polsce.

REDAKCJA POLECA
11.10.2015
Telegraph: Cztery warunki Camerona dla UE
05.10.2015
Uchodźcy wypychają Brytyjczyków z Unii
kariera
Zamożny Polak - ile zarabia?

Anna Słojewska z Brukseli

W Brukseli zespół ekspertów czeka na propozycje nowych warunków uczestnictwa Wielkiej Brytanii w UE. Rząd Davida Camerona miał je przygotować, potem w drodze negocjacji z państwami członkowskimi i unijnymi instytucjami pojawiłby się kompromis, który następnie zostałby poddany pod głosowanie w referendum w Wielkiej Brytanii. Wyspiarze zostaliby zapytani, czy chcą zostać w UE na nowych warunkach, wywalczonych przez ich rząd. Czy wolą ją opuścić.

Lęk przed przeciekami

Na razie jednak nie ma czego negocjować, bo Cameron nie przedstawia żadnych żądań. Według nieoficjalnych informacji nie chce, żeby jakikolwiek dokument przedostał się do mediów, co utrudniłoby mu potem pozycję negocjacyjną.

– To zrozumiałe. Postawiłby jakieś warunki, których potem nie mógłby wynegocjować. I powstałoby wrażenie porażki – uważa Paweł Świdlicki, ekspert think tanku Open Europe w Londynie.

Z kolei Rosa Balfour, ekspertka GMF, zwraca uwagę, że brytyjski premier nie słynie z długoterminowego planowania i robi wszystko na ostatnią chwilę. Ale zauważa też, że za zachowaniem Camerona może stać chęć zmiany narracji.

– Początkowo mówiono o postulatach, które byłyby nie do zaakceptowania w UE. Teraz chodzi o przedstawienie takich warunków, które są do przyjęcia przez inne państwa UE, ale jednocześnie Cameron mógłby je sprzedać jako sukces eurosceptycznej opinii publicznej w Wielkiej Brytanii – uważa Balfour.

Przykładem jest kwestia imigracji zarobkowej do UE z innych państw UE, w tym głównie z Polski.

– Dla Angeli Merkel ograniczenie swobody przepływu osób byłoby nie do przyjęcia. Ale można sobie wyobrazić jakieś zmiany w legislacji dotyczącej zasiłków społecznych, a o to przecież chodzi Londynowi – mówi ekspertka GMF. Eksperci są pewni jednego: Cameron nie postawi żądań, które wymagałyby zmiany traktatów. Bo wiadomo, że nie zgodzą się na to inne kraje i byłoby to zbyt czasochłonne.

Są inne metody: deklaracje, protokoły czy po prostu nowe unijne dyrektywy i rozporządzenia. Nad zgodnością brytyjskich postulatów z unijnymi traktatami ma czuwać specjalny zespół w Komisji Europejskiej, na czele którego stoi doświadczony urzędnik Komisji Europejskiej narodowości brytyjskiej Jonathan Faull. Ma do pomocy pięć osób: z Wielkiej Brytanii, Danii, Francji, Cypru i Polski. Natomiast negocjacje polityczne będą się odbywały między unijnymi stolicami, bo to one muszą wyrazić zgodę na brytyjskie żądania.

Polski sojusznik

Na najbliższym szczycie UE 15–16 października, gdzie miała się odbyć pierwsza debata na ten temat, nie stanie się więc nic. Prawdopodobnie na kolejnym, w grudniu, strategia brytyjska będzie wyraźniejsza. Daty referendum jeszcze nie podano, ale logiczna wydaje się jesień 2016 roku.

Bo referendum musi się odbyć do końca 2017 roku, tak zadeklarował Cameron. Tymczasem sam 2017 rok jest ryzykowny, bo odbywają się wybory w dwóch najważniejszych państwach członkowskich – Niemczech i Francji, a do tego Wielka Brytania będzie sprawować rotacyjne przewodnictwo w UE. Nie jest to więc czas na załatwienia własnych spraw. Z kolei wiosną 2016 roku jest seria wyborów lokalnych w Wielkiej Brytanii.

Czynnikiem wpływającym na brytyjską strategię są też wybory w Polsce. Philip Hammond, minister spraw zagranicznych, powiedział wprost, że trzeba poczekać na ich wyniki, żeby dodatkowo nie komplikować kampanii w Polsce.

– Po wyborach w Polsce oczekuję nagłego ożywienia aktywności przed grudniową Radą Europejską – powiedział Hammond. Polska raczej nie decyduje o kalendarzu unijnym Camerona, ale z pewnością nie chce on szkodzić swoim sojusznikom z Parlamentu Europejskiego. Tam PiS należy z brytyjskimi konserwatystami do jednej grupy politycznej Europejskich Konserwatystów i Reformatorów.

– Torysi trzymają kciuki za PiS. Bo choć w ważnych sprawach obyczajowych czy liberalizmu gospodarczego te dwie partie się różnią, to łączy je opozycja wobec dalszej integracji UE – mówi Paweł Świdlicki. Rząd PiS będzie więc z pewnością sojusznikiem Camerona w tych negocjacjach, choć pozostanie do rozstrzygnięcia kwestia zasiłków dla Polaków. – To postulat tak samo trudny dla PO i PiS. Ale może u PiS Cameron znajdzie więcej zrozumienia – mówi ekspert Open Europe.

Ostatecznie jednak powodzenie misji brytyjskiego premiera zależy nie tylko od Polski, ale też od zgody wszystkich państw UE. Dlatego już kilka miesięcy temu objechał on wiele europejskich stolic, lobbuje też jego minister finansów George Osborne. I w różnych sprawach może liczyć na poparcie różnych państw.

– Dla niedyskryminowania państw spoza strefy euro ma poparcie Danii, Szwecji i Polski, w stawianiu na innowacyjność popierają go państwa bałtyckie, pomysł weta dla parlamentów narodowych dla unijnej legislacji dobrze sprzedaje się w Holandii – zauważa Świdlicki.

POLECAMY

KOMENTARZE