Shoko Asahara: Mesjasz z Japonii

aktualizacja: 16.05.2017, 10:55
Foto: Wikimedia Commons

22 lata temu, 16 maja 1995 roku został aresztowany Shoko Asahara, założyciel i duchowy przywódca sekty Najwyższa Prawda, odpowiedzialnej m.in. za dokonanie ataku gazowego w tokijskim metrze w dniu 20 marca 1995 roku, w którym zginęło 12 osób, a ponad 5,5 tysiąca zostało podtrutych. Przypominamy tekst z września 2016.

REDAKCJA POLECA
30.05.2017
Kłótnia prawicowych historyków-publicystów: "Prowokator" kontra "pieniacz"
kariera
Millenialsi - czego oczekują od pracodawcy?

Shoko Asahara twierdził, że jest mesjaszem. Omotał umysły 40 tys. ludzi, którzy uwierzyli, że III wojnę światową przetrwają tylko oświeceni. Zamach w tokijskim metrze miał być pierwszym krokiem do zbawczej apokalipsy.

20 marca 1995 r. przed 8 rano pięciu mężczyzn skierowało się do tokijskiego metra z planem zaniesienia śmierci tysiącom ludzi. Każdy z nich wyposażony był w parasol z zaostrzonym szpicem, torebki z płynnym sarinem i strzykawkę z siarczanem atropiny. Wcześniej mężczyźni spędzali długie godziny na medytacjach i poszcząc, by oczyścić umysły ze „złej wiedzy" i napełnić je „dobrą wiedzą" płynącą z ust Shoko Asahary, przywódcy sekty Aum Shinrikyo, czyli Najwyższa Prawda.

O godzinie 8 zamachowcy mieli przekłuć torebki z sarinem i wyjść z wagonów. W razie problemów mogli wstrzyknąć sobie antidotum. Sarin miał się uwalniać powoli z foliowych opakowań i rozprzestrzenić po całym metrze, gdzie o tej porze przebywało zwykle ok. 9 mln ludzi. Co więcej, atak był zaplanowany w taki sposób, by trucizna dotarła nie tylko do jak największej liczby osób, ale również do budynków rządowych i tokijskiej policji.

Najspokojniejszym zamachowcem był Yasuo Hayashi. Miał wówczas 37 lat i ukończone studia w zakresie badań nad sztuczną inteligencją. Należał do najbliższego otoczenia Shoko Asahary. Był przekonany, że to, co robi, jest słuszne, a wszelkie wątpliwości mogą być objawem „skażenia serca". Jako jedyny z całej piątki wiózł ze sobą nie dwa, lecz trzy woreczki z sarinem.

Nie wszyscy zamachowcy byli tak zdeterminowani jak Hayashi. Kenichi Hirose był 30-letnim doktorem fizyki na elitarnym Uniwersytecie Waseda, a teraz pomagał w produkcji śmiercionośnego gazu. On jednak nie miał w pełni „nieskażonego serca". Bał się, chciał uciec. „Zazdrościłem ludziom, którzy wychodzili z metra – opowiadał później. – Wmawiałem sobie jednak, że to jedyna droga do zbawienia. Nauczono nas, że ludzkie emocje wynikają z błędnego postrzegania rzeczywistości, że powinniśmy zwalczać nasze uczucia".

Ikuo Hayashi, były kardiolog, również okazał się mniej silnym wyznawcą, mimo że pięć lat wcześniej porzucił zawód i rodzinę, bo oddać swój majątek oraz życie ekspansywnej sekcie. W dniu ataku na metro miał 48 lat i resztki etyki zawodowej, dlatego punktualnie o godzinie 8 przekłuł tylko jedno opakowanie. Odnalazł w sobie makabryczny kompromis – z jednej strony przypomniał sobie, że miał ratować ludzi, a nie odbierać im życie, a z drugiej ufał szalonemu guru. Ikuo pełnił w sekcie funkcję ministra uzdrawiania i zajmował się oczyszczaniem serc kandydatów. Do tego celu służyły ceremonie zwane „wtajemniczeniami Chrystusa", podczas których kardiolog podawał nowym wiernym napoje z LSD, by oczyścić ich ze „złej wiedzy". Nie było to niczym wyjątkowym. Sam Shoko Asahara zażywał narkotyki w ogromnych ilościach. Potrzeby sekty w tym zakresie były tak wielkie, że miała własną wytwórnię LSD.

Toru Toyoda, zaledwie 27-letni fizyk, jeden z producentów sarinu, podobnie jak pozostali dostąpił najwyższego wtajemniczenia „ostatecznego zbawienia". Nie widział niczego złego w bezkrytycznym posłuszeństwie guru, ponieważ jako osoba dopuszczona do najbliższego kręgu mógł doświadczać telepatycznego kontaktu z Asaharą. Był zatem spokojny i metodycznie wykonywał zadanie.

Piątym zamachowcem był Masato Yokoyama, 31-letni absolwent fizyki stosowanej na Uniwersytecie Tokai. Wsiadł do pociągu linii Hibiya, zmierzającego do centrum Tokio. O umówionej godzinie przekłuł tylko jedną paczkę z sarinem i tym samym spowodował najmniejsze szkody na swoim odcinku.

Pociągi śmierci

Bezpośrednio w wyniku zamachu śmierć poniosło 12 osób. Jednak ofiar było i jest znacznie więcej. Około 6 tys. osób cierpi z powodu powikłań po kontakcie z sarinem. Najczęstszymi dolegliwościami są zaburzenia oddychania, uszkodzenia mózgu, wzroku i depresja. Sarin jest 26 razy groźniejszy od cyjanku. Błyskawicznie paruje, zadając okrutną śmierć. Znany od początku II wojny światowej, był produkowany na potrzeby armii niemieckiej, choć pierwotnie wynaleziono go podczas badań nad środkami insektobójczymi. Niemcy nie zdecydowali się użyć go przeciw aliantom z obawy przed rozpętaniem wojny na broń chemiczną. Po raz pierwszy na masową skalę został użyty przez Saddama Husajna w 1988 r. do wymordowania ok. 5 tys. Kurdów.

Sarin nie ma zapachu ani barwy, więc ofiary nie miały pojęcia, co się z nimi działo i skąd nadeszło zagrożenie. Pierwszymi oznakami zatrucia sarinem są zwężenie źrenic, ból gałek ocznych, skurcz oskrzeli połączony z kaszlem i dusznością, ból w klatce piersiowej i ślinotok. Następnie pojawiają się wymioty, bóle brzucha i biegunka. Chory przechodzi w stan krytyczny, bezwiedne oddaje mocz i stolec, początkowe drżenie całego ciała przeradza się w drgawki i porażenie mięśni. W fazie końcowej ofiara zatrucia zwykle zapada w śpiączkę, podczas której ulega uduszeniu w wyniku paraliżu mięśni oddechowych i serca.

Po przekłuciu opakowań z sarinem zamachowcy udali się na miejsce zbiórki. To nie była samobójcza misja. Każdy z nich dysponował zastrzykiem ratującym życie. Powoli uwalniający się gaz miał zabijać pasażerów wagonów i stacji, gdzie zatrzymywały się pociągi. Najwięcej ofiar spowodowała niewiedza personelu medycznego i obsługi metra. Nie było właściwej diagnozy, więc nie było antidotum, a pociągi jeździły dalej, do kolejnych stacji. Pracownicy wycierali podejrzaną substancję lub próbowali ją przenieść w inne miejsce. Niektórzy zapłacili za to życiem. Zatrzymanie ruchu i ewakuacja nastąpiły zbyt późno. Praworządne społeczeństwo japońskie nie było w stanie uwierzyć w możliwość takiego ataku. Podejrzewano wypadek – wyciek gazu.

Religijna mafia

Shoko Asahara (prawdziwe nazwisko Chizuo Matsumoto) uważał się za wcielenie Shivy (hinduskiego boga destrukcji i odrodzenia) oraz Chrystusa. Sama „religia" Asahary to mieszanka ezoteryki i elementów głównych religii świata – chrześcijaństwa i buddyzmu – oraz pseudonauki i przepowiedni Nostradamusa.

Wystarczyło osiem lat, żeby garstka wyznawców rozrosła się do 40-tysięcznej organizacji i rozprzestrzeniła na całym świecie. Co skłoniło ludzi do tego szaleństwa? Odwieczna potrzeba stania się wyjątkowym i wybranym, poczucia wspólnoty, która wznosi się ponad nieświadomych maluczkich. To też pragnienie doświadczenia czegoś wyjątkowego. Do tego rodzaju sekt najczęściej przyłączają się ludzie, którzy już wcześniej mieli tendencje do poszukiwania odpowiedzi „nie z tego świata". Ale też osoby w kryzysach emocjonalnych lub po prostu przyciągnięte przez przyjaciół i członków rodziny. Werbując nowych członków, sekty od pierwszego kontaktu wpływają na wolę człowieka: początkowo wzbudzają jego zaufanie, bombardują akceptacją i wsparciem, „pomagają" podjąć ważne decyzje, a ostatecznie przejmują nad nim kontrolę.

Samo słowo „sekta" pochodzi m.in. od „seco" – odcięcia, odrzucenia jakiejś części wiary i nauki, a w konsekwencji i innych ludzi. Dlatego sekta na pierwszym etapie jest magnesem przyciągającym miłością i obietnicami, a później mentalnym, niekiedy także fizycznym więzieniem. Choć trudno nam to pojąć, odrzucenie skażonego materializmem świata poprzez przekazanie Shoko Asaharze całego swojego majątku było... błogosławionym aktem wiary. A przecież sam guru wypowiadał jedynie banalne formułki typu: „dusze przywiązane do materializmu są skazane na potępienie".

Aum Shinrikyo, jak większość destrukcyjnych sekt, miała wiele do powiedzenia na temat polityki, z typową dla takich grup prymitywną odmianą nacjonalizmu. W tym przypadku globalnym źródłem zła była Ameryka. Według wyznawców Aum to ona właśnie planowała opanowanie świata, m.in. poprzez podporządkowanie sobie japońskiego rządu, a nawet dworu cesarskiego.

Najwyższa „prawda"

Asahara, planując atak, liczył na wielomiesięczny paraliż działań policji. Miał w tym względzie pewne doświadczenie. Rok wcześniej w Matsumoto pozwał go jeden z właścicieli ziemskich. Guru w obawie przed przegraną w procesie zaatakował dzielnicę, w której mieszkali sędziowie. Od sarinu zginęło wówczas siedem osób, a 144 trafiły do szpitala. Niezdolność sędziów do pracy spowodowała przerwanie procesu, a podejrzenia padły na kogoś innego. Taktyka Asahary zadziałała. Co zatem skłoniło go do ataku na tokijskie metro? Prawdziwym celem był – jak się okazało – budynek policji. Powodów należy szukać wcześniej. Asahara zebrał miliony dolarów z dotacji oraz bardziej lub mniej legalnych transakcji. Posiadając tak ogromny kapitał, zaczął się zbroić. W swoim głównym laboratorium wyprodukował ok. 7 ton sarinu – ilość wystarczającą do zabicia wszystkich mieszkańców stolicy. Trwały prace nad innymi substancjami bojowymi oraz nad bronią biologiczną. Wytwarzano wąglika i jad kiełbasiany. Ten ostatni „żołnierze" Asahary rozpylili dwa lata wcześniej wokół pałacu rodziny cesarskiej, która, zdaniem guru, była skorumpowana i poddana Ameryce.

Ponadto guru zaczął kolekcjonować arsenał „tradycyjny", kupując broń od Rosjan. Myślał nawet o broni jądrowej. Asahara nie przyznał się do ataku na metro. Liczył, że podejrzenie padnie na Stany Zjednoczone, co doprowadzi do III wojny światowej, a wówczas przeżyją jedynie oświeceni. Taka była oficjalna wersja.

Wewnątrz sekty panowała silna psychoza. Niewielu ośmielało się przeciwstawić guru. Ten nakazywał oczyszczać ich umysły za pomocą serum prawdy, elektrowstrząsów i innych eksperymentów. Wiadomo na pewno o ok. 40 ofiarach takiego „uzdrawiania". Mimo silnej indoktrynacji pojawiały się przecieki. Po zamachu na sędziów policja zaczęła otrzymywać anonimy informujące o produkcji sarinu, gromadzeniu arsenału i o realnym zagrożeniu atakiem ze strony sekty. Brak reakcji policji można tłumaczyć jedynie podejściem do zgromadzeń religijnych, jakie wytworzyło się po II wojnie światowej. Praktycznie stały się one w Japonii nietykalne. Nie oznacza to, że Asahara nie miał się czego obawiać. Postanowił zastosować swoją sprawdzoną strategię – atak wyprzedzający. Zamachowcy jednak nie wykonali dokładnie swego zadania. Nie wszystkie paczki zostały przedziurawione, a policja nie dała się sparaliżować.

Dwa dni po zamachu 2,5 tys. policjantów zajęło siedziby sekty w całej Japonii. Zabezpieczono chemikalia i sprzęt. Znaleziono też rosyjski śmigłowiec mający w przyszłości rozpylić sarin nad Tokio. Rozpoczęło się polowanie na członków sekty, którzy nie dawali za wygraną. Postrzelono szefa policji, a w rękach sekretarki wybuchł zawierający bombę list. Sam Asahara został aresztowany dopiero 16 maja 1995 r. Po tym fakcie sekta jeszcze czterokrotnie próbowała dokonać zamachów na tokijskie metro, w tym dwa razy przy użyciu cyklonu B. Aresztowano i skazano ok. 400 osób. Proces guru trwał aż osiem lat i zakończył się wyrokiem śmierci, podobnie jak w wypadku czterech zamachowców. Jedynie były kardiolog dzięki współpracy z policją otrzymał karę dożywotniego więzienia.

Sekta Najwyższa Prawda istnieje do dzisiaj pod nazwą Aleph. Jej wyznawcy nadal pozostają pod wpływem nauk swojego guru.

Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE