Sport

Szczepłek: Zapatrzeni w siebie

Fotorzepa, Waldemar Kompała
Legia wygrywa na razie tylko z Finami, remis z Koroną to niespodzianka. Mistrz Polski, zdobywający na Łazienkowskiej bramkę na 1:0 w 79. minucie, nie powinien tracić gola chwilę później. Takiej drużynie to nie przystoi, choć Korona zapracowała na remis.

Własne boisko przestaje być atutem. Przed tygodniem Pogoń przegrała w Szczecinie, a teraz wygrała w Gliwicach, Lechia zwyciężyła w Płocku i przegrała w Gdańsku z Cracovią, która zaczęła sezon od szczęśliwego remisu z Piastem w Krakowie. Tak będzie częściej, ponieważ poziom większości drużyn jest wyrównany, a mistrza Polski nie boi się ani powracający do ekstraklasy, pełen debiutantów Górnik, ani Korona.

Być może pewien wpływ na to mają reakcje trybun. Coś takiego jak przewaga własnego boiska staje się pojęciem nieaktualnym. Dawniej polegało to na dopingu kibiców, potrafiących stworzyć taką atmosferę, żeby goście nie czuli się komfortowo. Coraz częściej jednak zorganizowane grupy kibiców zajęte są głównie sobą i nie reagują na to, co dzieje się na boisku. Żyleta, która uchodzi w Polsce za wzór dla innych kibiców i wyznacza kierunki, w opinii wielu piłkarzy Legii wcale im nie pomaga. Efektowne oprawy robią wrażenie, ale na kibicach na stadionie i przed telewizorami. Kiedy zaczyna się mecz i w trudnych sytuacjach trzeba piłkarzom pomóc, jednostajne śpiewy i hasła nie są wystarczającą zachętą do mobilizacji.

Oczywiście ostatecznie o wyniku decydują piłkarze, ale skoro kibice są częścią widowiska, to powinni się mądrzej starać. Przy reakcjach takich jak te, które słyszałem po meczu Piasta z Pogonią, strach grać (jakaś grupa zażądała od zawodników Piasta, aby oddali koszulki, bo po przegranej nie są ich godni).

Żyletę krytykują kolejne pokolenia piłkarzy Legii, ale nigdy publicznie, bo się boją. Ona nie wybacza. Nawet najlepsze intencje mogą zostać potraktowane jak napaść. W Poznaniu, Krakowie, Trójmieście, Wrocławiu dzieje się podobnie.

Nowy zawodnik Legii Cristian Pasquato jeszcze nie zagrał - przyszedł w czwartek, a w sobotę był już mecz. Nie zna partnerów, przeciwników, trenera, języka, obyczajów, w dodatku nie trenował tak intensywnie, jak jego nowi koledzy z Łazienkowskiej. Czy on coś wniesie? Nie wiem. Ale fakt, że ktoś był zawodnikiem Juventusu, jeszcze nie czyni z niego Andrei Pirlo. Jeśli Pasquato w wieku 28 lat grał już w jedenastu klubach i w żadnym nie zagrzał miejsca, to każe patrzeć na jego umiejętności z daleko idącą ostrożnością.

Zagraniczni artyści raczej do ekstraklasy nie przychodzą.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL