Świat

Trump broni skrajnej prawicy

Prezydent Trump uznał, że 12 sierpnia wśród broniących pomnika generała Lee w Charlottesville było „wielu porządnych ludzi”
AFP
Biali będą wkrótce mniejszością w amerykańskim społeczeństwie. Prezydent wychodzi naprzeciw ich obawom.

Generał John Kelly z pewnością wolałby tego uniknąć. We wtorek stał z ponurą twarzą w lobby Trump Tower, gdy prezydent spontanicznie odpowiadał na pytania dziennikarzy. Miało być o programie modernizacji infrastruktury drogowej, bo Donald Trump właśnie podpisał dekret upraszczający procedury budowlane, ale rozmowa szybko przeszła na ocenę brutalnych starć sprzed dwóch dni w Charlottesville w Wirginii. To tam doszło do bijatyki między zwolennikami obalenia pomnika jednego z przywódców konfederatów w wojnie secesyjnej Roberta E. Lee a zbiorowiskiem członków Ku Klux Klan, tzw. alternatywnej prawicy (alt-right), zwolenników białej supremacji, nazistów i członków innych, skrajnie prawicowych ugrupowań.

– Przepraszam, ale jeśli dobrze się temu przyjrzeliście, a zrobilibyście to, gdybyście byli uczciwymi dziennikarzami, czym w wielu przypadkach nie jesteście, to byście zobaczyli, że wielu z tych ludzi przyszło jedynie bronić pomnika generała Lee. Odcinam się od skrajnej prawicy, absolutnie, ale tam było też wielu jak najbardziej uczciwych ludzi – podkreślił prezydent stawiając na równi alt-right z tym, co nazwał skrajną lewicą alt-left.

– Ci ludzie atakowali z maczugami w rękach. Czy nie uważacie, że oni mają problem? Ja tak uważam – mówił prezydent o zwolennikach obalenia pomnika konfederaty.

– Czy obalimy ten pomnik, bo Lee był właścicielem wielu niewolników? Jeśli tak, to zmieniamy historię, zmieniamy cywilizację. Dziś to jest Lee, ale w przyszłym tygodniu może powinniśmy obalać pomniki Jerzego Waszyngtona, a za kolejny tydzień Thomasa Jeffersona, bo przecież oni także mieli niewolników – pytał retorycznie Trump.

W pierwszych reakcjach po zajściach, w których zginęła młoda kobieta, Trump już skrytykował przemoc „po obu stronach", ale w oficjalnym oświadczeniu w poniedziałek zdecydowanie potępił neonazistów, całą skrajną prawicę. Czemu zatem dzień później znów zrównał obie grupy?

Latynoski Teksas

– Tamta deklaracja była ogłoszona pod presją aparatu republikańskiego, to nie był rzeczywisty Trump. Ale dzień później prezydent wygłosił już spontanicznie swoją prawdziwą ocenę, to był „realny" Trump – mówi „Rz" Stephen Szabo, dyrektor Trans-Atlantic Academy w Waszyngtonie.

Ale to niejedyny powód. Córka Ivanka i zięć Jared Kushner, który m.in. z uwagi na żydowskie pochodzenie zawsze tonuje prezydenta w sprawach odnoszących się do stosunków rasowych, są na wakacjach. Nie było więc nikogo, kto mógłby powstrzymać prezydenta.

Ale Willem Post, amerykanista z Holenderskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych Clingendael, uważa, że we wtorek nie tylko emocje wzięły u Trumpa górę. To była też jak najbardziej chłodna kalkulacja.

– Pół roku od przejęcia władzy Trump nie ma wielu sukcesów. Musi opierać się na swoim twardym elektoracie, 35-40 mln Amerykanów z małych miasteczek, którzy zwykle żyją bardzo skromnie, obawiają się wielokulturowej Ameryki, odejścia od tradycyjnych, protestanckich wartości – uważa Post.

Bo rzeczywiście, zmiany etniczne w amerykańskim społeczeństwie przebiegają niezwykle szybko. Jeszcze w 1980 roku biali stanowili 80 proc. narodu, ale dziś to już tylko 60 proc. W tym samym czasie szybko rośnie udział Azjatów, czarnych, ale przede wszystkim Latynosów, którzy stanowią blisko jedną piątą mieszkańców kraju (6 proc. w 1980 roku).

Już teraz biali są w mniejszości w tak kluczowych stanach, jak Teksas i Kalifornia, ale wkrótce czeka to cały naród – wynika z opublikowanej niedawno analizy University of New Hampshire. To efekt nie tylko masowej emigracji (którą Trump usiłuje zastopować), ale przede wszystkim znacznie silniejszego przyrostu naturalnego u mniejszości etnicznych. Średni wiek białych to już 43 lata, Latynosów – ledwie 28 lat.

– Ku Klux Klan ma ledwie kilka tysięcy członków, alt-right to margines amerykańskiej sceny politycznej. Ale ich wpływy w „głębokiej Ameryce" są o wiele większe – podkreśla Post.

Na ręce Trumpa bardzo szybko przyszły gratulacje, których zapewne chętnie by uniknął. – Dziękuję Prezydencie Trump za uczciwość i odwagę w powiedzeniu prawdy o Charlottesville – napisał na Twitterze David Duke, były przywódca Ku Klux Klanu, jeden z liderów skrajnej prawicy, który zaprzeczał Holokaustowi.

Podział republikanów

Co jednak ważniejsze, prezydenta ostro skrytykowało wielu czołowych republikanów, i to nie tylko znani z wrogości do Trumpa John McCain i Lindsey Graham, ale także tacy, którzy do tej pory wstrzymywali się z atakami na prezydenta.

– Panie prezydencie, nie może pan obciążać zwolenników białej supremacji tylko częścią winy. Oni wspierają idee, które spowodowały tak wiele cierpienia w narodzie – napisał niedoszły kandydat republikanów w wyborach prezydenckich Mario Rubio. Paul Ryan, republikański przewodniczący Izby Reprezentantów, uznał zaś, że ideologia białej supremacji jest „odrzucająca".

– Nie możemy szukać usprawiedliwiania dla białej supremacji i aktów wewnętrznego terroryzmu. Musimy je potępić. Kropka – uznał z kolei senator z Arizony Jeff Flake.

Na tym tle oceny demokratów wcale nie wydają się już radykalne. Senator z Massachusetts Elizabeth Warren, wschodząca gwiazda Partii Demokratycznej stwierdziła: – Prezydent właśnie bronił neonazistów i obarczył winą tych, którzy potępiają rasizm i nienawiść. To jest chore.

Czy taka polaryzacja doprowadzi do ostatecznego rozejścia się poglądów republikanów i Trumpa, powstania radykalnej prawicowej partii wokół prezydenta?

– Jesień będzie bardzo gorąca. Już teraz prezydent znacznie mocniej atakuje establishment republikański niż demokratyczny – uważa Stephen Szabo. ©?

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: jedrzej.bielecki@rp.pl

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL