Rzecz o polityce

Marek Migalski o miesięcznicach smoleńskich

Jarosław Kaczyński zadeklarował, że w kwietniu przyszłego roku odbędzie się ostatnia miesięcznica smoleńska.
Reporter, Andrzej Iwanczuk
Decyzja o zakończeniu miesięcznic jest czysto polityczna.

Zapowiedź zakończenia organizowania miesięcznic smoleńskich jest decyzją ze wszech miar słuszną. Przynajmniej z punktu widzenia interesu PiS i jego prezesa.

Gdy w zeszłym tygodniu Jarosław Kaczyński zadeklarował, że w kwietniu przyszłego roku odbędzie się ostatnia miesięcznica, bo będzie ona 96. z rzędu, a właśnie tyle było ofiar katastrofy smoleńskiej, mogliśmy uznać, że to piękna klamra dla szlachetnej inicjatywy i że stoi za nią racja moralna. Prawda jest jednak inna: to decyzja czysto polityczna, która ma na celu zyski wyborcze PiS w maratonie elekcyjnym, który zacznie się na jesieni 2018 roku wyborami samorządowymi, a zakończy w 2020 wyścigiem prezydenckim, z dwoma lotnymi premiami w postaci eurowyborów oraz elekcji do Sejmu i Senatu w 2019 roku. To właśnie ta perspektywa wpłynęła na Kaczyńskiego, a nie piękny symbol w postaci koincydencji liczby ofiar i miesięcznic.

Odpruć łatkę oszołomów

PiS mogło wygrać w 2015 roku dlatego, że odeszło od tematyki smoleńskiej, a jej głównego kapłana, czyli Antoniego Macierewicza, „schowało do piwnicy". Eksponowanie wydarzeń z kwietnia 2010 roku nie służy PiS, bo trafia tylko do twardego elektoratu partii. Dotyczy to zwłaszcza teorii zamachu, w którą wierzy jedynie co piąty Polak, i tylko co drugi wyborca ugrupowania Kaczyńskiego. Oznacza to, że przyklejanie PiS łatki „partii smoleńskiej" zawęża jej pole penetracji politycznej i zmniejsza, a nie zwiększa, szanse na wyborczy sukces. Wie o tym Kaczyński i dlatego osoby kojarzone z tą tematyką (łącznie z... samym sobą) skrzętnie ukrywał w czasie podwójnej kampanii 2015 roku, a eksponował twarze z nią niepowiązane (jak Beaty Szydło czy Andrzeja Dudy).

Wie o tym także opozycja, dlatego chętnie zaczęła wykorzystywać miesięcznice do uwypuklania tematyki smoleńskiej i prezentowania PiS jako partii oszołomów i zamachowych wariatów. Wydarzenia odbywające się dziesiątego dnia każdego miesiąca były okazją dla przeciwników rządu do pokazania Kaczyńskiego w takim świetle, w jakim nie jest on w stanie zwyciężać i pozyskiwać nowych wyborców. Władza broniła się, stawiając coraz to nowe barierki i sprowadzając na Krakowskie Przedmieście tysiące policjantów. Generowało to gigantyczne koszty, co znów było przez opozycję z lubością wykorzystywane do ataku na formację rządzącą. Obywatele RP i inni przeciwnicy rządu coraz odważniej poczynali sobie przy okazji smoleńskich uroczystości, co zmuszało ich organizatorów do podejmowania coraz to nowych zabezpieczeń, a prezentowane było jako oddzielanie się władzy od ludzi. Błędne koło. Tyle tylko, że działające na niekorzyść PiS.

Macierewicz do szeregu

Co więcej, każdy wiedział, że Kaczyński musi pojawić się co miesiąc w tym samym miejscu z tym samym mniej więcej komunikatem. To znów była gratka dla jego przeciwników, bowiem mogli się oni przygotować na tego typu wydarzenie i wygrać je z korzyścią dla siebie. A prezes PiS nic nie mógł na to poradzić – musiał przecież odprawić swój comiesięczny rytuał. W ten sposób znalazł się w klatce, w której sam się zamknął, i dostarczył swoim oponentom kij, za pomocą którego mogli oni walić w pręty owej klatki i prowokować Kaczyńskiego do coraz brutalniejszych filipik, co wiele razy im się udało. To zaś znów stawiało go z złym świetle i odstraszało od jego formacji umiarkowany elektorat.

Ponadto, tematyka smoleńska w naturalny sposób eksponuje Macierewicza, który jest – jako się rzekło – jej kapłanem. Trwanie przy niej w oczywisty sposób budowałoby pozycję szefa MON, i to w czasie, gdy wyraźnie zaczyna grać na siebie i coraz częściej popisuje się niesubordynacją wobec Kaczyńskiego (o Szydło nie wspominając). Podsycanie zatem smoleńskiego ognia wzmacniałoby Macierewicza, zaś jego wygaszanie będzie jego rolę w obozie władzy osłabiać. O to chyba zaczyna chodzić prezesowi PiS.

Zapowiedź zakończenia miesięcznic w przyszłym roku jest zatem, z punktu widzenia interesu PiS oraz osobiście Kaczyńskiego, bardzo sprytnym i rozsądnym posunięciem (choć jest jego kolejną przegraną w obliczu dosyć słabego przeciwnika, jakim jest Paweł Kasprzak i jego koledzy). Wytrąca z rąk opozycji skuteczne narzędzie atakowania partii rządzącej i ograniczania jej politycznej penetracji, odwraca uwagę od zawężającej elektorat PiS tematyki, uwalnia Kaczyńskiego z klatki, w której sam się zamknął, marginalizuje pozycję najsilniejszego z wiceprezesów PiS, wychodzi naprzeciw społecznym oczekiwaniom, bowiem coraz więcej ludzi z niechęcią patrzyło na to, co dzieje się dziesiątego dnia każdego miesiąca na Krakowskim.

Koniec mowy nienawiści?

Nie miejmy więc złudzeń: to nie odruch serca i ukłon w stronę pięknej metafory 96 miesięcznic dla uczczenia 96 ofiar tragedii sprzed siedmiu lat. To czysta polityczna kalkulacja mająca przynieść korzyści wyborcze PiS oraz uwolnić Kaczyńskiego z niełatwej dla niego sytuacji. Żadnej metafizyki, moralizatorstwa, uniesień ducha. Czysta, polityczna, partyjna i wyborcza kalkulacja. Dla interesu PiS i jego prezesa. A że przy okazji także dla kraju? To już dodatkowy, choć mało istotny w procesie podejmowania przez Kaczyńskiego decyzji, bonus. Bo przecież nie tym się kierował.

Choć trzeba przyznać, że zakończenie organizacji miesięcznic będzie dobre dla nas wszystkich – zniknie przynajmniej jeden z pretekstów, byśmy mieli okazję do wyrażania wobec siebie nienawiści i pogardy. Dobre i to. ©?

Autor jest politologiem z Uniwersytetu Śląskiego, byłym eurodeputowanym PiS i PJN

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL