Rzecz o polityce

Wybory w Warszawie. Rafał Trzaskowski zyskuje dzięki lewicy

Fotorzepa/ Piotr Guzik
Stracony czas nie do odzyskania

Jest częściowe porozumienie na lewicy w Warszawie. To dla samych zainteresowanych jak i dla wyborców liberalnych w stolicy chyba najlepsza wiadomość od wielu miesięcy. Po tygodniach dyskusji we wtorek podpisano wspólną deklarację programową partii Razem, Inicjatywy Polskiej, Zielonych i Wolnego Miasta Warszawa (stowarzyszenie Jana Śpiewaka).

Ale straconego czasu w polityce nie da się nadrobić. Bo chociaż koalicja ma program i padła deklaracja budowy wspólnych list do rad dzielnic i Rady Warszawy, to koalicja nadal nie ma kandydata na prezydenta miasta. Rano w Radiu ZET Barbara Nowacka dość niespodziewanie stwierdziła, że przedwczesne jest dziś decydowanie, kto miałby być kandydatem, a ona widzi w tej roli Paulinę Piechna-Więckiewicz, radną Warszawy. Kandydat ma być znany dopiero w lipcu.

Porozumienie z wtorku nie obejmuje zresztą ani SLD, ani innych ruchów miejskich, które w poniedziałek ogłosił własne prawybory i trójkę kandydatów. Ruchy miejskie wokół Miasto Jest Nasze nie chcą kandydata partyjnego. SLD zaś nie może ciągle podjąć decyzji, mimo wcześniejszych zapewnień, że jest blisko.

Politycy lewicy od dawna powtarzają, że pytania o zjednoczenie czy współpracę nie ma sensu, a każdy idzie swoją drogą. Argumenty o tym, że z ordynacji wyborczej wynika, że lepsza jest jedna lista niż trzy (a taki scenariusz najpewniej wydarzy się w Warszawie), nie są wystarczające do przełamania personalnych, ideowych i innych napięć.

Do tego już się przyzwyczailiśmy. Tak samo jak do wypowiedzi polityków PO krytykujących lewicę. To echo dominującej wśród niektórych polityków partii Grzegorza Schetyny tezy, że to „wina" lewicy (zwł. Adriana Zandberga i Barbary Nowackiej), że teraz Polską rządzi PiS. Jeszcze w poniedziałek, gdy pojawiły się informacje o porozumieniu Śpiewaka, Razem i Nowackiej, ta ostatnia była na celowniku polityków PO.

Chaos po lewej stronie Platformie i Nowoczesnej jednak bardzo sprzyja. Plan Grzegorza Schetyny i Rafała Trzaskowskiego sprawdza się wyśmienicie w mieście, gdzie te właśnie głosy są kluczowe. Po pierwsze, Schetyna wskazał jednego z bardziej liberalnych polityków PO do startu w stolicy. Co więcej, zrobił to bardzo wcześnie. Po drugie, praktycznie bez kosztów dla PO zapewnił, że w stolicy Trzaskowski będzie miał wsparcie Nowoczesnej i liberalnego Rabieja. To było wtedy, gdy szefem Nowoczesnej był jeszcze Ryszard Petru. Katarzyna Lubnauer nie miała już wyjścia, musiała zaakceptować porozumienie. Po trzecie, Trzaskowski dość wcześnie zaczął akcentować bardziej progresywne elementy swojego programu. Gdy rozpoczął prezentację programu od praw kobiet, był za to mocno krytykowany. Teraz wygląda na to, że był to trafny pomysł, aby budować się tam, gdzie jest niezagospodarowana cały czas przestrzeń – na lewej stronie.

Ale chyba nawet PO i Nowoczesna nie spodziewały się, że problemy lewicy będą tak długotrwałe i tak poważne. W ten sposób Trzaskowski zbudował się w przestrzeni, gdzie nie miał konkurencji. To może przesądzić o wyniku jesienią. Jan Śpiewak, mimo wielu wcześniejszych deklaracji i spójnego przesłania, dopiero niedawno zaczął prezentować własne pomysły na Warszawę. Celiński czy Piekarska będą mieć jeszcze mniej czasu. A później będzie już tylko trudniej. Po wakacjach zostanie już mniej niż 10 tygodni do wyborów, które mogą odbyć się już 21 października. Straconego czasu ani Śpiewak, ani nikt inny już nie nadrobi. Tak samo ruch Kukiz'15, którego potencjalne wsparcie dla Śpiewaka powiększyło tylko chaos w prekampanii w stolicy po lewej stronie. Ostatecznie być może Kukiz wystawi własnego kandydata.

W grze o Warszawę liczy się teraz tylko Trzaskowski i Patryk Jaki. Nie musiało tak być. Ale cała sytuacja dobitnie ilustruje proces, którego być może będziemy świadkami w przyszłym roku, czyli powstania dwóch dużych bloków. Włodzimierz Czarzasty mimo dobrej pozycji na lewicy i tak zadeklarował już, że to Schetyna jest liderem opozycji. Konsekwencja lidera PO procentuje, a Czarzasty mimo coraz lepszej pozycji SLD ma niewiele kart w ręce w rozgrywce z nim. Chyba że do gry wejdą inni, a swoją szansę we wcześniejszych wyborach do Parlamentu Europejskiego wykorzystają nowi gracze, jak Robert Biedroń. Ale nawet jeśli do tego dojdzie, lewicę czeka najpewniej kolejna bolesna lekcja. ©?

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL