Andrzej Talaga: Nie odwracać się od USA

aktualizacja: 30.03.2016, 15:58
Jeszcze we wrześniu 2015 r. podczas sesji ONZ Andrzej Duda siedział pr...
Jeszcze we wrześniu 2015 r. podczas sesji ONZ Andrzej Duda siedział przy obiedzie obok Baracka Obamy. Od tego czasu nastąpiła niedobra zmiana
Foto: UN Photo

Po amerykańskim ostrzeżeniu dla Polski.

REDAKCJA POLECA

Prezydent Andrzej Duda nie spotka się w Stanach Zjednoczonych z Barackiem Obamą. Jedni to bagatelizują, inni mówią o kryzysie w relacjach dwustronnych. Jakkolwiek jest, Polska nie może sobie pozwolić na ochłodzenie relacji z Ameryką, choć przyda się w nich więcej realizmu. To jedyna światowa potęga, która może nam przyjść z pomocą w razie konfliktu. O ile oczywiście zechce. Niestety, nie zdołaliśmy zbudować takiego potencjału gospodarczego i militarnego, byśmy w razie kłopotów mogli poradzić sobie sami.

Duda jedzie na szczyt dotyczący bezpieczeństwa nuklearnego. Polska nie ma tam wiele do powiedzenia. Nie dysponujemy bronią atomową, nie składuje jej na naszym terytorium inne państwo, nie mamy nawet elektrowni atomowej. Skoro zatem nasze kompetencje w tej materii są nikłe, a prezydent nie tylko nie spotka się z Obamą, ale też z sekretarzem stanu czy obrony, trudno będzie uznać tę wizytę za sukces.

Można, rzecz jasna, pomniejszać znaczenie niewpisania Dudy do kalendarza spotkań amerykańskiego prezydenta. Że wielu przywódców, a czasu mało, że to nic znaczącego, bo z wieloma innymi Obama też się nie spotyka, że nie udało się skoordynować kalendarzy itp., itd. Kiedy jednak przypomnimy sobie, iż na 70. Sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ we wrześniu 2015 r. polski prezydent przemawiał po Obamie, a na obiedzie siedział obok niego, jeszcze niedawno zaś szef naszej dyplomacji zapewniał, jakoby niedoszłe spotkanie z Obamą nie było zagrożone, widzimy zmianę w relacjach z Ameryką, jaka dokonała się w ciągu półrocza.

Dzieje się niedobrze. Napięte relacje z instytucjami UE, fala krytyki przelewająca się przez media zachodnie, dyskretne ostrzeżenia dyplomacji amerykańskiej i brytyjskiej – Polska zaczyna być mniej lub bardziej skonfliktowana z zewnętrznymi gwarantami naszego bezpieczeństwa. Intencje są zapewne inne. Nikt z rządzących nie chce przecież izolacji naszego kraju, ale wyszło, jak wyszło, i nie ma co odwracać się do rzeczywistości plecami. Jeszcze nie pokazano nam palcem drzwi, lecz krzywe miny też mają w polityce swoją wagę.

Z geopolitycznego punktu widzenia jednoczesne iskrzenie na liniach Polska–UE, Polska–USA i Polska–Niemcy to sytuacja trudna do przyjęcia. Z natury rzeczy pcha ona Warszawę w ramiona Moskwy. Ocieplenie relacji z Rosją zrównoważyłoby wszak ochłodzenie na Zachodzie, ale taki wariant byłby już bezwzględnie nie do zaakceptowania.

Unia Europejska winduje nas, jeśli chodzi o potencjał polityczny i gospodarczy wobec Rosji, Stany Zjednoczone zaś w zakresie twardego bezpieczeństwa militarnego. Potrzebujemy ich obu.

Jesteśmy kilka miesięcy przed szczytem NATO w Warszawie, który ma podjąć decyzję o zwiększeniu obecności wojskowej paktu na wschodniej flance. Właściwie klamka już zapadła, potrzebne jest tylko formalne „tak" lipcowego szczytu. Pod jednym warunkiem wszakże: „tylko tego sami nie sknoćcie", jak powiedział niedawno na nieformalnym spotkaniu ambasador jednego z mocno przyjaznych Polsce państw.

Opozycja i obóz rządzący na szczęście nie różnią się w poglądach na temat bezpieczeństwa Polski. Jeśli chodzi o NATO i modernizację sił zbrojnych czy przyjazny realizm w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi, PiS właściwie kontynuuje politykę poprzedników. Kłopot polega na tym, że na arenie międzynarodowej izolują nas skutki konfliktu wewnętrznego.

Głos decydujący w NATO mają Amerykanie, a oni nie będą wnikać w to, kto ma rację w sprawie Trybunału Konstytucyjnego. Niepokoi ich prosty fakt, że organ ten nie działa, w Polsce nie ma zatem kontroli konstytucyjnej nad władzą legislacyjną.

Waszyngton zapala więc światełko ostrzegawcze. To jeszcze nie czerwony znak „stop", ale nie wolno ignorować tego sygnału. Tylko polska klasa polityczna może go wyłączyć, rozwiązując polubownie kwestię Trybunału. Nawet Komisja Wenecka przyznała, że winne są obie strony, obie muszą razem winę wymazać.

Autor jest dyrektorem ds. strategii Warsaw Enterprise Institute, doradcą firm zbrojeniowych

 

Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE