Tenis

Sylwetka Łukasza Kubota

Łukasz Kubot (z lewej) i jego deblowy partner Marcelo Melo.
PAP/EPA
Finał gry podwójnej Wimbledonu trwał blisko pięć godzin. Równie mozolna była też droga 35-letniego tenisisty z Bolesławca do największego zwycięstwa w karierze.

Na finał Kubot nie musiał zrywać się z łóżka bladym świtem. Mecz rozpoczynał się o 17. Mógł więc wstać o normalnej porze i przystąpić do najważniejszego spotkania w trwającej ponad ćwierć wieku karierze. Nie zawsze cieszył się takim komfortem – żeby dojść na szczyt, zmagał się z przeciwnościami, które innych by zniechęciły, ale tego skromnego chłopaka z Bolesławca zahartowały.

Kiedy dziś tłumaczy, jak nauczył się gry na trawie, zawsze z rozrzewnieniem wspomina treningi na parkiecie lubińskiej hali. Miejsca było tak mało, a nawierzchnia tak szybka, że returny musiał odgrywać bez zastanowienia. A return to jedno z kluczowych zagrań na trawie. Na klepce nauczył się też innych elementów agresywnej taktyki – woleja i serwisu. Zawsze podkreślał, że dzięki tym umiejętnościom stał się też dobrym deblistą.

Nie narzekał na warunki, tylko ćwiczył. Nie marudził, kiedy musiał wstawać o piątej rano, by jechać na zajęcia na szóstą, bo tylko wtedy sala była dostępna dla jego grupy. Raz podwieźli go rodzice, innym razem sam wsiadał na rower i ledwie rozbudzony dojeżdżał do hali. Czasami było zimno, ale nie zniechęciło go i to. Później, kiedy dostał ofertę z Wrocławia, dojeżdżał na treningi, korzystając z autobusu PKS.

Ta droga nauczyła go pokory, pracowitości i wytrwałości w dążeniu do celu. Jak zwykle w tenisie pomogli też rodzice, właściwe wybory oraz trochę szczęśliwy zbieg okoliczności.

Mama Dorota zawsze wspierała syna w codziennym znoju. Ojciec Janusz, były piłkarz Zagłębia Lubin, absolwent wrocławskiej AWF, długo prowadził z synem zajęcia ogólnorozwojowe. Dał mu pierwsze wskazówki, jak dbać o siebie, właściwie się zregenerować, rozciągać, odżywiać. Pierwszy duży sukces, mistrzostwo Polski do lat 16, pozwolił Łukaszowi na wyjazd na stypendium do USA, gdzie zrozumiał, co to jest profesjonalizm, i postanowił definitywnie, że zostanie zawodowym tenisistą. Wtedy też rozpoczął wspinaczkę w światowym rankingu, najpierw juniorskim. W Wimbledonie, dotarł do ćwierćfinału w grze pojedynczej.

W Polsce znalazł się w programie wspierającym młodych zdolnych zawodników – Prokom Team, finansowanym przez trójmiejskiego biznesmena Ryszarda Krauzego. Obecność dobrodzieja z Gdyni na trybunie kortu centralnego Wimbledonu podczas sobotniego finału debla była nie pierwszym już wyrazem wdzięczności Kubota za okazaną pomoc.

Wsparcie, bez którego w tenisie niczego się nie zdziała, przychodziło też z innych źródeł. Na wyjazd do Stanów Zjednoczonych pożyczki rodzicom Łukasza udzielił Andrzej Szarmach, świetny przed laty napastnik reprezentacji Polski, pracujący przez pewien czas z piłkarzami Zagłębia jako II trener.

Występujący na zakończenie piłkarskiej kariery w Austrii ojciec zapewnił synowi kontrakt na sprzęt z firmą Fischer, kontakty z tamtejszą federacją, możliwość treningów w komfortowych warunkach. Łukaszowi udało się także dosyć wcześnie nawiązać współpracę z czeskim klubem TK Neride. Dzięki temu nie musiał się martwić o silnych sparingpartnerów i miejsce do treningów. Miał do dyspozycji świetnych czeskich szkoleniowców tworzących jeden z najbardziej skutecznych tenisowych systemów na świecie.

Sukcesy Kubot osiągał później niż inni, dochodził do nich przede wszystkim ciężką pracą, a nie wyłącznie siłą talentu. Ale on przynajmniej go nie marnował. Jak już wszedł na właściwą ścieżkę, to jej nie opuścił.

W grze pojedynczej w 2009 roku dwa razy doszedł do finałów turnieju ATP. Przegrał w Belgradzie z Novakiem Djokovicem i w kolumbijskim kurorcie Costa de Salupe z Juanem Carlosem Ferrero. Ale stać go było także na to, by ograć zawodników z pierwszej dziesiątki rankingu ATP – Andy'ego Roddicka i Gaela Monfilsa. Apogeum jego kariery singlowej nastąpiło podczas „polskiego Wimbledonu" w 2013 roku, kiedy dopiero w ćwierćfinale przegrał z Jerzym Janowiczem.

W deblu czuł się jednak najlepiej. Od 2009 roku do sobotniego wieczoru wygrał 18 turniejów rangi ATP. Trzy lata temu w parze ze Szwedem Robertem Lindstedtem zwyciężył w wielkoszlemowym Australian Open. Przed rokiem z Austriakiem Alexandrem Peyą dotarł do półfinału turnieju Roland Garros. Teraz triumfował w najbardziej prestiżowym z Wielkich Szlemów – Wimbledonie. Jako pierwszy Polak. I zapowiada, że chce grać jeszcze długo, bo 35 lat w deblu to nie przeszkoda.

Bez treningów na parkiecie hali w Lubinie, bez zrywania się o piątej rano nie byłoby to możliwe.

Napisaliśmy historię, ale jeszcze nie czuję jak wielką - Łukasz Kubot, polski tenisista, zwycięzca Wimbledonu

Rz: Co się czuje po takim finale? Tylko radość, zmęczenie czy ogromne spełnienie?

Łukasz Kubot: Nie wiem, co odpowiedzieć. Mówiłem na konferencjach, że każdy mecz jest inny, że to wciąż nowa karta. Kiedy dzień wcześniej zobaczyłem kort centralny, jakby prąd poraził mnie na ten widok. Wychodząc tutaj, już czujesz dumę, że jesteś tam, gdzie marzyłeś, by kiedyś być. Wszyscy znają moją historię, jak musiałem wcześnie rano jeździć rowerem na treningi. Teraz marzenie się spełniło, choć chyba jeszcze nie zdaję sobie z tego sprawy. Może po powrocie do Polski to do mnie dotrze. Wiem, że wykorzystaliśmy doświadczenie Marcelo, który był tu w finale. W Australian Open grałem z Robertem Lindstedtem, który wcześniej był w trzech finałach i żadnego nie wygrał. Takie doświadczenia były bardzo cenne. Szczęście nam w końcu dopisało. Tak, napisaliśmy historię, ale jeszcze nie czuję jak wielką.

Ceni pan jednakowo wielkoszlemowy sukces w Melbourne i Londynie?

Tego nie da się porównać. Teraz jestem myślami na korcie centralnym Wimbledonu, gdzie była fantastyczna atmosfera, ciarki przechodziły, ludzie klaskali, to, co się działo po ostatniej piłce – nie do opisania.

Może pan dziś powiedzieć, że porzucenie gry singlowej to był znakomity pomysł na dalszy ciąg kariery?

To była bardzo trudna decyzja, jedna z najważniejszych w moim życiu. Czasem jeszcze łza się w oku kręci, ale trzeba umieć słuchać swojego ciała.

To jest czas, w którym może pan dziękować wielu ludziom. Komu szczególnie?

Oczywiście dziękuję Marcelo, że za partnera wybrał właśnie mnie, ale w loży były osoby, które również wspomagały moją karierę: pan Ryszard Krauze, Wojtek Fibak, którego tenisowe uwagi zawsze ceniłem najbardziej, pan Jaroslav Kalát – jeden z tych, dzięki którym od 2005 roku występuję w klubie z Czech, TK Neride. Chciałem też podziękować panu Andrzejowi Szarmachowi, który wspierał moją karierę na początku. Zapraszałem go, ale ze względów prywatnych nie mógł przylecieć do Londynu. Przede wszystkim jednak dedykuję ten sukces rodzinie – oni najlepiej wiedzą, przez co przechodziłem, by być tutaj.

Ma pan już następne marzenia?

Chcę być zdrowy i żebyśmy dalej się dogadywali z Marcelo na korcie jak dotychczas. Wiadomo, wkrótce będzie Ameryka, korty betonowe, pojawią się kolejne cele. Na razie jednak chcę odpocząć. Teraz jest czas, żeby świętować.   —w Londynie wysłuchał Krzysztof Rawa

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL