Mirosław Żukowski: Dom Marii – Ameryka

aktualizacja: 30.08.2017, 18:18
Foto: Fotorzepa, Waldemar Kompała

Jeśli ktoś nie wiedział, na czym polega dziś w sporcie american way of life, po pierwszym dniu US Open w tenisie już wie.

REDAKCJA POLECA

W Europie ci, którzy chcieli, by Maria Szarapowa po dyskwalifikacji za doping wróciła do sportu po czerwonym dywanie, spotykali się raczej z krytyką niż uznaniem. Organizatorzy turnieju Roland Garros odmówili jej zaproszenia poza kolejką (czyli dzikiej karty), w Wimbledonie odetchnęli z ulgą, gdy ogłosiła, że na trawie nie zagra z powodu kontuzji, bo musieliby postąpić tak samo.

Oczywiście nie wszyscy zadawali sobie fundamentalne pytanie, czy Szarapowej należą się specjalne względy, mniejsze turnieje w trosce o kasę zapraszały Rosjankę. Ale nie zmieniało to faktu, że wokół przywilejów dla Szarapowej klimat był dwuznaczny, ważono racje, cytowano opinie rywalek, mówiących, że to gra nie fair, bo choć tenisowe prawo nie było łamane, to dobre obyczaje jak najbardziej.

W Ameryce takich wątpliwości nikt nie miał, tam najważniejszy jest show, telewizyjna oglądalność i zysk, a to Szarapowa gwarantuje jak mało kto. Piękną Marię do Nowego Jorku zaproszono i zadbano, by jej powrót odbył się w hollywoodzkim stylu: wieczorem, w czasie najlepszej telewizyjnej oglądalności, jako część uroczystości dwudziestolecia kortu im. Arthura Ashe’a.

Bohaterka zachowała się stosownie do okoliczności: wyszła na pole bitwy w stroju upiększonym kryształkami Swarovskiego (francuska gazeta „L’Equipe” napisała, że potraktowała go jak szatę wojenną), wygrała i rozpłakała się na oczach publiczności zgromadzonej na największych tenisowych trybunach. Ale przede wszystkim w pojedynku z tenisistką nr 2 na świecie Rumunką Simoną Halep pokazała hart ducha godny wojownika i ma Amerykę u stóp.

Nawet ci, którzy często przypominają, że Szarapową mało kto lubi, bo jest wyniosła, w szatni nie mówi nikomu dzień dobry, wszystko podporządkowane jest interesom inwestujących w nią pieniądze i sprzedaży dóbr wszelakich, z paskudnymi, ale drogimi cukierkami Sugarpova włącznie, muszą przyznać, że na korcie Rosjanka to lwica jakich mało. Jej wola walki jest imponująca, a podrażniona ambicja sprawia, że gra znakomicie, tworzy spektakl, od którego nie można oderwać oczu, kort ciągle jest pod prądem.

Zimnokrwiści cynicy przekonują, że łzy Marii to teatr mający wesprzeć sprzedaż książki, która ukaże się niebawem, ale nawet jeśli mają trochę racji (w co ja nie do końca wierzę), urody i intensywności sportowemu spektaklowi to nie odbiera.

Dużo bliżej mi do białego Wimbledonu, nawet z honorowymi stewardami opitymi Pimm’sem, niż do celebryckiego jarmarku na Flushing Meadows, ale mecze takie jak Szarapowa – Halep trudno zapomnieć.

Oczywiście warto pamiętać, że to dopiero pierwsza runda wielkoszlemowego turnieju, żądza zwycięstwa podsycana urażoną dumą to paliwo, które może się szybko skończyć, ale wnioski z tego spektaklu refleksyjni kibice tenisa wyciągnęli chyba podobne: Ameryka to inny świat, a Szarapowa jest jego sztandarowym produktem.

Kilka lat temu w Moskwie po meczu Rosjanek w Pucharze Federacji zapytano Marię, co będzie teraz robiła, a ona odpowiedziała, że jeszcze kilka dni zostanie w stolicy, a potem wraca do domu, do Ameryki. Rosjanie jej to wybaczyli, a teraz dostała dowód, że Ameryka to naprawdę jej dom.

POLECAMY

KOMENTARZE