Rzecz o prawie

Joanna Parafianowicz o aplikacji uniwersyteckiej

123RF
Dzisiaj wciąż wiele osób wierzy, że rozpoczęcie własnej praktyki zawodowej możliwe jest jedynie dzięki dobremu małżeństwu zapewniającemu źródło finansowania lub za sprawą solidnego wsparcia rodziców - pisze adwokat.

Odkąd pamiętam, wszystko to, co wiązało się z prawem, obarczone było piętnem mitologizowania. Uważano np., że studia prawnicze wybierają przede wszystkim osoby nieradzące sobie z przedmiotami ścisłymi, mające jednak łatwość nauki pamięciowej. Podczas studiów niektórzy wierzyli, że prawnika zrobi z nich przede wszystkim skórzana aktówka, wypucowane buty i muszka, tj. zestaw noszony na wszystkie zajęcia, choćby miał to być w-f. Ja sama byłam niegdyś przekonana, że zawód adwokata zarezerwowany jest dla potomków członków palestry, a przynależność do samorządu niemal dziedziczna. Dzisiaj wciąż wiele osób wierzy, że rozpoczęcie własnej praktyki zawodowej możliwe jest jedynie dzięki dobremu małżeństwu zapewniającemu źródło finansowania lub za sprawą solidnego wsparcia rodziców.

Jeśli pod urokiem mitów i opowieści o prawie, prawnikach i prawniczych zawodach są ludzie młodzi i niedoświadczeni – początkowo licealiści, później studenci, czy w końcu aplikanci – jestem w stanie ich zrozumieć. Często bowiem łatwiej przyjąć, iż coś, co wydaje się trudne, jest dla nas de facto nieosiągalne, więc zwalnia nas z obowiązku podejmowania wysiłku. Dlaczego jednak racjonalny bądź co bądź ustawodawca pokłada wiarę, że teoretyczny uniwersytecki kurs mógłby dawać jego absolwentom wiedzę i umiejętności równe tym zdobywanym podczas trzyletniej aplikacji zwieńczonej kilkudniowym egzaminem zawodowym, tego pojąć nie umiem.

Stary dowcip głosi, iż pewien radziecki naukowiec przeprowadzał badanie narządów słuchu muchy, stawiając przy tym śmiałą tezę, że mucha, ze względu na brak widocznych uszu, słucha odnóżami. Złapał zatem muchę, wyrwał jej skrzydełka, położył na blacie i mówi: Nu, mucha, idzi. A mucha idzie. Wyrwał jedną parę nóg, położył muchę na blacie i mówi: Nu, mucha, idzi. Mucha idzie, choć z trudem. Wyrywał kolejne pary nóg i gdy usunął wszystkie mówiąc: Nu, mucha, idzi, mucha już nie poszła. Naukowiec zaś zapisał: Po wyrwaniu wszystkich odnóży mucha ogłuchła.

Brak analogii z wcześniej poruszonym tematem? Nic bardziej mylnego!

Wyuczenie się zawodu, porównywane niekiedy do zdobycia rzemiosła, to nie jest wyłącznie efekt wiedzy zdobywanej na wykładach czy podczas teoretycznego rozwiązywania pseudopraktycznych kazusów, za którymi nie stoi żywy człowiek. Nauka bycia adwokatem to coś więcej.

To obserwowanie sali sądowej – początkowo z perspektywy publiczności, później z pierwszych prób reprezentowania mocodawcy. To także praktyki polegające na pisaniu uzasadnień do orzeczeń, które być może nie wydają się jednoznaczne dla strony, lecz są nader spójne z literą prawa i jego duchem. To zdobywanie wiedzy o tym, co wypada, a co nie, z jakich powodów toga adwokacka jest strojem, na który warto czekać do zdanego egzaminu zawodowego, a nie fartuchem, w którym można udać się w przerwie rozprawy na papierosa czy do sądowej toalety. Lata aplikacji to po prostu czas przyswajania praktycznej wiedzy, której charakter bliższy jest umiejętnościom chirurga operującego żywy organizm niźli zapamiętywaniu magicznych formuł zawartych w przepisach bez wiedzy o tym, jak odnieść je do sprawy konkretnego człowieka w całokształcie jego skomplikowanej nierzadko sytuacji.

Jeśli ustawodawca urzeczywistni pomysł wprowadzenia teoretycznej aplikacji uniwersyteckiej w miejsce praktycznej – adwokackiej, mucha najpewniej ogłuchnie.

Autorka jest adwokatem, redaktorem naczelnym „Pokoju adwokackiego" (www.pokojadwokacki.pl), członkiem NRA

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL