Rzecz o historii

Motocyklem do Szanghaju

Stanisław Bujakowski, Halina Korolec-Bujakowska i ich wierny rumak – motocykl B.S.A.
WYDAWNICTWO PORADNIA K
To była zapewne najoryginalniejsza podróż poślubna przedwojennej Polski. W 1934 r. Halina i Stanisław Bujakowscy postanowili dotrzeć motocyklem do Chin. Trwająca blisko dwa lata wyprawa całkowicie odmieniła ich życie.

Ile jeszcze nasza przeszłość kryje takich zapomnianych historii; w ilu domach, poupychane gdzieś na dnie starych biurek i szaf, leżą bezcenne dzienniki i zdjęcia dokumentujące niezwykłe wyprawy; jakim zaskoczeniem może być lektura archiwalnych gazet i czasopism, publikujących relacje ludzi, którzy wbrew wszelkim przeciwnościom odważyli się ruszyć w nieznane? Polska nie miała wielkich tradycji w zapełnianiu białych plam na mapach świata, a takie postacie, jak Benedykt Polak, Krzysztof Arciszewski, Maurycy Beniowski czy Stefan Szolc-Rogoziński, były raczej wyjątkami potwierdzającymi regułę. Co prawda Europę nasi przodkowie od wieków przemierzali wzdłuż i wszerz, ale egzotyczne wojaże ich nie pociągały. Oczywiście w jakimś stopniu tłumaczy ich fakt, że Polska nie posiadała terytoriów zamorskich. O wiele łatwiej było podejmować odważne eskapady Hiszpanom, Anglikom czy Francuzom, którzy mieli dogodne bazy wypadowe w postaci kolonii, niż ruszyć w świat znad Wisły.

Prawdziwy przełom nastąpił dopiero w dwudziestoleciu międzywojennym. Odzyskanie niepodległości dało Polakom potężną dawkę pozytywnej energii i impuls, by sięgać marzeniami poza horyzont. Nikomu nieznani polscy podróżnicy, zwykle na własną rękę, bez wsparcia państwa, organizowali spektakularne wyprawy, które w normalnych warunkach przyniosłyby im sławę i pieniądze. Niestety, skomplikowane polskie dzieje (mam tu na myśli przede wszystkim II wojnę światową i czasy komunizmu) sprawiły, że wiele z tych wspaniałych wyczynów zostało zapomnianych, a przygotowywane do druku wspomnienia z podróży nigdy nie zostały wydane.

Komuniści odgórnie zakazali wszelkich publikacji traktujących o dokonaniach Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego. Niewiele osób dowiedziało się o szalonej wyprawie dwóch młodych ludzi – Tomasza Perkitnego i Leona Mroczkiewicza, którzy bez grosza przy duszy i szczegółowych planów ruszyli w trwającą cztery lata włóczęgę po świecie i zdołali go objechać dookoła. Zapomniany został także niezwykły wyczyn Kazimierza Nowaka, który w latach 1931–1936 samotnie na rowerze przemierzył Afrykę wzdłuż i wszerz. Nowak zmarł jednak niespełna rok po powrocie do kraju, wycieńczony chorobami, których nabawił się podczas wyprawy, a jedynym świadectwem jego dokonań były publikacje w przedwojennych czasopismach oraz nieopublikowane listy pisane z Afryki do żony Marii. Dopiero ponad 60 lat później postać tego wybitnego podróżnika przywrócił pamięci potomnych Łukasz Wierzbicki.

Podobny los stał się udziałem Haliny Korolec-Bujakowskiej, której spisane na gorąco wspomnienia z pionierskiej wyprawy motocyklowej do Chin, jaką odbyła z mężem Stanisławem Bujakowskim w latach 1934–1936, przeleżały 70 lat w domowym archiwum. Dopiero determinacja siostrzeńca podróżniczki Huberta Twardowskiego, którego wsparł wspomniany Łukasz Wierzbicki, pozwoliła wydać je w formie książkowej.

Pionierzy

Bujakowscy pochodzili z Druskiennik, uroczego uzdrowiska położonego nad Niemnem, w którym przed wojną bywała cała śmietanka towarzyska II Rzeczypospolitej. Stanisław Bujakowski urodził się 10 marca 1906 r., Halina przyszła na świat 8 października 1907 r. Ojciec Stanisława, Walery Bujakowski, był lekarzem zdrojowym, jednym z najbogatszych ludzi w mieście, właścicielem okazałej willi w centrum Druskiennik. Ojciec Haliny, Józef Korolec, sprawował z kolei funkcję prezesa Towarzystwa Ubezpieczeniowego „Przezorność" oraz Zarządu Polskiej Macierzy Szkolnej.

Zarówno Halina, jak i Stanisław na brak pieniędzy nie mogli narzekać. Jak pokazują jednak późniejsze zapiski z podróży, duże pieniądze i kariera nie były tym, na czym chcieli budować wspólną przyszłość. Nie dla nich było wygodne i dostatnie życie w Druskiennikach. Zarówno Halinę, jak i Stanisława ciągnęło w świat, gdzieś w środku musieli odczuwać ten trudno definiowalny niepokój, który w końcu wypycha za próg i nie pozwala się cofnąć. Potrzebowali odmiany, chcieli się sprawdzić w sytuacjach niecodziennych. Łukasz Wierzbicki podkreśla jeszcze jeden istotny czynnik, który popychał Bujakowskich do szalonego na pozór przedsięwzięcia: „Gdy uważnie przyjrzymy się decyzji dwójki młodych ludzi, dostrzeżemy w niej piękny, acz nie zawsze we współczesnym świecie słyszalny, zew inicjacji. W każdej niemal kulturze, na każdym kontynencie istnieje tradycja, zgodnie z którą w życiu młodego człowieka, tak dziewczyny, jak i chłopaka, przychodzi czas na zerwanie więzi z opiekuńczym miejscem narodzin, moment, w którym dwoje ludzi rozpocząć musi wspólne, samodzielne życie". Dla Haliny i Stanisława Bujakowskich ten moment nadszedł 19 sierpnia 1934 r., kiedy pozostawili za sobą rodzinne Druskienniki i ruszyli odkrywać świat.

Ich nieodłącznym towarzyszem podróży był dwucylindrowy motocykl B.S.A. angielskiej produkcji, o mocy 10 koni mechanicznych i numerze rejestracyjnym W 19-484 (PL). Za jego kierownicą zasiadł Stanisław, który wziął także na swoje barki obowiązki mechanika, logistyka i fotografa. Halina, której przypadła rola kronikarza wyprawy i pomocnika kierowcy, podróżowała w koszu doczepionym do motocykla, wyprodukowanym w Łodzi na licencji wiedeńskiej. Cel był jasny: dotrzeć na motocyklu jak najdalej. Z map wynikało, że takim motocyklowym krańcem świata jest Szanghaj w Chinach.

Pomysł, aby podróżować po świecie tego typu pojazdem, nie był w tamtych czasach czymś nowym. Już w 1912 r. Carl Stearns Clancy przemierzył Europę, Afrykę, Azję i Amerykę Północną na motocyklu Henderson Four. Kolejne tego typu dokonania miały miejsce w latach 20. XX w., a Zoltan Sulkowsky i Gyula Bartha z Węgier spędzili w podróży aż osiem lat. Dwa lata przed Bujakowskimi w podróż z Londynu do Tokio wyruszył Robert Edison Fulton Junior. Ale Bujakowscy nie byli jedynie ich epigonami. Trasy, jaką narysowali na swoich mapach, nikt przed nimi nie pokonał. W żadnej z dotychczasowych motocyklowych wypraw nie wzięła także udziału kobieta. Halina Korolec-Bujakowska była pod tym względem absolutną pionierką.

Dzienniki motocyklowe

W drogę zabierają: zielony namiot, cztery koce, dwie poduszeczki, płaszcze przeciwdeszczowe, sportowe ubrania, swetry, trochę bielizny, buty na zmianę, kuchenkę składaną, aluminiowe rondle, maszynę do pisania, dwa aparaty fotograficzne, zapasowy łańcuch, oponę, dętki, komplet narzędzi, sznur i łopatę oraz różne drobiazgi potrzebne w dalekiej podróży. Początkowo wiozą ze sobą także smoking i suknię wieczorową, ale w Wiedniu postanawiają odesłać je do domu. W kieszeniach mają niecałe 100 funtów, podarowane przez ich rodziny. To niewiele, biorąc pod uwagę skalę przedsięwzięcia, ale Bujakowscy liczą, że w trakcie wyprawy resztę potrzebnych pieniędzy po prostu zarobią.

Pierwszym zagranicznym przystankiem podróżników z Druskiennik jest Berlin, gdzie mogą nacieszyć się szybką jazdą po równych i szerokich drogach. Prawdziwa wyprawa zaczyna się w momencie, kiedy docierają na Bałkany. Przez ponad 500 km zmagają się z błotnistymi drogami, na których grzęźnie ciężki motor. Miłym zaskoczeniem jest dla nich Bułgaria, przed którą wszyscy ich ostrzegali. Tymczasem spotyka ich tam bardzo serdeczne przyjęcie. Po krótkiej wizycie w Stambule ruszają w dalszą drogę, która prowadzi stepami Anatolii. Zmagają się z upałem, burzami piaskowymi i nierównymi drogami. Podczas przeprawy przez jedną z rzeczek ich motocykl zostaje stratowany przez stado wołów. Turcję żegnają więc z ulgą. Drugi oddech łapią w Syrii. „Na cztery dni rozbijamy namiot pod samotną figą. Za nami góry, przed nami morze i słońce. Niejeden przechodzień lub kierowca czuje się pewnie nieswojo, mijając tajemnicze światełko naszego domku, myśli sobie może, kto wie, co za licho ogień pali, może bandyci. A to my, beztroskie włóczęgi" – notuje w dzienniku Halina Bujakowska.

Przez brytyjski Irak przedostają się szybko i bez kłopotu. Więcej czasu zabiera im przeprawa przez Persję. Przyczyny są dwie: biurokracja i gościnność. Ta pierwsza powoduje, że na kilka tygodni utykają w Teheranie, czekając na wydanie przez władze pozwolenia na przewóz przez nich broni palnej. Druga zmusza ich do bardzo częstych i przez to nieco uciążliwych odwiedzin w prywatnych domach Irańczyków. Tego rodzaju problemy okazują się jednak niczym w porównaniu z morderczą przeprawą przez przełęcz Firooz Kooh położoną na wysokości 2500 m n.p.m. Śnieg, przenikliwe zimno i nieprzejezdne drogi odbierają im wiele energii. Nie poddają się jednak i uparcie prą do przodu, aż w końcu zjeżdżają w cieplejsze doliny, gdzie mogą nieco zregenerować nadwątlone siły. A są one potrzebne, bo kolejne odcinki obranej trasy nie są łatwiejsze – motocykl grzęźnie zarówno na diunach pustyni Nok Kundi, jak i na rozmokniętych drogach Pakistanu. Czasami Bujakowscy pokonują dziennie ledwie kilkanaście kilometrów, a na domiar złego Stanisław mocno się przeziębia. W tak trudnych chwilach małżonkowie wzajemnie się wspierają; gdy jedno opada z sił, drugie szuka rozwiązania i motywuje do działania. Bujakowskich nic nie jest w stanie zatrzymać i 9 stycznia 1935 r. docierają do Indii. „Wkraczamy w dolinę Indusu, rzeki szerokiej na dwanaście mil angielskich, szakale siedzą w rzędzie i wyją nam ślicznie na powitanie. Na lotnym piasku leży żelazna siatka, na niej podściółka z trzciny, to droga. (...) Posuwamy się statecznie po szuwarach wśród szuwarów".

W Bombaju zatrzymują się aż na cztery miesiące, tyle bowiem trwa oczekiwanie na przekaz pieniężny z Polski. Owe 100 funtów zabrane z domu już dawno wydali. Pieniądze, na które czekają, to wynagrodzenie za korespondencję z podróży, jaką Halina śle do różnych polskich czasopism. Brak pieniędzy nie odbiera im jednak silnej woli i pogody ducha. Kiedy hotel w Bombaju okazuje się za drogi na ich kieszeń, przenoszą się pod miasto i w głębi kokosowego lasu rozbijają mały obóz. „Brud, zaraza, szczury. Wielkie czerwone mrówki chodzą po nas jak po palmach, kolorowe żuczki wyłażą co wieczór spod poduszki, wszystkie możliwe gatunki stonóg, robactwa, ropuch i gadów mają do nas wstęp wolny, ale przecież to nie one, a my jesteśmy intruzami w tym miejscu" – notuje z pokorą prawdziwego globtrotera Halina Bujakowska. Nie tęsknią za dawnym życiem. Zmieniają się zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Kiedy Halina przez chwilę wspomina z rozrzewnieniem eleganckiego chłopaka z Druskiennik i porównuje go z „podróżną wersją" męża, nie może się nadziwić, jak bardzo jej „chłopiec" się zmienił. Ale od razu dodaje: „W tej nowej roli ma także dużo wdzięku, a może i więcej".

Z każdym kolejnym przebytym kilometrem ich sława rośnie. Kiedy docierają do Kalkuty, artykuły zamieszczone w indyjskich gazetach czynią z nich prawdziwych celebrytów. „W tramwajach, na ulicy wskazują nas palcami – pisze Halina. – Cała Kalkuta zna nas z fotografii umieszczonych we wszystkich możliwych pismach. Jesteśmy niczym Mahatma Gandhi własnością żarliwych gapiów". Sława otwiera im drzwi do wielu ciekawych miejsc, ale na dłuższą metę jest męcząca. Ruszają dalej. Do Birmy.

Dom w dżungli

Bujakowscy lubią ryzyko, wyzwanie. Mimo że informacje, jakie docierają do nich znad granicy z Syjamem, jednoznacznie mówią o tym, że wszystkie drogi prowadzące do Indochin Francuskich są nieprzejezdne, i tak decydują się jechać w tamtym kierunku. Przez Meiktila, Loilem, Kengtung docierają do ostatniego brytyjskiego posterunku na szlaku z Birmy do Sujamy, niewielkiej zagubionej w dżungli wioski Loi Mwe. Wtedy los decyduje za nich, głośne stuki w motorze oznajmiają, że rozpadło się łożysko kulkowe i o dalszej jeździe nie ma mowy. Niezbędna do naprawy część dotrze z Madrasu dopiero po sześciu miesiącach.

Bujakowscy zamieszkują w dżungli pośród przyjaznego im plemiona Ików. Jak się później okaże, czas spędzony w Loi Mwe będzie najpiękniejszym etapem ich wyprawy. Mieszkają w namiocie, śpią na bambusowych matach. Żywią się tym, co daruje im hojna tropikalna przyroda, a czasami pomaga im siostra Assunta, mieszkająca w pobliskiej misji zakonnica, z którą się bardzo zaprzyjaźniają. Najwięcej radości, szczególnie Halinie, daje jednak obecność Thai, młodej samicy niedźwiedzia księżycowego, którą wykupują z niewoli i otaczają troskliwą opieką. „Miesiące spędzone w trójkę w otoczeniu tropikalnej przyrody były spełnieniem niewypowiedzianych marzeń Haliny o życiu blisko natury, z dala od ludzi i zgiełku cywilizacji" – napisał w posłowiu do książki Łukasz Wierzbicki. Czytając kolejne rozdziały wspomnień Haliny Bujakowskiej opisujące półroczny pobyt w Loi Mwe, trudno nie przyznać mu racji. Młodych obieżyświatów cieszą proste rzeczy. Kiedy Stach z tkanin zakupionych od Ików i pędów bambusa konstruuje przedsionek namiotu, Halina entuzjastycznie pisze: „Jaki śliczny jest nasz dom. Stoimy w trójkę i patrzymy z zachwytem na puszystą strzechę, ukośny okap, spadziste boki i cienisty ganek. W przedsionku stawiam kuchnię i śmietnik ze starej blaszanki. Wycinam w dżungli rózgi na miotłę, Stach wiąże je, sprzątam obejście, w namiocie przestronnie się robi, zacisznie i przytulnie".

Gdy po pół roku oczekiwania otrzymują przesyłkę z nowym łożyskiem, długo zbierają się do dalszej drogi. Odwlekanie momentu wyjazdu nie może jednak trwać w nieskończoność. W końcu składają obozowisko, odpalają motocykl i ruszają. „Droga spada w dół, wiatr smaga twarz. Spod kół wzbija się bury pył i wypryski czarnego błota, na zakrętach szeleszczą suche liście, wszędzie tyle słońca, tańczące plamy cieni, znów mijamy wioskę, to już ostatnia w dolinie u stóp Wzgórza Mgieł. Hen, za grzebieniastym garbem zjeżonym szczotką lasu jest nasz kąt. Żegnaj, najpiękniejsze królestwo gór i dżungli! Tam przeżyliśmy pół roku, a może pół dnia?" – opisuje Halina moment wyjazdu.

Kilka dni po wyjeździe z Loi Mwe podróżników opuszcza Thai, która z trudem znosi wątpliwy komfort podróży w koszu motocyklowym. W końcu postanawia wrócić do dżungli. Dla Haliny to niespodziewane rozstanie jest wielką traumą. Przepłakuje wiele nocy, popada w depresję. Nie pomaga jej to przezwyciężyć trudów dalszej podróży, a są one niemałe. Bujakowscy co chwila utykają w błotnym bagnie, w które zmieniły się drogi Indochin podczas pory deszczowej. Dodatkowo Halina musi walczyć z malarią, a Stach rani się poważnie w rękę podczas wyciągania motocykla z błota i dostaje zakażenia. Motocykl, który ma na liczniku już przeszło 20 tys. przejechanych kilometrów, zaczyna się notorycznie psuć, zmuszając ich do ciągłych postojów. W końcu całkowicie odmawia posłuszeństwa. Na szczęście cel wyprawy jest już niedaleko. Ostatni odcinek drogi zmuszeni są jednak pokonać statkiem. Do Szanghaju docierają 15 marca 1936 r.

Powrót do Indii

Trwająca dwa lata wyprawa z pewnością była jednym z najwybitniejszych polskich dokonań podróżniczych w okresie międzywojennym. Halina pisała jednak o niej skromnie: „Szukaliśmy swojej wielkiej przygody, tocząc się beztrosko poprzez bezkres w nieznane, au blanc de carte, jak zażartował pewien sympatyczny oficer Legii Cudzoziemskiej, podarowując mi mapę pustyni, na której brakowało jedynie obranego przez nas szlaku. I chociaż nie odkryliśmy Ameryki ani nawet małego skrawka ziemi, bo wszędzie już ktoś był przed nami wozem, wołem, wielbłądem, osłem, pieszo, konno... to jednak żaden motocykl ani nawet samochód nie przetoczył się wcześniej naszą trasą w całej jej rozciągłości. Nie pobiliśmy żadnego rekordu ani właściwe niczego nadzwyczajnego nie dokonaliśmy, ale przeżyliśmy przygodę dwojga narwańców i awanturników". Tylko tyle i aż tyle.

Bujakowscy nie spieszyli się z powrotem do Polski. Dopiero kiedy na nowo rozgorzała wojna japońsko-chińska, a nad Szanghajem pojawiły się japońskie bombowce, Halina zdecydowała się wrócić koleją transsyberyjską do ojczyzny. Dotarła do Druskiennik 22 lipca 1937 r. Stanisław został w Chinach, pisząc dla polskiej prasy korespondencje wojenne z Mandżurii. Wrócił do kraju dopiero w 1938 r. na wieść o narodzinach syna. Niestety, wojenna zawierucha dotarła również do Polski. Po klęsce wrześniowej Stanisław przedarł się na Zachód i wstąpił do brytyjskiej RAF Transport Command, jednostki odpowiedzialnej za transport sprzętu wojskowego ze Stanów Zjednoczonych. Po zakończeniu wojny Druskienniki zagarnęli Rosjanie, Halina przeniosła się więc wraz z synem Jaremą (nazywanym w domu Stasiem) do Gdańska. Próbowała nawiązać kontakt ze swoim mężem, ale bez skutku. Szczęście jej jednak sprzyjało. Kiedy do portu gdyńskiego zawinął statek wiozący powracających do Polski lotników, podeszła do pierwszego, który zszedł z pokładu, i zapytała o Stacha. Pilot spojrzał na nią dziwnym wzrokiem i wyciągnął zza pazuchy zdjęcie jej męża. Okazało się, że przez pięć lat wykonywał wspólnie z nim loty. Dzięki niemu Bujakowscy nawiązali utracony przed laty kontakt. 9 czerwca 1947 r. Halina wraz z synem opuściła Polskę, by niespełna miesiąc później w Kalkucie spotkać się z mężem. Stanisław miał już załatwioną pracę jako pilot w prywatnej firmie transportowej. Do Polski już nigdy nie powrócili. ©?

Wszystkie cytaty pochodzą z książki Haliny Korolec-Bujakowskiej „Mój chłopiec, motor i ja", opublikowanej przez wydawnictwo Poradnia K

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL