Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Sporty zimowe

Magister marzyciel ze wsi Zšb

Dobry skok trzeba najpierw zobaczyć w głowie, mieć jego obraz i puszczać sobie w kółko, aż się zakoduje. PóŸniej wystarczy już tylko odtworzyć taœmę
AFP
Polski sukces w skokach narciarskich ma dziœ sylwetkę Kamila Stocha, wdzięk jego żony Ewy i mocny charakter trenera Stefana Horngachera.

Minšł rok od chwili, gdy Stoch wygrał pierwszy raz Turniej Czterech Skoczni. Te 12 miesięcy nie było tylko zwykłym czekaniem na wydanie drugie zwycięskiej księgi – znacznie poprawione.

Był to czas rosnšcego podziwu dla dojrzałego talentu „prostego chłopaka ze wsi", jak z przekornym uœmiechem mówi niekiedy o sobie magister wychowania fizycznego Kamil Stoch. Wtedy, po 65. Turnieju Czterech Skoczni (TCS), wygrał jeszcze dwa razy konkursy Pucharu Œwiata w Wiœle, raz w Zakopanem, potem na Okurayamie w Sapporo i w norweskim Vikersund.

Zdobył drużynowe złoto podczas mistrzostw œwiata w Lahti. W marcowym finale w Planicy w konkursie drużynowym leciał aż 251,5 m i ustanowił piękny rekord Letalnicy, z którym za trzy miesišce z kawałkiem znów będš się mierzyć wszyscy najlepsi na zakończenie obecnej zimy ze skokami. Zabrał go Stefanowi Kraftowi.

Ten niezwykły lot w Planicy był ważny również dlatego, że pokazał cišgłš pasję Stocha, zwykle skrywanš za żartem albo bezpiecznš formułkš o czerpaniu radoœci ze skakania. W słoweńskiej krainie długich lotów Kamil powiedział kiedyœ trenerowi, że warto harować cały rok, żeby przyjechać właœnie tam na ostatni weekend sezonu i oddać kilka skoków. O tym marzy. Poczuć prędkoœć, smak ryzyka, trafić z poczštkiem odbicia we właœciwy czas, bez wahania. Bo chwila wštpliwoœci wystarczy, by wszystko zepsuć. Na decyzję jest jakieœ 0,3 sekundy.

Odrobinę niepewnoœci w minionym roku mieliœmy podczas letnich skoków Stocha na igielicie, kiedy to Dawid Kubacki nagle poczuł wielkš moc, a mistrzowi Kamilowi trochę nawaliła regulacja odbicia. W dodatku trener wymyœlił nowy sposób lšdowania, który miał dobrze wyglšdać i oszczędzać bolšce niekiedy kolano mistrza.

Ze œwiecš w ręku

Kamil mozolnie latem szlifował, co miał szlifować, i opowiadał o tym do kamer Eurosportu albo TVP Sport, całkiem w stylu Małyszowych „dwóch dobrych skoków". – Mam œwiadomoœć, że nie zawsze da się wygrać, może coœ się zdarzyć, co będzie niezależne ode mnie. Nie chcę więc myœleć o zwycięstwach. Staram się nie zwracać na nie uwagi, tylko skupić na sobie, na rzeczach do wykonania, na pracy, na dobrych skokach, które dajš poczucie spełnienia. I odnaleŸć siebie w tym wszystkim – mówił.

Dociekliwym dodawał parę słów o skupianiu się na pozycji najazdowej, na odbiciu, wyniesieniu z progu. Czasem o znaczeniu wyobraŸni, bo dobry skok trzeba najpierw zobaczyć w głowie, mieć jego obraz i puszczać sobie w kółko, aż się zakoduje. Potem nie trzeba już myœleć o niczym, tylko odtworzyć taœmę, ciało samo wykonuje zakodowany ruch. Wtedy skoki wydajš się proste.

Tuż przed 66. Turniejem Czterech Skoczni był czwarty w klasyfikacji Pucharu Œwiata, miał 323 punkty. Rok wczeœniej było identycznie – co do liczby punktów i pozycji. Ta drobna koincydencja urosła do rangi symbolu dziesięć dni póŸniej: po wyrównaniu wyczynu Svena Hannawalda, czwartym zwycięstwie w konkursach TCS z rzędu (albo nawet pištym, liczšc z ubiegłorocznym w Bischofshofen) i odebraniu drugiego Złotego Orła.

Najlepszym tłem do opisu kolejnego sukcesu Kamila Stocha znów stał się Zšb pod Zakopanem, z nieodmiennym dopiskiem: „najwyżej położona wieœ w Polsce", choć 1000 m nad poziomem morza może wielkiego wrażenia nie robić. Dla jednych to kraina mistrzów nart, takich jak Józef Łuszczek, Stanisław Bobak i Stanisław Ustupski, dla innych od dawna Stochowe gniazdo.

Zšb jest ważny, bo tam przede wszystkim stoi dom rodzinny. Bronisław i Krystyna Stochowie stworzyli dla siebie i trójki dzieci (Kamil ma dwie starsze siostry) miejsce, o którym skoczek mówi, że jest piękne, i zawsze z radoœciš do niego wraca. Wedle góralskich norm dom ma stromy dach, na którym, gdy spadł œnieg, można było urzšdzić rozbieg do skoków z bulš ulepionš za rynnš. Obok jest pochyła łška, której garb był naturalnym progiem. Narty pojawiały się pod choinkš Kamila różne – stare i nowe, biegowe, alpejskie, w końcu skokowe. Wszystkie ujeżdżał na swój sposób, z niektórymi spał.

Mały Kamil skakał z dachu i na łšce. W domu z krzeseł i stołu. W dzień i w nocy. Tak to będzie na zawsze zapamiętane: wołał tatę póŸnym wieczorem do progu zaznaczonego dwoma œwieczkami. Tata mierzył odległoœci, też ze œwiecš w ręku. Syn jeszcze nie miał potężnego odbicia, więc rekord obiektu wynosił niecałe 20 m przy rozbiegu długoœci 150 m. – Jako dziecko syn był wyzwolony ze strachu – podsumował tamten czas pan Bronisław, psycholog z zawodu, ale bez cišgot do psychologii sportu.

Mama, pani pedagog, wzdychała, jak każda mama, która widzi oczami wyobraŸni synka rozbijajšcego się na œniegu, ale wie, że zabronić się nie da. Postawiła tylko jeden twardy warunek – bez względu na okolicznoœci syn ma skończyć szkoły. Umowy dotrzymał. Został magistrem w 2012 roku, po obronie pracy „Obcišżenia treningowe stosowane w szkoleniu skoczków narciarskich prezentujšcych wysoki poziom sportowy na wybranym przykładzie". Promotorem w krakowskiej AWF był prof. Szymon Krasicki.

Chłopaka marzšcego o wielkich skokach w Zębie mogło ponieœć wyłšcznie do Zakopanego, choć należał najpierw do LKS Zšb, klubu założonego przez Jadwigę Staszel, miejscowš nauczycielkę WF, i paru rodziców. Potem z racji skokowej biedy (to były czasy przed Małyszem), gdy jeden kask musiał wystarczyć na dwóch albo trzech, jedne narty na pięciu, poszedł z kolegami do LKS Poronin. Uczyli młodego człowieka Zbigniew Klimowski, „Dziadek" Mieczysław Marduła, „Ujek" Stanisław Trebunia-Tutka i inni.

Dziœ Kamil jest też dumš zakopiańskiej Szkoły Mistrzostwa Sportowego, choć kiedyœ było zwyczajnie: schody z fotografiami mistrzów narciarstwa różnych specjalnoœci na œcianach, klasy z prostymi ławkami i mnóstwo nieobecnoœci w dzienniku. – Trzeba się było przedstawiać nauczycielowi – wspominał, bo sport wymagał wyjazdów. Młody Stoch wyjeżdżał, przyjeżdżał, zaliczał, nie ma co tworzyć legendy, że wyniki miał nadzwyczajne. Nie miał, choć z angielskiego nie był zły.

W klasie towarzystwo ciekawe: Piotrek Żyła i Wojciech Topór, z którymi skakał w reprezentacji juniorów, biatlonista Adam Kwak, także Agnieszka Gšsienica Daniel, alpejska mistrzyni Polski, olimpijka z Vancouver. Kamil, jak mówi, szkołę po prostu przetrwał. Maturę zrobił. Tylko raz czy dwa poszedł z chłopakami na wagary, niespecjalnie daleko. Gdzie mogš chodzić skoczkowie na wagary? Oczywiœcie na skocznię.

Zakopiańskie wspomnienia to także Centralny Oœrodek Sportu, małe treningowe progi i lšdowanie latem w trocinach. Igielit to też była droga sprawa. Upaœć twarzš w trociny oznaczało wycišganie ich z zębów – w najlepszym przypadku. W gorszych, jakie też zdarzały się małemu Kamilowi, rozcięta skóra. – Ale każdy się przeżegnał i jechał. Pierwszy skok, a właœciwie zjazd, pamiętam jak przez mgłę. Lepiej pamiętam pierwszy poważniejszy upadek, wywróciłem się, wargę przecišłem, pół gęby bania – mówił.

Druga połówka

Ewę dostrzegł już w szkole, ale ona chodziła do starszej klasy, licealny rocznik 2001–2004 (w klasie z Paulinš Maciuszek, córkš Józefa Łuszczka), wtedy na dwa lata młodszych raczej się nie spoglšda. Panna Ewa Bilan miała już wówczas sporo pomysłów, na pewno pasję do fotografii artystycznej, rozpoczęła też studia, pojechała z aparatem do Planicy. Dziœ można ustalić w szczegółach, jak było.

Kamil też był w 2006 roku pierwszy raz pod Letalnicš. Wpadli na siebie na ulicy w Kranjskiej Gorze. To znaczy przeszli mimo, ale młody skoczek zawrócił i wiedziony instynktem nie zrobił nic mšdrego: capnšł dziewczynę za plecy, huknšł jeszcze w ucho na przestrach dla lepszego efektu. Spowodował morderczš chęć oddania uderzenia (w końcu Ewa w SMS Zakopane trenowała azjatyckie sporty walki), ale swoje osišgnšł: został zauważony. Zaczęli spacerować we dwoje.

Trzy lata póŸniej w tym samym miejscu poprosił jš o rękę. Romantyzm po góralsku takie ma przejawy. Było mokro, chodnik cały w roztaplanym œniegu, kałuże i błoto, ale tak właœnie musiało być. Klęknšł przed przyszłš żonš, właœciwie to zrobił telemark w błocku, niszczšc jedyne spodnie, jakie miał na wyjazd. Wręczył pierœcionek. Usłyszał zgodę.

– Wiedziałam, że to kiedyœ nastšpi, bo zobaczyłam wczeœniej w jego szpargałach małe czerwone pudełeczko, gdy był w szpitalu, a ja szukałam dla niego jakichœ dokumentów przed operacjš barku – mówi dziœ pani Ewa Bilan-Stoch. Œlub też wzięli po góralsku, w 2010 roku, u ojców paulinów na Bachledówce we wsi Czerwienne. Uroczystoœć poprowadził krajowy duszpasterz sportowców ksišdz Edward Pleń.

Być żonš Kamila Stocha dla pani Ewy nie oznaczało i nie oznacza życia w blasku sławnego męża. Może nie wszystkim się to podobało, ale szybko wzięła sprawy w swoje ręce z energiš, której wystarczyło na wiele znaczšcych zmian. Najważniejszš było stworzenie Eve-nementu, potrójnego przedsiębiorstwa sportowo-marketingowo-handlowego z Kamilem Stochem w roli głównej. Eve-nement to trzy w jednym: klub sportowy dla zakopiańskich dzieciaków, agencja menedżerska dla sportowców (jest w niej pół kadry skoczków i jeden siatkarz) i firma produkujšca odzież sportowš oraz czapki z logo „KS", albo „Kamiland by Kamil Stoch".

W tej kwestii sportowiec nie stawia barier, nie robi uników. Chętnie przyznaje, że znalazł w Ewie wsparcie zawodowe, partnerkę rozumiejšcš, czym sš sportowe marzenia, i drugš połówkę, z którš tak samo œwietnie jedzie się do Liverpoolu oglšdać muzeum Beatlesów, pędzi na safari w Kenii, odwiedza Operę Wiedeńskš, włóczy po Krakowie, idzie na spacer po łšce w Zębie i gada o ksišżce Kena Folleta. Kto nie wierzy, niech popatrzy na fotografie męża robione przez żonę.

Dziennikarze sportowi niekiedy widzš jš z aparatem na imprezach, wtedy dyskretnie czuwa nad startami i pełni też rolę, jakš kiedyœ pełnili „doktorzy" (profesorowie Jerzy ŻołšdŸ i Jan Blecharz przy Adamie Małyszu – przyp. red.) – osłania od œwiata, łagodzi stresy, dodaje otuchy. Gdy Kamil Stoch otrzymał tytuł sportowca roku 2017 w plebiscycie „Przeglšdu Sportowego", przyjechała z Innsbrucka do Warszawy odebrać nagrodę i chyba przekonała do siebie ostatnich nieprzekonanych. Biała koronkowa bluzka, czerwone korale, długa spódnica, bezpretensjonalne słowa podziękowania – jak prosto można zademonstrować siłę skromnoœci.

Była na igrzyskach w Soczi, niektórzy pamiętajš, jak wyskoczyła z zaadresowanej do męża wielkiej paczki, bo kto myœli, że uczucia oznaczajš rutynę w tym zwišzku, ten się myli. Do Pjongczangu żona też pojedzie, chociaż bardziej służbowo – będzie w ekipie Eurosportu pokazywać igrzyska od kuchni. Przymierzyła się do tej pracy podczas mistrzostw œwiata w Lahti i konkursów w Wiœle, nieŸle wyszło, więc cišg dalszy nastšpi.

Po paru latach wynajmowania pokojów młodzi państwo Stochowie zbudowali dom, jakżeby inaczej – na wzgórzu w Zębie. Pełen góralskich wzorów, wieżyczek, spadzistoœci i ciepła drewnianych bali. Tradycja zobowišzuje, tym bardziej że krajanie wspominajš już o koniecznoœci nazwania ulicy nazwiskiem mistrza. W Proszowicach Ewa z Kamilem mieszkali względnie krótko, lecz tam już dali skoczkowi honorowe obywatelstwo.

Kamil stara się być sprawiedliwy dla trenerów. Miał ich kilku, do pierwszych wielkich zwycięstw i medali doprowadził go Łukasz Kruczek i to mu będzie zawsze pamiętał. Wczeœniej był Austriak Heinz Kuttin i to za jego kadencji chyba jedyny raz skoczek pomyœlał poważnie o rezygnacji ze sportu. Konflikt wzišł się z uporu trenerskiego – Kamil miał mieć dłuższe narty, choć do nich nie pasował wagš wedle przelicznika BMI. Ostre polecenie wypicia dwóch litrów wody przed zawodami było jakimœ rozwišzaniem, ale niezbyt skutecznym.

Skoczek się frustrował, trener srożył i groził wyrzuceniem z kadry, dziennikarze narzekali, że Stoch nerwowy i nie chce gadać. W końcu narty skrócono i było lepiej, ale urazy pozostały. Po Kuttinie, Finie Hannu Lepistoe i Kruczku przyszedł wiosnš 2016 roku czas Stefana Horngachera i choć wiedza o skokach podpowiada, że żaden szkoleniowiec nie da gwarancji na dekady sukcesów, ten Austriak, wydaje się, znalazł właœciwš drogę.

Nie był wybitnym sportowcem, raczej solidnym, takim, co ma pewne miejsce trzeciego, czwartego w drużynie i tylko z niš zdobywa medale, choć trzeba przyznać, także złote. W Turnieju Czterech Skoczni Horngacher był raz pišty, wygrał dwa konkursy PŒ (jeden w 1999 roku na Wielkiej Krokwi w Zakopanem). Po zakończeniu kariery w 2002 roku został asystentem trenera reprezentacji Austrii, potem na dwie zimy przyjšł funkcję trenera polskiej kadry B, czyli młodzieży.

Tego nam było trzeba

Wtedy pierwszy raz spotkał Stocha. Efekt: drużynowe srebro w mistrzostwach œwiata juniorów. Obok Kamila skakali w Rovaniemi Paweł Urbański, Wojciech Topór i Piotr Żyła. Od zimy 2006/2007 Austriak pracował w Niemczech, lecz wcišż względnie daleko od posady głównego trenera, aż przyszła propozycja z Polski.

Oswajanie się z polskimi warunkami przyszło Horngacherowi względnie łatwo. Ludzie go dobrze zapamiętali. – Jest bardzo stanowczy, ale to także człowiek, z którym można na wiele tematów dyskutować – rekomendował Adam Małysz. – Po częœci jest też psychologiem – dodawał Zbigniew Klimowski. – Ma autorytet. Po prostu przy nim nie ma taryfy ulgowej. Jak machnie kijkiem w siłowni, to nikt nie ma zastrzeżeń – to Piotr Żyła. – Dobrze się nam z nim pracowało w kadrze B, bo jak przyszedł, to od razu powiedział, że jest po to, by trenować profesjonalistów, a nie gówniarzy. Tego nam było trzeba – mówił Kamil Stoch.

W rozmowach dziennikarzy z trenerem Horngacherem powtarza się kilka motywów. Pierwszy, może najważniejszy: Austriak lubi wspomóc się nowoczesnš technologiš, lecz nie wierzy w żadne sztuczki, liczy się tylko ciężka praca, taka na 100 procent, a potem równie stuprocentowa regeneracja. Drugi: u każdego zawsze można coœ poprawić; trzeba pracować tak, by nie zostać w tyle. Trzeci: rywalizacja w zespole jest czymœ pozytywnym, należy do niej dšżyć, bo jedna gwiazda nie zapewnia motywacji i korzyœci dla drużyny. Czwarty: powtórzenie sukcesu jest ważniejsze od pierwszego wejœcia na szczyt.

O Kamilu Stochu Horngacher mówi z mieszankš podziwu i chłodnego racjonalizmu. – Sšdzę, że po sukcesach olimpijskich trochę stracił motywację, potem kontuzje odebrały mu pewnoœć siebie i radoœć ze skakania, był zagubiony. Ale nie traktowałem go inaczej niż innych, prowadziłem normalnie, tłumaczyłem, że medale w Soczi to już historia, że bywajš dni, gdy nic nie wychodzi, może to trwać tygodnie, nawet miesišce. Że nie należy się skupiać na przyszłych sukcesach, bo nikt nigdy nie jest w stanie zaplanować zdobycia medalu. Ale zaplanować dobry trening można – mówił Austriak i echa tych słów słyszymy teraz u Kamila.

Horngacher przekonał Stocha i pozostałych, że latem podstawowym przyrzšdem treningowym jest sztanga, nie narty, że po zgrupowaniu majš mieć niedosyt skakania, że ten drużynowy duch w kadrze naprawdę się liczy. I że nie ma przeciwwskazań, by w grupie rozmawiać w kilku językach, nawet po czesku, bo do ekipy doszedł trener techniczny i koordynator sprzętowy Michal Doležal.

Zanim w Wiœle zaczęła się obecna olimpijska zima ze skokami, Kamil w maju skończył 30 lat. Komuœ przyszło do głowy spytać z tej okazji o spodziewany koniec kariery. – Myœlałem, że powiecie, iż nie wyglšdam na trzydziestolatka. Wcale nie myœlę o końcu, czuję się młodo, skoki to dla mnie cišgła frajda. Niczego nie obiecuję, nie powiem, że będę błyszczał i skakał najdalej. Po prostu postaram się robić to, co mam do zrobienia, i zobaczymy, co z tego wyjdzie – wrócił do mówienia Horngacherem, a my z nim. Był czas się przyzwyczaić, że to działa. Š?

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL