Unia Europejska

Szułdrzyński: Oczarować urzędników UE i sceptyków we własnym obozie

AFP
Wtorkowa wizyta Mateusza Morawieckiego w Brukseli może być jednym z najważniejszych spotkań, jakie szef polskiego rządu odbył z kierownictwem Komisji Europejskiej.

Od momentu zmiany na stanowisku premiera w PiS widać zdecydowaną zmianę języka, którym mówi się o Unii Europejskiej. Logika, według której Polska jest oblężoną twierdzą atakowaną przez Niemców, Rosjan czy Bruksela, ustępuje – bardzo powoli skądinąd – logice, według której politykę europejską trzeba prowadzić w taki sposób, by realizować swoją suwerenność, ale równocześnie nie próbować wszystkich bez powodu do siebie zrażać. Dlatego jednym z elementów taktyki podczas rozmowy Morawieckiego w Brukseli będzie próba powielenia scenariusza ze spotkania z Viktorem Orbánem. Temat procedury praworządności był tam tylko jednym z kilku, obok innych spraw bilateralnych, regionalnych i europejskich. Dlaczego? Bo chodzi o pokazanie, że na sporze z Brukselą w sprawie procedury praworządności świat się nie kończy.

Dlatego też najprawdopodobniej szef rządu będzie chciał uniknąć wrażenia, że poświęca całość spotkania z Jeanem-Claudem Junckerem sporowi o sądownictwo w Polsce. To stawiałoby nas w roli petenta i sprowadzało całość naszej obecności w UE do kwestii praworządności. Cel jest jasny: pokazać, że są sprawy, w których Polska jest wzorowym członkiem UE, a nasze interesy są całkowicie zbieżne z Brukselą, że są kwestie, w których się spieramy i szukamy porozumienia, ale są też takie, na które polski rząd patrzy zupełnie inaczej niż większość UE i chce swe racje wytłumaczyć.

Przykładem sprawy, w której Warszawa idzie ręka w rękę z Brukselą, może być polityka energetyczna. Polska jest też wzorowym członkiem UE w kwestii brexitu.

Istnieją też obszary, gdzie ścierają się interesy różnych krajów i różnych regionów, a w których my staramy się przekonywać do swoich racji – np. temat pracowników delegowanych.

Stąd właśnie pomysł stworzenia wrażenia, że sądownictwo to tylko jeden z wielu punktów w relacjach z Unią Europejską.

Drugim zadaniem Morawieckiego będzie próba wyjaśnienia brukselskim urzędnikom motywacji partii rządzącej, które stały za reformą sądownictwa. Premier będzie się starał pokazać – choć to zadanie niezwykle trudne – że celem przyjętych rozwiązań nie jest podporządkowanie sądownictwa PiS, lecz próba uzdrowienia wymiaru sprawiedliwości, który nie był gruntownie reformowany od upadku komunizmu.

Ale przed Morawieckim stoi jeszcze jedno wyzwanie. Paradoksalnie jego misja w Brukseli nie może się do końca udać. Chodzi bowiem o pisowskie zaplecze nowego premiera, które – mimo pewnej zmiany retoryki w ostatnich tygodniach – jest wobec Unii niezwykle nieufne. Nie, nie chodzi o to, że chce Polskę z niej wyprowadzać, ale raczej nie czując się pewnie w Brukseli ani w zachodnioeuropejskich stolicach, podchodzi do UE z pewną podejrzliwością. Jeśli Morawiecki zbyt łatwo dogada się z KE, w wielu głowach polityków prawicy pojawić się może podejrzenie, że nowy premier gra w innej drużynie. To zaś nie ułatwia i tak trudnej misji, która stoi przed nowym prezesem Rady Ministrów.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL