Rzeczpospolita Cyfrowa

Rewolucja odbywa się na naszych oczach

Uczestnicy debaty uznali, że współpraca między nauką a biznesem ciągle nie do końca działa i diagnozowali powody tej sytuacji.
Fotorzepa, Piotr Guzik
Aby wyjść z pułapki średniego dochodu, Polska musi zmienić myślenie o przemyśle.

Pieniądze unijne mogą być szansą na wdrożenie najnowocześniejszych rozwiązań w przemyśle, która już się nie powtórzy. Takie wnioski płyną z dyskusji, która odbyła się w ramach Konferencji Przemysł 4.0 zorganizowanej przez „Rzeczpospolitą" w Krakowskim Parku Technologicznym.

Krzysztof Raś, członek Stowarzyszenia Talent Management in Tech, tłumaczył, że za umowną datę rewolucji 4.0 przyjmuje się rok 1991, kiedy zaczęła się popularyzacja internetu. – Umożliwił on rewolucję naszego codziennego życia – mówił.

Zaznaczył, że nie można odpowiedzieć na pytanie „jak się widzisz za pięć lat?", ponieważ nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak wtedy będzie wyglądał świat. – Czy ktoś w 2012 r. przewidział autonomiczne samochody, albo to, że praktycznie większość z nas nie będzie używała telewizji do oglądania mediów, że pozostaniemy wierni tradycyjnym papierowym mediom, tudzież będziemy oglądać filmy w sposób streamingowy? – pytał.

Karol Pietras z Kancelarii Głowacki i Wspólnicy oraz Fundacji Startup Development podkreślił, że skalę rewolucji obrazuje fakt, że teraz nie ma możliwości prowadzenia biznesu bez korzystania z e-maila czy telefonu. – To usprawnia wszystkie procesy związane z prowadzeniem biznesu – stwierdził.

Definicję rewolucji Przemysłu 4.0 próbował nakreślić Jerzy Grzesiak z firmy doradczej Deloitte. Jego zdaniem jest to rozumne, inteligentne i połączone wytwarzanie (connected manufacturing). Siłą napędową tej rewolucji jest internet. – Podstawowym paliwem czwartej rewolucji przemysłowej są dane. Tak jak w pierwszej rewolucji była para, drugiej proces optymalizacji produkcji poprzez linie produkcyjną, trzeciej automatyzacja produkcji i cyfrowe kodowanie maszyn, czwarta rewolucja przemysłowa jest napędzana przez dane i ich przetwarzanie – tłumaczył Grzesiak.

Wykładnicze tempo zmian jest pochodną trzech trendów. – To po pierwsze szybkość procesowania danych, po drugie dostępna przestrzeń dyskowa, serwerowa czy chmurowa, i po trzecie prędkość przesyłu danych. Te trzy czynniki rosną wykładniczo – wyliczył. Dla przykładu jeszcze w 1995 r., 20 lat temu, przechowywanie 1 GB danych na dyskach kosztowało ok. 10 tys. dol. rocznie. Dziś to 3 centy.

Mali przedsiębiorcy a rewolucja przemysłowa

Małe firmy mogą mieć dużo większą siłę przetargową dzięki temu, że mogą wykorzystywać np. druk 3D i być elastycznymi poddostawcami, nie tylko dla lokalnych dużych graczy. – Dzięki temu, że wszystko staje się coraz bardziej połączone można być poddostawcą zupełnie innej wielkiej fabryki, która jest zlokalizowana poza Polską. Można być poddostawcą przerabiającym dane albo je zbierającym, agregującym – tłumaczył Grzesiak.

Raś podkreślił, że mikroprzedsiębiorcy powinni skupić się na głównym biznesie i korzystać z dobrodziejstw, które niesie rewolucja 4.0. – Np. wykorzystując share economy, czyli dostęp do innych podwykonawców. Można być częścią ogromnego organizmu i nawet nie być tego świadomym – mówił. Nie trzeba brać czynnego udziału w rewolucji 4.0, żeby być jej uczestnikiem.

Pomoc państwa

Karol Pietras podkreślił, że ważne jest, żeby państwo wspierało przedsiębiorców w ich działaniach.

Aby wyjść z pułapki średniego dochodu trzeba zmienić paradygmat rozwoju w Polsce, który był oparty na taniej sile roboczej i tanich czynnikach produkcji. – To się już trochę wyczerpało i stoimy pod ścianą. Aby ją przeskoczyć potrzebujemy czasu, albo czasu i ukierunkowanych wysiłków, tak naprawdę pieniędzy, żeby zrobić skok przez mur średniego dochodu i zmienić paradygmat taniej siły roboczej na paradygmat innowacyjności, przemysłu 4.0 – tłumaczył Grzesiak. Bardzo dobrą okazją do tego mają być środki publiczne z funduszy unijnych, które teraz mają być ukierunkowane na przemysł 4.0. – Drugi raz takiej szansy nie dostaniemy – ostrzegał.

Dyskutanci zauważyli, że rewolucja 4.0 poniekąd dzieje się sama. – Mimo że rząd w jakiś sposób się w to angażuje, nie uważam, że to jest czynnik, który przechyli szalę dla mikro- czy średnich przedsiębiorców – ocenił Raś. Wyjaśnił, że w branży IT, jeżeli jest się małą firmą, dużo bardziej prawdopodobne jest, iż dostanie się dofinansowanie z Doliny Krzemowej albo aniołów biznesu aniżeli od rządu. – Nie znam nikogo w branży IT, kto ma firmę albo przedsiębiorstwo i otrzymuje dotacje od polskiego rządu albo nawet z Unii Europejskiej – podkreślił.

Pietras stwierdził, że działania rządu idą w dobrym kierunku. – Np. od 1 stycznia weszła ustawa o wspieraniu działalności innowacyjnej, która wprowadziła zmiany w zakresie opodatkowania i zwolniła aport własności intelektualnej wnoszonych do przedsiębiorstw – mówił. Zaznaczył, że zmiany powinny być jednak bardziej radykalne i bardziej wspierać przedsiębiorców.

Rola startupów

Według raportu Deloitte diagnozującego ekosystem startupowy w Polsce, niska dostępność finansowania była jednym z obszarów, który wpływał na słabą pozycję tego sektora. – To zaczyna się zmieniać – przyznał Grzesiak. Tłumaczył, że startupy są bardzo potrzebne dużym przedsiębiorcom, ale i tym średnim, bo są bardzo elastyczne. Innowacje bardzo nie lubią silosowych struktur zarządczych, procedur, standardowych metodologii prowadzenia projektów. – Innowacja nie ma szans w tradycyjnym przedsiębiorstwie, które nie wprowadzi procesu szybkiej akceleracji pomysłów – ocenił.

Jednym z pryncypiów jest bycie bardzo blisko klienta. – Jest to ekspozycja zespołów produkcyjnych do klienta końcowego i bezpośredniej z nim współpracy, aby wytwarzane dobro miało jak największą wartość – tłumaczył Raś. Bardzo tradycyjne, ogromne organizacje, mocno hierarchiczne i nieco skostniałe wciąż tego modelu nie zaadoptowały. – We wszelkich młodych, rewolucyjnych przedsiębiorstwach, firmach, startupach jest to absolutny standard – mówił. Zaznaczył, że technologia jest świetna, ale ona nie ma żadnego sensu, jeśli nie jest zrobiona w kontekście biznesowym.

Rewolucja 4.0, 5.0 i każda kolejna, która przyjdzie, prawie nigdy nie spowoduje wyeliminowania czynnika ludzkiego. Rewolucja 4.0 zastąpi zawody, w których wykonuje się proste, powtarzalne czynności, jak składanie elementów przy taśmie, samochodów czy pakowanie zakupów. – Mało prawdopodobne, by zastąpiła czynnik ludzki w takich obszarach, jak medycyna czy zarządzanie, gdzie decyzje są podejmowane nie zawsze wyłącznie na podstawie liczb i logiki – stwierdził Raś.

Eksperci wskazali, że pewnym ułatwieniem dla małych firm technologicznych może być zapowiadana przez rząd prosta spółka akcyjna. Ta nowa forma miała pojawić się już w zeszłym roku, ale ciągle o niej cisza. Mówi się, że ma wejść od 1 stycznia 2018 r.

– Prosta spółka akcyjna ma mieć kapitał zakładowy w wysokości 1 zł z podziałem na udziały po 1 gr. Założenie ma być na podstawie wzorca umowy, ale z zastosowaniem wszystkich ważnych klauzul dotyczących prawa pierwszeństwa i prawa sprzedaży akcji. Kwestie likwidacji i podatkowe mają być uproszczone – tłumaczył Pietras. Przyznał, że środowisko startupowe czeka z utęsknieniem na te przepisy.

Biznes a nauka

Uczestnicy debaty podkreślali, że współpraca między nauką a biznesem nie do końca dobrze działa. Problem leży po obu stronach. – Biznes jest nastawiony stricte na zysk. Jeżeli w coś wkładamy to musimy wyciągnąć. A ośrodki naukowe w większej kwestii bardziej oczekują środków w postaci projektów grantowych – tłumaczył Pietras. Raś dodał, że jeszcze nie wykształciło się w nas dbanie o własność intelektualną. – Jako kraj i naród nie jesteśmy mniej kreatywni niż inni. Jesteśmy wręcz lepsi w wielu dziedzinach. To, do czego nie jesteśmy przyzwyczajeni, to natychmiastowe patentowanie własnych pomysłów, ciągle mamy poczucie, że ktoś to zrobi za nas – mówił.

Uczelnie są liderem w patentowaniu w Polsce, ale nic z tego nie wynika. – Te patenty służą temu, żeby uzyskać więcej punktów w rozliczaniu dorobku naukowego i tyle, nie muszą być aplikowane i w większości nie są. Sytuacja zmienia się natomiast bardzo powoli – tłumaczył Grzesiak.

Wyjaśniał, że we współpracy między biznesem a biznesem, biznesem a uczelniami, czy nawet człowiekiem a drugi człowiekiem, wypadamy zdecydowanie gorzej niż społeczeństwa, które miały więcej czasu na rozwinięcie tej współpracy. – Współpraca nie była premiowana w poprzednim systemie – przypomniał.

Na uczelniach jest ogromny potencjał, który nie jest wykorzystywany. – Prowadzone są prace, żeby ten potencjał uwolnić – podkreślił. Pomóc w tym powinny instytuty techniczne, które mają być naturalnym pomostem między jednostką naukową, uczelnią, która prowadzi badania podstawowe, a przemysłem, który potrzebuje bardzo dojrzałe rozwiązania technologiczne.

Powstaje też Narodowy Instytut Techniki, który ma scalać najlepsze instytuty przemysłowe w Polsce i być instytucją parasolową, która będzie ułatwiała transfer wiedzy i wzajemne zrozumienie. – Wiedza jest na uczelniach, ona jest potrzebna w biznesie. Często ta współpraca rozbija się o możliwości dogadania się – podsumował Grzesiak.

 

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL