Rzecz o historii

Wołyńskie reduty: Jak Polacy bronili się przed Ukraińcami

Zadziwiające, że ludobójstwo dokonane przez Ukraińców na Wołyniu w 1943 r. nie spotkało się z bardziej zdecydowanym oporem miejscowych Polaków. Były jednak wsie, których mieszkańcy postanowili się bronić za wszelką cenę

W związku z przypadającą dziś rocznicą tzw. krwawej niedzieli, kulminacyjnego punktu rzezi wołyńskiej, przypominamy tekst, który ukazał się na łamach "Rzeczy o historii" w lipcu 2017 roku.

Wartownika na wieży kościoła w Hucie Stepańskiej wyrywała z odrętwienia łuna, która około godz. 23 rozświetliła rozgwieżdżone lipcowe niebo. Płonęła pobliska Persepa, a po chwili płomienie pokazały się także od strony Użań, Soszników, Hałów i Tura. Kościelny dzwon zaczął bić na trwogę – stało się jasne, że w końcu Ukraińcy ruszyli do zmasowanego ataku na polskie osady, nad którymi zawisło śmiertelne niebezpieczeństwo. Kiedy zaalarmowana pożarami zbrojna samoobrona Huty poderwała się na nogi, przygotowując się do walki, druga grupa upowskich zbrodniarzy przystąpiła do pacyfikacji Borka, Lad i Kurortów, a w końcu o godz. 3.25 odgłosy zażartej strzelaniny rozległy się w pobliskiej Wyrce. Mieszkańcy Huty Stepańskiej mieli nadzieję, że być może tamtejszej samoobronie, która od wielu miesięcy ściśle współpracowała z oddziałem w Hucie, uda się powstrzymać napastników. Główną redutą był tam kościół i otaczające go murowane budynki. Jednak po dwóch godzinach niemal nieprzerwanej strzelaniny na drodze biegnącej z Wyrki pojawili się pierwsi przerażeni uciekinierzy. Mimo zorganizowanej obrony wsi nie udało się uratować. Przyszła kolej na Hutę, największą okoliczną osadę. Jej mieszkańcy byli jednak od dawna przygotowani na ukraiński atak i nie zamierzali łatwo sprzedać swojej skóry.

Czytaj także: Ile można zaprzeczać ludobójstwu na Wołyniu?

Obrona Huty Stepańskiej

Huta Stepańska znajduje się stosunkowo blisko Parośli, wsi, w której 9 lutego 1943 r. Ukraińcy dokonali pierwszej masowej zbrodni na Wołyniu. Mieszkańcy Huty jako jedni z nielicznych nie zlekceważyli tego ataku, ale uznali go za potencjalny zwiastun poważniejszego zagrożenia. Na zorganizowanym naprędce zebraniu zapadła decyzja o utworzeniu samoobrony, na której czele stanał Władysław Kurkowski „Duch", miejscowy nauczyciel i członek podziemia. Jak słuszna był to inicjatywa, pokazała już najbliższa noc, kiedy uzbrojeni Ukraińcy skrytobójczo zamordowali czterech mieszkańców wsi, w tym dwóch wartowników.

Samoobrona działająca na wzór wojskowy szybko rozrosła się do kilkusetosobowego oddziału, który dzielił się na drużyny i plutony. We wsi pojawiły się bunkry, ukryte stanowiska strzelnicze, zasieki. Dniem i nocą pilnowali jej uzbrojeni wartownicy; jeden z nich stale obserwował okolicę z wieży kościelnej. Dowódcą wojskowym został początkowo podoficer rezerwy Hieronim Konwerski, a od kwietnia stanowisko to przejął sierżant Jan Szabelski. Miesiąc później do Huty Stepańskiej przybył por. Władysław Kochański „Bomba", cichociemny, który miał za zadanie odbudować struktury AK w powiecie kostopolskim. Z czasem to on zaczął odgrywać decydującą rolę w dowództwie samoobrony Huty i sąsiedniej Wyrki.

Czesław Piotrowski, świadek tamtych wydarzeń, w książce „Krwawe żniwa nad Styrem, Horyniem i Słuczą" pisze: „Każdy zbroił się jak mógł. W okolicy były przecież również tradycje myśliwskie i kłusownicze. Zaczęto więc wyciągać różnego rodzaju pistolety, dubeltówki, pojedynki, pistonówki nabijane przez lufę, różne »obrzynki« z karabinów rosyjskich z I wojny światowej, było kilka niemieckich i polskich mauzerów, francuska lebela, znalazł się jakiś amerykański winchester i w końcu »obrzynek« z japońskiego karabinu". Broni tej starczyło dla około 80 ludzi, reszta musiała zadowolić się szablami, kosami ustawionymi na sztorc, widłami, siekierami oraz tzw. szpikulcami, czyli pojedynczymi zębami wideł osadzanymi na długich drzewcach.

Od wiosny 1943 r. napady na okoliczne wsie zdarzały się coraz częściej. Do Wyrki i Huty Stepańskiej napływało więc coraz więcej uchodźców. W lipcu w Hucie, w której na stałe mieszkało około 800 ludzi, przebywało już ponad 3 tys. Polaków; ludność Wyrki wzrosła do 2 tys.

Hucka samoobrona poczynała sobie bardzo aktywnie, starając się chronić także ludność okolicznych miejscowości, a od czasu do czasu organizowała również wypady przeciwko UPA, współpracując niekiedy z sowiecką partyzantką. Pod koniec marca Polacy zaatakowali Mielnicę Małą, a w kwietniu Butejki. Na początku maja 1943 r. grupa samoobrony wspomogła broniącą się przed UPA kolonię Wilcze w powiecie łuckim. Po odparciu Ukraińców oblężonych ewakuowano do Huty Stepańskiej i Wyrki. Podobnej pomocy udzielono w czerwcu zaatakowanym polskim wsiom Ziwka Stara, Brzezina i Soszniki w powiecie sarneńskim.

W końcu jednak Ukraińcy przegrupowali siły i 16 lipca przystąpili do ostatecznej rozprawy z miejscowymi Polakami. Iwan Łytwyńczuk „Dubowyj" do ataku wyznaczył dwie grupy bojowe składające się z dziesięciu oddziałów UPA, wspieranych przez uzbrojonych chłopów ukraińskich.

16 lipca zaatakowali oni wsie otaczające Hutę Stepańską i Wyrkę. Rankiem 17 lipca doszło do pierwszego ataku na Hutę. „Zaatakowali naszą osadę. Okrążyli i zaczęli palić. Dzwony uderzyły na trwogę. Kto żył zaczął uciekać do szkoły murowanej, piętrowej. To była nasza forteca. Szli na nas kilkoma rzutami i krzyczeli »hurra wziat Lachiw!« Psy wyły. Bój trwał trzy dni" – wspominała mieszkanka Huty Janina Francuś-Włoszczyńska.

Walki były bardzo zacięte. Upowcy trzy razy wdzierali się do centrum wsi i za każdym razem byli stamtąd wypierani. Polacy dowodzeni przez por. „Bombę", który został ranny w walce, przeprowadzali skuteczne kontrataki. Lucjan Paczewski, uczestnik samoobrony, wspominał: „Szło nas do przodu kilkuset chłopa i potężne »Hura!« zrobiło silne wrażenie na bandach UPA, które po początkowej obronie zaczęły się cofać, tworząc straszliwy popłoch, lecz karabiny maszynowe banderowców mimo wszystko zmusiły nas do upadku i zajęcia linii obrony. Nasz atak się załamywał, a to groziło klęską. »Bomba« zawołał: – Zrywać się do ataku! Poderwałem się do przodu i pierwszą serię z finki wpakowałem leżącemu banderowcowi przy karabinie maszynowym i krzyczałem dalej: »Hura! Hura!«, a wraz ze mną biegnący obok koledzy. Banderowcy zaczęli pojedynczo uciekać w kierunku Słonego Błota, a później objął ich straszliwy strach, więc uciekali, łamiąc płoty i wszystko, co im stało na przeszkodzie".

W walkach stoczonych 17 i 18 lipca rano polska samoobrona poniosła nieduże straty, ale upowcy zabili około 100 mieszkańców. Po ich stronie również było wiele ofiar, ale ich oddziały były liczne i dobrze uzbrojone, ponadto wspierała ich chłopska czerń, żądna mordu i rabunku. Na dodatek ostrzał i walki we wsi wywołały wiele pożarów. Por. „Bomba" podjął więc trudną decyzję o ewakuacji ludności za linię torów Kowel-Sarny. „W ostatnim dniu obrony w południe mieliśmy wielkie braki w amunicji, a przy tym siły nasze psychiczne i fizyczne były na granicy wytrzymałości" – wspominał Paczewski. Jeszcze w nocy zaczęto formować kolumnę wozów, na którą załadowano kobiety, dzieci, chorych i rannych oraz część dobytku. Niestety doszło przy tym do zamieszania, w wyniku którego cześć taboru ruszyła w stronę Wyrki, gdzie została zaatakowana przez Ukraińców i musiała zawrócić. Zginęło sto osób.

Nad ranem zaczął padać silny deszcz, a nad okolicznymi polami uniosła się gęsta mgła. Sprzyjało to mieszkańcom Huty. Wszystkie siły samoobrony gwałtownym atakiem w kierunku północnym wdarły się głęboko na terytorium opanowane przez wroga. Powstałym wyłomem przemieszczała się rozciągnięta na kilka kilometrów kolumna ewakuacyjna, poprzedzana uzbrojoną strażą, od tyłu chroniona przez dwudziestoosobowy oddział kosynierów i dziesięcioosobową grupę z karabinami ręcznymi. Ewakuacja była niebezpieczna, znaczona kolejnymi ofiarami i przygnębiająca – jej trasa przebiegała przez zniszczone wcześniej przez ukraińskich morderców wioski, w których natykano się na wciąż nieostygłe ciała zamordowanych mieszkańców.

„We wsi Wyrka, w pobliżu spalonego kościoła, widzieliśmy Helenę Felińską (...) z dwojgiem dzieci lat około trzech i sześciu. Były zabite bagnetem lub nożem i leżały w kałuży zastygłej już krwi. (...) Zobaczyliśmy także siedzącego pod płotem własnego spalonego domu Józefa Liberę (...), miał wydłubane oczy i pełno krwawiących dziur w ciele od bagnetów" – wspominały Franciszka i Romana Piotrowskie. Kolumna uciekinierów z Huty Stepańskiej przeszła także przez Paroślę, po której zostały jedynie gruzy i sterczące resztki kominów. Od ataku na miejscowość minęło już blisko pół roku, wszystko porosło więc bujnymi chwastami.

Po przebyciu około 20 km i dotarciu do stacji kolejowych na linii Kowel–Sarny część ludności została załadowana przez Niemców do wagonów kolejowych i wywieziona na roboty do Rzeszy. Pozostali ruszyli do Wydymeru pod Włodzimiercem, skąd rozjechali się do Antonówki, Kowla, Sarn i Przebraża. Uzbrojeni obrońcy Huty Stepańskiej znaleźli schronienie w Perespie koło Antonówki, a następnie w Karaczunie. Na początku sierpnia 1943 r. jako oddział partyzancki AK pod dowództwem „Bomby" w sile kompanii dołączyli do samoobrony w Hucie Starej. Podczas walk i ewakuacji zginęło około 500–600 Polaków spośród ponad 5000, którzy schronili się w bazie samoobrony w Hucie Stepańskiej.

Negocjacje po ukraińsku

Surowo, ale w zasadzie słusznie osądził władze państwa podziemnego prof. Paweł Wieczorkiewicz, który twierdził, że „ludność polska [na Wołyniu] nie została wspomożona tak jak mogła być przez Amię Krajową. Jest to wielki cień na historii tej organizacji, (...) w imię wyższych celów politycznych, które okazały się całkiem nierealne (głównie akcja „Burza"), zrezygnowano z możliwości skutecznej obrony polskiej ludności na Kresach Południowo-Wschodnich".

Co prawda zaraz po pierwszych mordach podziemie przystąpiło do organizowania zbrojnej samoobrony, która miała przeciwstawiać się masowej ucieczce do miast poprzez tworzenie silnych baz obronnych „z kilkunastu wsi o dużych skupiskach ludności polskiej (...) z zastosowaniem umocnień, rowów strzeleckich i zasieków", jednak polską konspirację osłabiały konflikty wewnętrzne. Jednolitego stanowiska nie potrafili zająć przedstawiciel Delegatury – Kazimierz Banach „Jan Linowski" oraz dowódca AK w tym rejonie płk Kazimierz Bąbiński „Luboń". Banach dążył wprawdzie do utworzenia straży obywatelskiej, ale zgodnie z wytycznymi „Grota" starał się wciągnąć do współpracy przy jej tworzeniu także Ukraińców, co przy agresywnej postawie UPA było z góry skazane na klęskę. Z kolei Bąbiński przez długi czas skupiał się prawie wyłącznie na przygotowaniu wołyńskich struktur AK do planowanej akcji „Burza". Nie chciał więc rozpraszać sił na ochronę polskich osad, tym bardziej że brakowało broni i amunicji. Poza tym ani władze cywilne, ani wojskowe nie spodziewały się, że Ukraińcy zaplanowali akcję ludobójczą na tak dużą skalę.

Dopiero w kwietniu, po pierwszych wiosennych atakach UPA na polskie wsie, „Luboń" wydał rozkaz, w którym stwierdzał: „Jest zrozumiałe, że nie mogłem pozostać obojętny na gwałty i mordy ukraińskie na rodakach, nieoszczędzające kobiet ani dzieci (...). Został zastosowany celowy odwet na prowodyrach ukraińskich, (...) ten rodzaj odwetu nie zabezpiecza jednak całkowicie polskiej ludności od dalszych mordów. W związku z tym rozkazuję: Tworząca się samorzutnie wołyńska samoobrona na terenach zagrożonych uniemożliwia lub co najmniej utrudnia dalsze napady rezunów. Na dowódców wszystkich szczebli kładę obowiązek wzięcia w swoje ręce inicjatywy w organizowaniu samoobrony, nie dekonspirując swoich związków organizacyjnych. Na nas jako kadrę dowódczą spadł obowiązek i odpowiedzialność za obronę Polaków na Wołyniu, gdyż już się krew polska nie z naszej winy polała". Jednocześnie zakazywał odwetu na Ukraińcach.

Polskie podziemie, o czym chętnie zapominają Ukraińcy, do samego końca podejmowało próby porozumienia. Jeszcze 10 lipca, dzień przed „krwawą niedzielą", wysłano polską delegację na rozmowy z UPA. W jej składzie znaleźli się pełnomocnik Okręgowej Delegatury Zygmunt Rumel, zdolny poeta młodego pokolenia, oraz przedstawiciel Okręgu Wołyńskiego AK Krzysztof Markiewicz „Czart", którzy w geście dobrej woli zrezygnowali ze zbrojnej obstawy. Towarzyszył im jedynie przewodnik i woźnica Witold Dobrowolski. Ukraińcy zgodzili się na ich przyjazd, ale był to tylko manewr, który miał uśpić czujność Polaków. Decyzja o czystce etnicznej już bowiem zapadła. Całą trójkę zdradziecko zamordowano we wsi Kustycze, najprawdopodobniej rozrywając ich końmi.

Po pierwszej fali lipcowych mordów Delegatura i dowództwo AK postanowiły działać aktywniej. Wydano rozkaz utworzenia dziewięciu oddziałów, których wyłącznym zadaniem miała być obrona ludności polskiej i jej mienia przed zagładą. Cześć jednostek opierała się na sformowanych wcześniej grupach samoobrony. Powstały wówczas oddziały: „Bomba" pod dowództwem kpt. Władysława Kochańskiego ps. Bomba (oddział liczył około 500 partyzantów); „Jastrząb" – por. Władysława Czermińskiego ps. Jastrząb (150 partyzantów); „Łuna" – ppor. Jana Rerutki ps. Drzazga (107 partyzantów); „Sokół" – por. Michała Fijałki ps. Sokół (120 partyzantów); „Strzemię" – por. Zenona Blachowskiego ps. Strzemię (około 100 partyzantów); „Gzyms" – por. Franciszka Pukackiego ps. Gzyms (80 partyzantów); „Ryszard" – por. Ryszarda Walczaka ps. Ryszard (80 partyzantów); „Kord" – por. Kazimierza Filipowicza ps. Kord (80 partyzantów); „Piotruś" – ppor. Władysława Cieślińskiego ps. Piotruś (80 partyzantów). Na początku 1944 r. wszystkie te jednostki weszły w skład 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty, która przejęła także obowiązek ochrony polskich wsi i miasteczek.

Przymusowy sojusznik

Pierwsze oddziały samoobrony zaczęły powstawać spontanicznie na przełomie roku 1942 i 1943, kiedy Polacy odczuli wzrastającą agresję ze strony UPA oraz zwykłych ukraińskich chłopów, którzy z sąsiadów zaczęli się przeistaczać w śmiertelnych wrogów. Zwykle były to małe, niepowiązane ze sobą oddziałki, których głównym zadaniem było patrolowanie okolicy. Choć ich siła była niewielka, a uzbrojenie słabe, już podczas pierwszych ataków na wsie polskie wiosną 1943 r. okazało się, że tam, gdzie w obronie życia własnego i najbliższych sięga się po środki ostateczne, jest szansa na przeżycie. Tym bardziej że już po pierwszych pacyfikacjach stało się jasne, że UPA nie zależy na wygnaniu Polaków z Wołynia, ale na ich masowej eksterminacji.

Podczas krwawej Wielkanocy 1943 r. odział UPA zaatakował m.in. nowoczesne osiedle robotnicze w Janowej Dolinie, dokonując tam straszliwych mordów. Spośród kilku tysięcy mieszkańców i uchodźców znajdujących się wtedy w osadzie opór stawiła jedynie niewielka grupka, która zabarykadowała się w murowanych budynkach osiedla „C". Udało im się zabić dwóch napastników, a jednego ranić; całą noc leżał na ulicy, jęcząc, aż rano „rozwścieczeni ludzie dobili go kijami".

Podobną skuteczność wykazała tydzień później samoobrona zorganizowana przez mieszkańców wsi Kuty. Powstała jeszcze pod koniec 1942 r. w związku z mordami popełnionymi na Polakach w okolicznych osadach.

2 maja sprawnie działający wywiad samoobrony doniósł o planowanym napadzie UPA. Rozpoczęto intensywne przygotowania do obrony, której głównymi punktami miały być murowane budynki stojące w centrum wsi: kościół, plebania, budynek Kasy Stefczyka i dom prywatny. Atak ukraiński rozpoczął się o 22.20 następnego dnia. Skuteczny ogień karabinowy polskich obrońców zmusił napastników do odwrotu. Zdołali zamordować jedynie tych, którzy wbrew rozkazom pozostali na obrzeżach Kut. Z powodu braku amunicji postanowiono jednak opuścić wieś i uciekać do Krzemieńca. Kutowianom pomogli Niemcy, którzy wystawili zbrojną ochronę kolumny uchodźców (choć w zamian za pomoc zrabowali cały inwentarz żywy)

Uczestnik napadu Maks Skorupski „Maks" zanotował w pamiętniku: „Poczynając od naszej akcji na Kuty, dzień w dzień, zaraz po zachodzie słońca, niebo kąpało się w blasku pożogi. To płonęły polskie wsie". I tak było w istocie. Do napadów dochodziło prawie cały czas, a w niszczonych osadach szansę na przeżycie mieli jedynie ci, którzy postanowili się bronić.

Często zdarzało się, że poszczególne oddziały samoobrony wspierały się podczas ataków UPA, ratując się nawzajem z opresji. 12 maja Ukraińcy napadli na wieś Stachówka, bronioną przez miejscową straż zbrojną. Mimo to straty były duże. Dlatego kiedy 15 maja Ukraińcy ponowili atak, w sukurs obrońcom przyszła samoobrona z Parośli II i Niemcy, którzy ujęli trzech partyzantów ukraińskich. Podczas trzeciego ataku, 13 czerwca, sotnia „Kruka" została przepędzona dzięki odsieczy, która przybyła z pobliskiej Porody. Upowcy ponieśli wyjątkowo duże straty – aż siedemnastu zabito, a pięciu zostało rannych (rozstrzelali ich następnego dnia Niemcy).

Czasami Polacy i hitlerowscy okupanci, zmuszeni szybko zmieniającą się sytuacją, zawiązywali nieco przymusowe sojusze. O jednym z nich wspomina Grzegorz Motyka w swojej monografii konfliktu polsko-ukraińskiego w latach 1943–1947. „29 czerwca upowcy zaatakowali (...) Andrzejówkę, gdzie Niemcy utworzyli Schutzmannschaft. Ludność nocowała w murowanej szkole. Ukraińcy z działa małokalibrowego ostrzelali budynek, uszkadzając jego narożnik. Po czterech godzinach walki jednak trzej Niemcy i Polacy z Schutzmannschaftu odparli atak. Zginęło dziesięciu Polaków, którzy pozostali w swoich domach. W odwecie Niemcy wraz z polskimi szucmanami spacyfikowali wieś Krasny Sad – zginęło tam od kilkunastu do stu Ukraińców".

Ocaleni

Najlepsze efekty przynosiło jednak tworzenie tzw. baz samoobrony – dużych, dobrze zorganizowanych i stosunkowo solidnie uzbrojonych ośrodków oporu, niejednokrotnie wspieranych przez oddziały partyzanckie. Taką placówką była m.in. wspomniana już Huta Stepańska. Tam jednak mimo uratowania większości mieszkańców nie udało się utrzymać samej wsi. Były wszakże bazy samoobrony, które odparły wszystkie ataki ukraińskie i przetrwały aż do wkroczenia Sowietów.

Pańska Dolina była kolonią położoną w powiecie dubieńskim w województwie wołyńskim, liczącą 40 gospodarstw polskich, 11 ukraińskich i dwa czeskie. Na stałe mieszkało w niej około 175 Polaków. Początki samoobrony w tej miejscowości sięgają przełomu roku 1942/1943, jednak w pełni ukształtowała się w maju 1943 r. po napadzie UPA na kolonię Wygoda i zabiciu w niej trzech Polaków. Dowódcą placówki został Albert Kozłowski „Jastrząb", a zgodę na jej sformowanie wydał oficjalnie Kreislandwirt Wilhelm Schneider.

UPA atakowała Pańską Dolinę czterokrotnie. Po raz pierwszy 22 czerwca 1943 r., lecz świetnie zorganizowanym Polakom udało się odeprzeć uderzenie. Niemcy przekazali wtedy samoobronie sześć karabinów, co wzmocniło i tak wydatny arsenał obrońców (większość ze 150 sztuk broni kupiono od żołnierzy węgierskich i niemieckich). 14 lipca dobre uzbrojenie przyczyniło się do odparcia kolejnego szturmu UPA. 5 sierpnia wieś otoczył kureń wsparty przez trzy działa 75 mm. „W wyobraźni widzieliśmy już ruiny polskich budynków" – wspominał jeden z dowódców ukraińskich Maksym Skorupski, jednak po oddaniu kilku strzałów działa zamilkły, a Polacy nie ustąpili ani o krok. „Pańska Dolina rzeczywiście była twierdzą" – podsumował Skorupski. Samoobrona zadbała nawet o opasanie wsi linią okopów. Kolejny atak przeprowadzono o nietypowej porze, w godzinach przedpołudniowych, licząc na efekt zaskoczenia. Polacy jednak odparli i ten szturm.

Jeszcze potężniejszą twierdzę stworzono w Przebrażu, wsi należącej do gromady Trościaniec w powiecie łuckim. Samoobrona działał tu już od marca 1943 r., na co miała oficjalną zgodę Kreislandwirta Kiwerc Jeskego. 20 kwietnia 1943 r. kierownictwo samoobrony przejął Henryk Cybulski „Harry", który zbiegł z zesłania. Jego wybór – jak pisze Grzegorz Motyka – okazał się najlepszym z możliwych. „Harry" przekształcił swoją rodzinną wieś w prawdziwy niezdobyty bastion, broniony przez ponad 500-osobowy oddział (pod koniec istnienia jego liczebność się podwoiła), podzielony na cztery kompanie i dysponujący zwiadem konnym oraz własnym wywiadem. Cybulski zorganizował samoobronę na modłę wojskową – jej żołnierze byli skoszarowani i dzięki temu w razie ataku nie trzeba było ich zwoływać, byli od razu do dyspozycji dowódcy. Pod ich opieką znalazło się blisko 10 tys. ludzi – stali mieszkańcy wsi i liczni uciekinierzy. Przebraże chroniła sieć rowów strzeleckich, prowizoryczne bunkry oraz linia zasieków z drutu kolczastego. Południową, nieufortyfikowaną stronę ubezpieczały odrębne samoobrony w Rafałówce i Komarówce oraz bagna. Podobnie jak w Pańskiej Dolinie obrońcy wsi kupowali broń od Niemców i Węgrów, ale dodatkowo założyli własny warsztat rusznikarski, a z porzuconych przez Sowietów w 1941 r. czołgów wymontowano dwa działka kal. 45 mm.

Samoobrona z Przebraża nie ograniczała się wyłącznie do chronienia tej osady, ale organizowała też wyprawy do okolicznych wsi i kolonii, ewakuując stamtąd ludność polską, której groziła w każdej chwili okrutna śmierć ze strony ukraińskich morderców. Oddział „Harry'ego" podejmował także działania zaczepne, organizując wypady do okolicznych wsi ukraińskich, w których grupowały się oddziały UPA. 5 czerwca uderzono na Omelno, a niedługo później na wieś Hawczyce, rozbijając stacjonujące tam bandy ukraińskie.

UPA po raz pierwszy zaatakowała bazę w Przebrażach 5 lipca 1943 r.. Szturmem dowodził najprawdopodobniej osławiony upowski zbrodniarz Dmytro Klaczkiwski „Kłym Sawur". Szturm poprzedził silny ostrzał z moździerzy, w wyniku którego spłonęła część zabudowy. Po kilkugodzinnej walce Ukraińcy zmuszeni zostali do odwrotu. W odwecie Polacy uderzyli na Trościaniec, niszcząc działającą w tej miejscowości szkołę podoficerską UPA. Wieś częściowo puszczono z dymem, a ukraińskich mieszkańców wypędzono.

31 lipca Ukraińcy zaatakowali Polaków pracujących przy żniwach, co zmusiło samoobronę do interwencji. Doszło do prawdziwej wielogodzinnej bitwy. Liczebność oddziałów UPA sprawiła, że „Harry" musiał rzucić do walki wszystkie posiadane siły, nawet cywilów uzbrojonych w broń białą. Przydały się wtedy bardzo działa wymontowane z czołgów, za pomocą których zniszczono skład amunicji przeciwnika, co ostatecznie zmusiło UPA do odwrotu. Kolejny atak Ukraińcy przypuścili ostatniego dnia sierpnia, gromadząc bardzo duże siły. W sukurs obrońcom przyszedł jednak oddział AK Zygmunta Kulczyckiego „Olgierda" i sowieccy partyzanci Nikołaja Prokopiuka. Dzięki śmiałemu manewrowi okrążającemu, który wykonała grupa specjalna samoobrony z Przebraża, przechodząc przez bagna i atakując oddziały UPA od tyłu, Ukraińcy zostali pobici i ponieśli bardzo wysokie straty. Niepowodzeniem zakończył się także ich ostatni atak 15 października 1943 r. Wcześniej jednak, 2 października, kompanie Cybulskiego razem z Sowietami ponownie uderzyły na wieś Omelno, którą częściowo spalono. Przebraże przetrwało aż do wkroczenia Armii Czerwonej w lutym 1944 r.

Poza Pańską Doliną i Przebrażem ważne punkty samoobrony na Wołyniu mieściły się w Rybczy, Hucie Starej i Antonówce. Dwie pierwsze osady nigdy nie zostały zdobyte przez UPA mimo wielokrotnych szturmów, a obrońcy Antonówki co prawda musieli się w końcu wycofać, ale dzięki bohaterskiej obronie udało się uratować prawie całą ludność, która schroniła się w tej umocnionej bazie.

Historycy szacują, że na całym Wołyniu utworzono ponad sto placówek samoobrony. Większość z nich powstała za późno i była zbyt słaba, aby przetrzymać ataki ukraińskie, ale z drugiej strony wielu Polaków, którzy przeżyli wołyńską rzeź, właśnie im zawdzięcza ocalenie. Według ustaleń Władysława i Ewy Siemaszków w walkach samoobrony z UPA zginęło co najmniej 262 Polaków i przynajmniej 311 członków UPA.

Wykorzystane publikacje: Grzegorz Motyka, „Od rzezi wołyńskiej do akcji »Wisła«", Kraków 2013; Joanna Wieliczka-Szarkowa, „Wołyń we krwi", Kraków 2013; Czesław Piotrowski, „Krwawe żniwa nad Styrem, Horyniem i Słuczą", Toruń 2004

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL