Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Rzecz o polityce

Migalski: Opozycja tańczy tak, jak gra prezes Kaczyński

Czy partie i ugrupowania opozycyjne połączą swe siły dopiero przed wyborami w 2019 roku? Na zdjęciu od lewej: Włodzimierz Czarzasty (SLD), Jacek Protasiewicz (Unia Europejskich Demokratów), Barbara Nowacka (Inicjatywa Polska), Jarosław Marciniak (KOD), Ryszard Petru (Nowoczesna), Marek Sawicki (PSL) i Andrzej Halicki (PO)
PAP, Tomasz Gzell
Forsując zmiany w ordynacji, PiS dąży do tego, by konkurenci zjednoczyli się już teraz

Wszyscy ci, którzy nawołują do zawiązania wielkiej antypisowskiej koalicji na wybory samorządowe, będą rozczarowani, bowiem do jej powstania nie dojdzie. Dlaczego? Bo dojść nie może.

Nie oznacza to, że nie będą powstawać jakieś lokalne, a nawet regionalne, wspólne listy wyborcze partii opozycyjnych, a nawet że nie będzie jakiegoś ogólnopolskiego sojuszu na poziomie sejmików pewnych partii, stowarzyszeń czy środowisk. Ale nie dojdzie do zawiązania wymarzonej przez przeciwników PiS wielkiej koalicji sił opozycyjnych, która wymiotłaby partię Jarosława Kaczyńskiego z polskich samorządów (chyba żeby ordynacja wyborcza została tak diametralnie zmieniona, że nie będzie innego wyjścia). A nie dojdzie do tego dlatego, że część partii opozycyjnych wykorzysta elekcję samorządową do walki z innymi podmiotami opozycyjnymi, by je potem zmajoryzować.

Przewaga Schetyny

Taka sytuacja zachodzi między PO a Nowoczesną. Ta pierwsza ma struktury, pieniądze i tysiące działaczy, którzy nie mają zamiaru na wspólnych listach ustępować miejsca „koleżankom i kolegom" z Nowoczesnej. To nie byłoby w interesie tysięcy platformerskich samorządowców, ale także nie byłoby w interesie samego Grzegorza Schetyny. Chętnie wykorzysta on swoją przewagę strukturalną i finansową nad formacją Katarzyny Lubnauer, by ostatecznie rozstrzygnąć spór o to, kto jest głównym antagonistą PiS. Wybory samorządowe to dla PO idealne miejsce bitwy z Nowoczesną, bowiem wszystko działa w tej konfrontacji na korzyść ugrupowania Schetyny. Byłby politycznym amatorem, gdyby nie wykorzystał ich do policzenia się z pretendentem do tytułu „lidera opozycji".

Oczywiście, będzie wchodził w lokalne i regionalne koalicje z innymi podmiotami, może nawet z Nowoczesną, by obronić siedem–osiem sejmików spośród 15, w których obecnie współrządzi, ale na pewno nie będzie ułatwiał zadania Lubnauer i jej współpracownikom. Zagrywka z Trzaskowskim była tego doskonałą egzemplifikacją.

Podobnie kalkuluje Włodzimierz Czarzasty, który chce wykorzystać przyszłoroczną elekcję do podkreślenia swej hegemonii na lewicy. W porównaniu z innymi podmiotami tej części sceny politycznej SLD jest ze swymi dziesiątkami tysięcy działaczy, budżetowymi milionami na koncie oraz setkami samorządowców potęgą, dlatego nie musi iść na układy z Adrianem Zandbergiem czy Barbarą Nowacką. Już dziś Czarzasty ogłasza, że pójdzie samodzielnie do wyborów ze swymi tradycyjnymi sojusznikami z PPS, OPZZ, UP i innych podmiotów. Zrobi to zresztą pod hasłem „Lewica Razem", co dodatkowo może utrudnić kampanię... partii Razem. Szef SLD chce porachować kości swoim konkurentom do przywództwa na lewicy. Wie, że tylko on po tej stronie sceny politycznej jest w stanie wystawić listy do wszystkich szczebli samorządu i we wszystkich województwach.

Jeśli dodatkowo prezydenci takich miast, jak Częstochowa czy Rzeszów, przyznający się do związków z SLD, obronią swoje pozycje, to Czarzasty będzie mógł zasiąść do jakichkolwiek rozmów zjednoczeniowych w 2019 roku jako lewicowy hegemon.

Osobnym przypadkiem jest PSL, bo on nikomu nic nie musi udowadniać. On musi jedynie dać szyld tysiącom swoich działaczy do walki o swoje dotychczasowe pozycje w samorządach. Ta elekcja to najważniejsza być może dla ludowców walka, a już na pewno taka, w której czują się najmocniejsi i nie muszą szukać jakichkolwiek sojuszników. To ich numer popisowy. Wie o tym doskonale Władysław Kosiniak-Kamysz i dlatego właśnie będzie dbał o to, by żadni „opozycyjni współkoalicjanci" nie pozabierali dobrych, biorących miejsc jego ludziom. Ludowcy zresztą już to zapowiedzieli, że do gmin i powiatów na pewno pójdą pod swoim szyldem, a jakiekolwiek rozmowy mogą się toczyć tylko o współpracy na poziomie wyborów do sejmików wojewódzkich.

Z tych właśnie powodów nie dojdzie do zawiązania wielkiej antypisowskiej koalicji. Po prostu, najważniejsi jej potencjalni członkowie, czyli PO, SLD i PSL, nie są nią obecnie zainteresowani. I to jest zła wiadomość dla przeciwników obozu rządzącego. Następną złą jest ta, że aż do wiosny 2019 roku taka koalicja nie powstanie. Ale jest i dobra – ona może powstać po wyborach do Parlamentu Europejskiego, które dadzą realną, a nie sondażową, orientację w sile poszczególnych ugrupowań. Do eurowyborów wszystkie siły polityczne pójdą jeszcze samodzielnie, i dopiero po nich mogą zacząć się poważne rozmowy o wspólnej liście przeciwko PiS. Partie się „policzą" i jasne będzie, kto jakim potencjałem dysponuje.

Rozgrywka pod dyktando?

Zresztą takie zjednoczenie tylko wówczas ma sens – na kilka miesięcy przed listopadową elekcją parlamentarną. Może wówczas zadziałać czar nowości, premia za zjednoczenie, efekt synergii. Gdyby do sojuszu Schetyny, Lubnauer, Czarzastego i Kosiniaka-Kamysza doszło na wiosnę 2018 roku, to do jesieni 2019 zdążyliby się oni kilka razy pokłócić i podzielić.

Z tego mógłby się jedynie cieszyć Kaczyński. I kto wie, czy za zmianami w ordynacji wyborczej do samorządu, forsowanymi przez PiS, nie kryje się właśnie chęć zmuszenia opozycji do zjednoczenia się już teraz, na wiele miesięcy przed elekcją do Sejmu i Senatu, i tym samym zniszczenie efektu nowości, który takie połączenie mogłoby mieć w lecie 2019 roku?

Z tego też powodu przeciwnicy rządu nie powinni liczyć na to, że w wyborach samorządowych zobaczą „zjednoczoną opozycję". Ale też nie powinni się z tego powodu bardzo martwić – jeśli kiedyś ma dojść do połączenia sił antypisowskich i ma to doprowadzić do odsunięcia formacji Kaczyńskiego od władzy, to na pewno nie powinno się to odbyć obecnie, lecz raczej na kilka miesięcy przed jesienną elekcją parlamentarną 2019 roku.

Autor jest politologiem, byłym europosłem PiS i PJN

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL