Rzecz o polityce

Bielecki: Odwilż idzie z Zachodu

Wizyta wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej Fransa Timmermansa w Warszawie w 2016 roku
Fotorzepa
Zanikają zasadnicze przyczyny sporu między Warszawą a Brukselą

Ofensywa katalońskich secesjonistów, sukces skrajnej prawicy w Niemczech i porażka negocjacji w sprawie brexitu spowodowały, że konflikt z Polską schodzi w Brukseli na dalszy plan. Po raz pierwszy od przejęcia władzy przez PiS jest szansa na odwilż w relacjach z unijną centralą.

Jeszcze w lipcu wiceszef Komisji Europejskiej Frans Timmermans ostrzegał, że Komisja Europejska „może w każdej chwili" uruchomić procedurę z artykułu 7 unijnego traktatu i jeśli zyska poparcie Rady UE, doprowadzić do uznania Polski za kraj „trwale łamiący zasady praworządności". Znaleźlibyśmy się wówczas na marginesie Wspólnoty, właściwie jedną nogą poza nią.

Ale trzy miesiące później ton jest już zupełnie inny. Nathalie Loiseau, minister ds. europejskich Francji, pytana przez „Rzeczpospolitą" o art. 7 przyznała, że „o tym teraz nie mówimy".

KE zostawia wolną rękę

Po dwóch latach rządów PiS w zachodnich stolicach niewielu jest takich, którzy z sympatią odnoszą się do Polski i są gotowi dać kolejny kredyt zaufania Warszawie. Dlatego zawetowanie przez prezydenta Andrzeja Dudę ustaw o Sądzie Najwyższym i KRS oraz spór w tej sprawie głowy państwa z partią rządzącą, który i tak zdaje się już wygasać, nie wystarczą, aby wytłumaczyć nagły zwrot Brukseli. Być może większe znaczenie ma permanentna słabość polskiej opozycji i coraz bardziej realna perspektywa, że obecny układ polityczny w Polsce utrzyma się dłużej niż jedną kadencję. Trzeba się więc z nim jakoś ułożyć.

Ale to wydarzenia w innych państwach Unii w największym stopniu zmieniły stanowisko Brukseli wobec Polski. Gdy wybuchł kryzys w Katalonii, Komisja Europejska zrezygnowała z wszelkich prób mediacji, a nawet bardziej stanowczej krytyki brutalnej interwencji hiszpańskiej policji w dniu referendum 1 października. Przyjęła takie stanowisko pod naciskiem premiera Mariano Rajoya, który za nic nie chce doprowadzić do umiędzynarodowienia sporu.

Stawka jest ogromna: rozpad Hiszpanii zapewne wywołałby reakcję łańcuchową w innych regionach dążących do secesji, oznaczałby koniec samej Unii. Ale taka strategia ma też swoją cenę. Oznacza, że w kluczowych dla państw narodowych chwilach Komisja Europejska wycofuje się z gry, pozostawia im wolną rękę. Nie może to pozostać bez wpływu na stosunek Brukseli także do sytuacji politycznej w Polsce.

Sukces skrajnej prawicy w Niemczech oznacza z kolei zatrzymanie rozpoczętej w maju proeuropejskiej ofensywy Emmanuela Macrona. Owszem, Niemcy wykonają pod adresem Francji pewne gesty, zgodzą się na powołanie ministra finansów strefy euro (ale bez poważniejszych kompetencji), a także osobnej linii budżetowej dla unii walutowej (ale bez poważniejszych środków).

Dla Merkel priorytetem jest teraz powstrzymanie skrajnej prawicy i utworzenie koalicji rządowej z raczej eurosceptyczną, liberalną FDP, a to wymaga odłożenia do szuflady planów głębszej integracji Unii. Z tych samych powodów kanclerz przyjęła też znacznie ostrzejszy kurs w sprawie imigracji: nie tylko układa się z autorytarnymi rządami w Turcji i Libii, ale też po raz pierwszy zgodziła się w tym tygodniu na ustalenie górnej granicy liczby przyjmowanych do Niemiec uchodźców.

W ten sposób znikają zasadnicze przyczyny sporu między Warszawą a Brukselą: ścisła kontrola działań legislacyjnych polskich władz przez Unię, plan budowy Europy wielu prędkości oraz utrwalenie systemu obowiązkowego podziału uchodźców między kraje UE. Poprawie nastrojów służy też najlepsza od lat koniunktura gospodarcza w Europie. – Nie będziemy teraz dociskać Polski – słyszymy w unijnej centrali.

Nowy plan współpracy

Komisja Europejska idzie nawet dalej. Miesiąc temu w orędziu o stanie Unii jej przewodniczący Jean-Claude Juncker, po konsultacjach z Berlinem, nie tylko starannie unikał otwartej krytyki pod adresem Polski, ale też zarysował nawet scenariusz włączenia krajów spoza strefy euro do projektu ograniczonej przebudowy unii walutowej.

Sygnały odwilży widać także w sprawach mniej fundamentalnych, i to w stosunkach z krajem, z którym w ostatnim roku Polska była skonfliktowana najmocniej: Francją. W sierpniu prezydent Macron objechał Europę Środkową, omijając Polskę, teraz jednak na zaproszenie polskich władz do Warszawy przyjechała Loiseau i przyznała, że rysuje się kompromis w sprawie zmiany dyrektywy o pracownikach delegowanych, który uratuje kluczowy dla naszego kraju sektor transportu drogowego. Paryż odwiedził nawet szef MON Antoni Macierewicz, którego decyzja o zerwaniu umów na zakup helikopterów Caracal zapoczątkowała rok temu kryzys w stosunkach z Francuzami.

Nie da się nawet wykluczyć, że rząd PiS z jego silnym nastawieniem socjalnym mógłby znaleźć nić porozumienia z Macronem w sprawie pomysłu budowy „Europy, która chroni" przed niekontrolowaną globalizacją, a także zapewnia minimalny standard zabezpieczeń dla pracowników w całej Wspólnocie.

Porozumienie z Brukselą

Gdy w czerwcu 2016 roku Brytyjczycy w referendum opowiedzieli się za wyjściem z Unii, część polityków partii rządzącej Polską mniej lub bardziej otwarcie cieszyła się z tak silnego ciosu w integrację. Ale dziś negocjacje w sprawie brexitu zmierzają do katastrofy, na półtora roku przed terminem Theresa May wciąż nie ma pomysłu, jak ułożyć stosunki z Unią, a sytuacja gospodarcza na Wyspach jest coraz gorsza. W Brukseli jest to przyjmowane z pewną satysfakcją: oto pojawił się spektakularny przykład, co oznacza życie poza Wspólnotą. I nadzieja, że dzięki temu także polskie władze w większym stopniu docenią integrację.

Porozumienie będzie jednak wymagało nie tylko zaniechania zbyt radykalnych działań ze strony Brukseli wobec Polski, ale także porzucenia polityki konfrontacji z Unią najbardziej radykalnych członków naszego rządu. Zrezygnowania z formalnego postawienia sprawy reparacji na agendzie stosunków z Niemcami, wypełnienia wyroków Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, np. w sprawie Puszczy Białowieskiej, przebudowy wymiaru sprawiedliwości w sposób ewolucyjny, a nie rewolucyjny. A także większej roli w kształtowaniu polityki rządu frakcji „umiarkowanej", w tym Mateusza Morawieckiego, Jarosława Gowina, Konrada Szymańskiego.

W sytuacji gdy notowania PiS oscylują wokół 40 proc., presja na wykorzystywanie populistycznych haseł przeciw imigrantom czy samej Unii powinna opaść. Tym bardziej, że jeśli obóz rządzący chce utrzymać się u władzy także po wyborach w 2019 r., musi szukać porozumienia z Brukselą w długiej perspektywie. Wkrótce rozpoczną się przecież trudne negocjacje w sprawie budżetu Unii po 2020 r.: wspólnota bez Wielkiej Brytanii, z nowymi celami, jak polityka obronna czy socjalna, nie będzie już dawać Polsce tak dużych funduszy strukturalnych jak obecnie. Aby nie stracić zbyt wiele, polski rząd musi już teraz szukać sojuszników we Wspólnocie, a nie otwierać nowe fronty. To samo dotyczy limitów emisji CO2 – kluczowych dla naszej energetyki. Ewentualne porozumienie w sprawie pracowników delegowanych może tu być dobrym przykładem.

Łagodniejsza forma polskiego konserwatyzmu będzie tym bardziej do strawienia dla Brukseli, że w podobnym kierunku idzie coraz więcej krajów Unii: sondaże wyborcze wskazują, że w najbliższym czasie mogą do nich dołączyć Czechy i Austria. Charakterystyczne, że szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker zaprosił w przeddzień szczytu w Brukseli 18 października przywódców krajów wyszehradzkich: to siła, z którą Luksemburczyk musi się liczyć.

Z drugiej jednak strony doświadczenia ostatnich miesięcy pokazują, że mimo fali populizmu wciąż tylko proeuropejskie partie prawicowe utrzymują się u władzy. Marine Le Pen i jej Front Narodowy są w końcu w głębokiej opozycji, zaś torysi przegrywają w sondażach z laburzystami i grozi im rozpad. Angela Merkel i jej CDU/CSU wciąż pozostaje zaś u władzy. PiS musi rozstrzygnąć, który z tych scenariuszy bardziej mu odpowiada.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL