Społeczeństwo

Holandia: Brakuje lekarzy do przeprowadzania eutanazji

Adobe Stock
Od 2002 roku, gdy eutanazja w Holandii stała się legalna, temat ten przestał być tabu.

Liczba osób, które dokonały eutanazji w Holandii w tym roku ma przekroczyć 7 000, czyli 67% więcej niż jeszcze pięć lat temu. Jak mówi dyrektor jednej z holenderskich klinik, temat ten przestał być w kraju tabu.

W 2012 roku 4188 osób zostało poddanych eutanazji przez lekarzy w Holandii. Wszyscy spełniali kryteria określone w ustawie z 2002 roku, która uczyniła eutanazję legalną.

W tym roku zgłoszono 18 000 próśb o pomoc. 2 500 zgłoszonych zostało do Levenseindekliniek - jedynej z placówek medycznych w Holandii specjalizujących się w eutanazji. Klinika działa jak organizacja charytatywna, koszty zabiegów pokrywa standardowa holenderska polisa ubezpieczenia zdrowotnego.

Steven Pleiter, dyrektor kliniki, powiedział, że w odpowiedzi na rosnące zapotrzebowanie, odbyła się niedawno rekrutacja, której celem było podwojenie liczby lekarzy i pielęgniarek, którzy udają się do domów ludzi, aby podawać im śmiertelne zastrzyki.

U Pleitera pracuje obecnie 57 lekarzy, ale twierdzi on, że do końca przyszłego roku będzie potrzebował więcej niż 100 osób, gdyż coraz więcej osób Holandii będzie chciało dokonać eutanazji.

Klinika Levenseindekliniek założona została dla "bardziej złożonych przypadków”. Zgłaszają się do niej ludzie, których wnioski o eutanazję odrzucone zostały przez lekarza rodzinnego, z powodów od etycznych po prawne, a nawet po prostu brak zasobów.

- Jeśli istniało jakieś tabu, zniknęło - powiedział Pleiter. - Nadchodzi pokolenie, pokolenie powojenne, które teraz wchodzi w etap życia, w którym umrą. To pokolenie ma o wiele bardziej wyraźną opinię o tym, jak kształtować własne życie. Myślę, że w nadchodzących latach coraz więcej osób będzie ubiegało się o eutanazję - dodał.

Pleiter powiedział, że ostatnimi czasy rzucił wszystko i zajął się tym, aby znaleźć więcej lekarzy do pracy w swojej klinice. Choć może to brzmieć makabrycznie, kierownik projektu IT powiedział, że martwi się o listy oczekujących i obciążenie dla lekarzy, których zatrudnia.

To pierwszy raz - powiedział Pleiter o rekrutacji. - Do dzisiaj rzadko musieliśmy szukać lekarzy. To się teraz zmienia. Potrzebujemy więcej lekarzy, ponieważ liczba chętnych na eutanazję zmienia się bardzo szybko - podkreślał. - Prosimy lekarzy o pracę od ośmiu do 16 godzin tygodniowo. Praca pełnoetatowa związana z uśmiercaniem ludzi to trochę za dużo - zaznaczał.

Jak mówił Pleiter, jego klinika poświęca dużo czasu każdemu pacjentowi. Po tym jak pacjent zobaczy się z lekarzem pierwszego kontaktu, jest w stałym kontakcie z kliniką. Z niektórymi pacjentami przeprowadza się aż 15 wywiadów lub więcej, zanim zatwierdzi się, że ostatecznie chcą zakończyć swoje cierpienie.

Następnie, zgodnie w wymogami prawnymi, poszukuje się opinii na temat historii medycznej pacjenta. W zależności od przypadku może upłynąć kilka dni lub kilka miesięcy, zanim uśmierci się pacjenta. Po wykonaniu zabiegu leczenie każdego pacjenta weryfikowane jest przez oficjalny niezależny panel.

Dotąd, panel orzekł, że w pięciu przypadkach protokoły nie zostały przeprowadzone poprawnie. Sprawy te nie trafiły jednak jeszcze do prokuratury.

Choć profesjonalizm operacji nie budzi wątpliwości, trudno nie zadać sobie pytania, czy sprawy nie zaszły za daleko.

Pleiter wspominał przypadek 60-letniego mężczyzny, który cierpiał na kompulsywne zaburzenie osobowości. Mężczyzna regularnie samookaleczał się brzytwą, dopóki nie zgłosił się do kliniki i nie poprosił, aby zakończono jego życie.

- Nieznośne cierpienie bez perspektywy poprawy - o tym w przypadku eutanazji mówi prawo. Nie musisz być chory na raka, aby być w stanie „ostatecznym” - podkreślał Pleiter. - Nie jesteśmy "doktorem Śmierci". Pomagamy w sytuacji, która jest naprawdę trudna - dodał.

Źródło: The Guardian

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL