Emerytury - nie stać na nie ani ZUS, ani państwa

aktualizacja: 11.03.2017, 20:20
Foto: 123RF

Ani ZUS, ani państwa nie stać dziś na przyzwoite emerytury.

REDAKCJA POLECA

Ucieszyłem się niezmiernie, gdy niedawno „Rzeczpospolita" przypomniała kilka moich „felietonów z Kanady" o ZUS, opublikowanych w 2015 r. Niewiele się zmieniło, ale uważam, że zaczynam coraz lepiej rozumieć politykę rządzących partii oraz namaszczonych przez nie ludzi sprawujących władzę. To typowa polityka „działania na przeczekanie". Najlepszym przykładem jest afera z Trybunałem Konstytucyjnym.

Politykę działania na przeczekanie opracowuje się według prostego szablonu. Spotykają się decydenci i proponują: pobijemy trochę piany, zaprzeczymy oczywistym faktom, wyślemy „naszych ludzi z górnej półki" i osoby z tytułami naukowymi, żeby bronili sprawy (nawet beznadziejnej) do upadłego. Po jakimś czasie sprawa przyschnie, Unia i naród zmęczą się czytaniem, słuchaniem i oglądaniem tych samych wypowiedzi. Na użytek wewnętrzny wypuścimy tematy zastępcze, z gatunku „sędzia próbował ukraść ze sklepu pendriva". W ostateczności postraszymy ludzi Rosją. I po sprawie – przynajmniej na jakiś czas. Podobne techniki stosuje się w sprawach emerytur.

Jak ten czas leci!

Wszyscy wiedzą, że ani ZUS, ani państwa polskiego dzisiaj nie stać na przyzwoite emerytury. Że system od lat toczy rak i nikt nie ma odwagi spojrzeć prawdzie w oczy i spróbować go rzeczywiście uzdrowić, a nie tylko robić ruchy pozorne, które ludzie kupują. Raport Najwyższej Izby Kontroli o ZUS jest utajniony przez PO-PSL i PiS! – a jakże! I tu zaczyna się działanie na przeczekanie. Przykryć temat nową lub urojoną aferą, w której maczały palce poprzednie władze. W polskim piekiełku zawrze, a my będziemy mogli spokojnie doczekać swojej emerytury albo zostawić problem do załatwienia następnemu rządowi.

W polskiej prasie czytam takie same wypowiedzi jak dwa lata temu. Idę o zakład, że za kolejne dwa pojawią się podobne. Cytuję kilka: „Musimy zreformować polski system emerytalny w taki sposób, by był on w stanie zapewnić choćby minimalną emeryturę ze środków publicznych wszystkim obywatelom". Po raz pierwszy, przeczytałem to mniej więcej 25 lat temu! Czytam dalej: „W ciągu kilku najbliższych lat w Polsce musi zostać przeprowadzona debata nad zasadami rządzącymi systemem emerytalnym, która najpewniej przewartościuje obecnie obowiązujące reguły". Tu łatwo dostrzec działanie na przeczekanie. Ja już po przeczytaniu wstępu: „W ciągu kilku najbliższych lat...", dostałem drżączki. Problemy są dziś, ale decydenci czasu mają dużo. Za dwa, trzy lata przeprowadzi się kolejną debatę, z której wnioski będą następujące: „Musimy zreformować polski system emerytalny w taki sposób, by był on w stanie zapewnić choćby minimalną emeryturę ze środków publicznych wszystkim obywatelom". I tak da capo al fine, co kilka lat.

Po drodze wymyślimy następną reformę, typu OFE, opartą na zasadzie „ile sobie odłożysz, tyle będziesz miał", z której ZUS będzie mógł uzupełniać swój deficyt. Problemami deficytu obarczy się drobnych przedsiębiorców, którzy wkrótce wynajdą (Polak potrafi!) kolejną metodę na nieodprowadzanie składek do ZUS. Rząd będzie miał wytłumaczenie, dlaczego jest źle, i jak to by było dobrze gdyby udało się „......" (odpowiednie wpisać). I problem z głowy.

I przed szkodą, i po szkodzie

Czytam też z lekkim przerażeniem wypowiedzi: Państwo powinno zapewnić emeryturę w minimalnej wysokości (sic!), zapewniającą zaspokojenie potrzeb biologicznych (sic!)..., wypłacaną wyłącznie osobom, które są niezdolne do dalszej pracy... (masz 90 lat, nie możesz spać po nocy, to możesz być stróżem nocnym). Państwo powinno wspierać akcjami propagandowymi (sic!) i zachętami podatkowymi dobrowolne oszczędności emerytalne obywateli...

Jest jedno ale. Polacy są oszukiwani przez swoje rządy od końca wojny. Już nam się wydawało w 1989 r., że witamy się z gąską – czyli będzie lepiej i praworządnie. Obecny rząd zaprzecza temu, wyolbrzymia przeszłe, domniemane przekręty i głosi, że z wyłączeniem lat 2005–2007, aż do 2015 r. byliśmy cały czas oszukiwani przez komunistów, postkomunistów, cyklistów i inne „elementy". Czy za tym idą skazania ludzi odpowiedzialnych za owe „afery"? Jakoś tego nie widzę. Jaką więc mamy pewność, że teraz Polacy nie są oszukiwani? Otóż, według mnie, nie mamy żadnej. I „Polacy mądrzy przed szkodą" powinni wyciągnąć z tego właściwe wnioski.

Sejm lubi poniedziałki

Gdyby było mnie stać na oszczędzanie w obecnej Polsce, to kupowałbym złoto, po czym głęboko je zakopywał. Na emeryturze periodycznie wykopywałbym tyle, ile by mi było potrzebne na godne życie. Zapomniałbym jednak o przechowywaniu w skrytkach bankowych, bo rząd może się do nich dobrać w ciągu jednej nocy.

Projekt ustawy (poselski, bo niewymagający konsultacji społecznych), wprowadzony pod obrady Sejmu w poniedziałek wieczorem po pierwszym czytaniu zostanie przegłosowany i zatwierdzony. Senat, w ten sam poniedziałek przegłosuje dokument bez poprawek i pośle go do Prezydenta, a ten podpisze dokument we wtorek o trzeciej nad ranem. Pani Premier o ósmej rano opublikuje go w Dzienniku Ustaw, a o dziewiątej MS, MSW, policja i wojsko opieczętują skrytki w bankach.

Uzasadnienie? Uczciwi ludzie nie mogli legalnie dorobić się kilograma czy więcej złota w świnkach, dolarówkach czy krugerrandach! A więc wszelkie złoto, biżuterię i dewizy przechowywane w depozytach bankowych rekwirujemy. Oczywiście każdy właściciel będzie miał prawo odwołać się od takiej decyzji i za parę – no, góra kilkanaście lat mu się zwróci.

Ciąg dalszy „przygód Polaka z ZUS" nastąpi na pewno, ale mnie szlag trafia, więc chwilowo już nie w moich felietonach.

Autor jest adwokatem, od 37 lat prowadzi kancelarię adwokacką w Montrealu at@gagnetob.com

POLECAMY

KOMENTARZE