Rzecz o historii

Pałkiewicz: podróż wczoraj i dzisiaj

Po Syberii podróżowało się kiedyś zaprzęgiem reniferów
Archiwum autora
40 lat temu do Ameryki Łacińskiej płynąłem frachtowcem cały miesiąc. Dzisiaj zjadam śniadanie w Warszawie, obiad w Madrycie, kolację w Buenos Aires, a spać idę w Montevideo – pisze znany podróżnik, odkrywca źródła Amazonki i członek Królewskiego Towarzystwa Geograficznego w Londynie.

Głośny film „2001: Odyseja kosmiczna" Stanleya Kubricka oprócz symbolicznej podróży w przyszłość pokazuje przesuwającą się wraz z upływem czasu granicę efektywności człowieka. Ale przede wszystkim mityczną peregrynację w dobie technologicznej czy nawet dużo dalej. Tak jak dla Ulissesa istniały niegdyś Słupy Herkulesa, tak dla człowieka jutra istnieje symbolizujący ludzką drogę, tajemniczy czarny monolit na innej planecie. Podróż zawsze była nierozłączną częścią życia ludzkiego, potrzebą poznawania i odkrywania. Człowiek był już na Księżycu, teraz przygotowuje się do lotu na Marsa. Z siedmiu miliardów ludzi żyjących na świecie statystycznie co siódmy przekracza granice państwa.

Napisał do mnie pewien student z Radomia: „Jak ja panu zazdroszczę! Pana podróżnicza kariera przypadła na dobre czasy". Jako reporter-podróżnik pół życia spędziłem w drodze. Czasami gubię się, myśląc o tym, jak drastycznie zmieniało się oblicze podróży na przestrzeni moich czasów. Czym różni się ona w porównaniu z latami 80. ubiegłego wieku? Rozbieżność jest kolosalna, a granica niezrównana. Przede wszystkim kamieniem milowym był postęp technologiczny. Komputer wstrząsnął naszym życiem, a internet dokonał nieprawdopodobnej rewolucji, pozwalając robić rzeczy, które kiedyś były absolutnie nie do pomyślenia.

Świat w zasięgu ręki

Dawny charakter wojażowania ginie na naszych oczach. Ludzkość została włączona w wielkie przemiany prowadzące do gwałtownego ujednolicenia świata, do bezlitosnej uniformizacji kulturowej i cywilizacyjnej. W nowym, kosmopolitycznym stylu życia zanikają obyczaje, rola religii i rodzima kultura. Dominują wszędobylska coca-cola i hamburgery w McDonaldzie. Na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza radykalnie zmieniły się formy komunikacji, płatności czy samego przemieszczania się po świecie. Pamiętam, że cztery dziesiątki lat temu do Ameryki Łacińskiej płynąłem frachtowcem cały miesiąc. Dzisiaj zjadam śniadanie w Warszawie, obiad w Madrycie, kolację w Buenos Aires, a spać idę w Montevideo.

Świat otworzył się na niespotykaną dotąd skalę, a przypomnijmy, że jeszcze w PRL podróż zagraniczna pozostawała w sferze marzeń Polaków. Paszporty otrzymywali tylko wybrańcy. Dziś wyjazd do innego kraju jest dostępny dla każdego. Wojażowanie jeszcze nigdy nie było tak proste i tak osiągalne. Znikają bariery wizowe, mamy dostęp do licznych środków transportu, wynajem aut stał się banalnie prosty i wcale niedrogi. Jeździmy bardziej komfortowo, dalekobieżne autobusy mają wygodne fotele, toaletę, stały dostęp do bezprzewodowego internetu i gniazdka do ładowania urządzeń. Wakacje w Grecji czy Maroku kosztują nie więcej niż wczasy w Darłowie.

Ćwierć wieku temu przygotowanie ekspedycji na Borneo zajęło mi rok, dziś wystarczyłby na to tydzień. Moja mama, wyjeżdżając na urlop do Świnoujścia, pakowała się dwa tygodnie, a córka, jadąc na narty w Alpy, poświęca na to dwa dni. Rodzinne wakacje można zaprogramować nawet w kilka godzin. Dzięki internetowi bez wychodzenia z domu można obejrzeć tysiące ofert na stronach biur podróżniczych czy porównać wszystkie dostępne połączenia, przewoźników i standardy pojazdów. Wystarczy tylko kliknąć, aby kupić online bilet na samolot. Nie musimy nawet mieć przy sobie pieniędzy, wszelkie opłaty regulujemy za pomocą kart płatniczych. Potem, korzystając z TripAdvisora z milionami bezstronnych recenzji, można w każdym miejscu na kuli ziemskiej wybrać hotel, restaurację czy atrakcje turystyczne. Trochę więcej czasu zajmie (ale to się opłaca) szperanie po blogach, sieciach społecznościowych czy forach, gdzie można skorzystać z doświadczeń niezliczonej rzeszy osób, które podsuwają pomysły na wakacje życia i dzielą się opiniami. To prawdziwa rewolucja, która pozwala na skrupulatne i sumienne rozważenie wszystkich za i przeciw. A wątpliwości jest mnóstwo: kiedy i jak dojechać, co zabrać ze sobą, jak się ubrać, gdzie nocować. Internetowa przestrzeń to istna biblia, niezastąpiona do konsultacji. Jej alians z peregrynacją stał się już nierozerwalny. Portal eDreams podaje, że trzy czwarte Europejczyków organizuje swoje wakacje poprzez sieć, a jedna trzecia w ten sposób nabywa bilety lotnicze. Coraz więcej osób decyduje się na wakacyjną destynację na podstawie jakiejś superpromocji.

Samolot dla każdego

Spójrzmy teraz na transport powietrzny i jego ewolucję. W latach 70. był to drogi i dość elitarny środek lokomocji. Nikt nie mówił jeszcze wtedy o kryzysie naftowym i towarzystwa lotnicze mogły inwestować w poziom obsługi, wygodę podróży, delikatesowe posiłki, trunki oraz pogodne i życzliwe stewardesy. Dziś oszczędności, do których zmusza bezlitosna konkurencja cenowa, sprawiają, że pasażerowie klasy ekonomicznej są ściśnięci jak sardynki w puszce. W 2017 r. linie lotnicze na świecie przewiozły 4 mld pasażerów. Tylko przez londyńskie Heathrow przewinęło się ponad 77 mln. Zrobiła się masówka, a uprzejmość personelu, pokładowy katering albo wygoda siedzeń pozostawiają wiele do życzenia. Wszelkie utracone udogodnienia rekompensuje jednak rozkwit floty przewoźników niskobudżetowych, oferujących bardzo atrakcyjne ceny i często przekierowujących przepływ nurtów turystycznych na małe lotniska w pobliżu popularnych miejsc wakacyjnych, gdzie nie docierają tradycyjne linie.

11 września 2001 r. stworzył nową geografię świata. Nie tylko wzniósł bariery między religiami i kulturami, ale także zarysował głębokie zmiany w świecie podróży. Od tej pory koszmarem stały się czasochłonne i stresujące lotniskowe kontrole bezpieczeństwa. 66 proc. respondentów ankiety wyszukiwarki lotów Skyscanner wyraża niezadowolenie z tego powodu. 41 proc. marzy o dawnej atmosferze, kiedy można było poznać kapitana w kokpicie albo gdy z obsługą kabiny witał on pasażerów wchodzących na pokład. Jego elegancki mundur i czapka z logotypem przewoźnika zapewniały mu estymę, a przyjazny głos budził zaufanie. Dziś piloci są odizolowani pancernymi drzwiami, zza których dobiega tylko sucha informacja o szczegółach lotu bądź enigmatyczna wzmianka o opóźnionym odlocie lub turbulencji. Wielu pasażerów jest też zawiedzionych brakiem rozdawanych kiedyś cukierków czy słodyczy, łagodzących nieco niepokój podczas startu. Z sondaży wynika, że co siódmy pasażer odczuwa dyskomfort z powodu zakazu palenia na pokładzie, drugie tyle ubolewa, że zabrano im niedozwolone w bagażu podręcznym alkohole i perfumy, a jeszcze inni narzekają, że nie mogą wziąć na pokład butelki ulubionego soku.

MMS-y zamiast pocztówek

Jeszcze dwie dekady lat temu kontakt z bliskimi nie należał do zbyt łatwych, bo w krajach Trzeciego Świata, chociaż nie tylko, godzinami musiałem czekać w urzędzie pocztowym na połączenie telefoniczne. Dzisiaj trudno już sobie przypomnieć istnienie ulicznych automatów na żetony. Łączność stała się dziecinnie prosta, wystarczy telefon komórkowy albo wszechobecny Skype, Twitter bądź kafejka internetowa. Wątpię, czy ktoś jeszcze wysyła widokówki z zagranicy, a przecież nie tak dawno należało to do podróżniczego rytuału. I zajmowało sporo czasu, bo w jednym miejscu sprzedawali pocztówki, w drugim znaczki, a jeszcze gdzie indziej była skrzynka pocztowa. Ale to nobilitowało, mówiło „tu byłem", „to widziałem". Teraz wszyscy korzystają z poczty elektronicznej, SMS-ów, MMS-ów czy wideorozmowy. Bez zwłoki przesyłają fotografie na Facebooka, pozwalając znajomym uczestniczyć w ich przygodzie, bo jako zakładnicy sieci nawet na wakacjach nie potrafią oderwać się od netu, maili, czatów.

Afryka była swego czasu określana mianem „grobu białego człowieka". A podręcznik medycyny tropikalnej jeszcze w 1965 r. odradzał wyjazd w gorący klimat ludziom powyżej 50. roku życia ze względu na zagrożenie dla zdrowia. Zalecano, by turyści po przyjeździe zadbali o aklimatyzację, przez pierwszy tydzień unikali zbytniego wysiłku, pamiętali o lekkostrawnej diecie i popołudniowej sjeście. Dzisiaj te rekomendacje wydają się wprost groteskowe.

Ekwipunek globtrotera

Współczesny globtroter może liczyć na liczne udogodnienia, wciąż ulepszany ekwipunek i przeróżne nowinki technologiczne. Dzisiejsze namioty rozkładają się łatwiej i szybciej, wygodne, osadzone na kółkach walizki są lżejsze i bardziej wytrzymałe. Oglądanie filmu na laptopie czy smartfonie umila długie godziny uciążliwego oczekiwania w lotniskowej strefie tranzytowej i odwraca uwagę od trudów podróży. Sprzymierzeńcem podróżnika stała się nawigacja satelitarna. Mapy, nieraz duże, rozkładane płachty, zostały zastąpione cyfrowymi, które podają lokalizację według koordynat GPS, wyliczają najszybszą lub najbardziej komfortową trasę. Kiedyś trzeba było dbać o należyte ukrycie gotówki, dzisiaj nikt nie zabiera jej ze sobą, tylko podejmuje ją w bankomatach albo płaci kartą kredytową. Zapomnieliśmy już o czekach podróżnych, szeroko stosowanych od końca XIX wieku. Dzięki uniwersalnej walucie euro nie musimy szukać punktów wymiany. Coraz rzadziej zabieramy też w drogę nie najlżejsze książkowe przewodniki, zastępując je e-bookami. Zwrot w historii fotografii przyniósł cyfrowy aparat. Pamiętam, jak wracając z daleka, niepokoiłem się o jakość zdjęć, dopóki ich nie wywołałem. Teraz taki problem nie istnieje, każde ujęcie można powtórzyć albo „poprawić" w Photoshopie. Jeszcze niedawno nosiłem na ramieniu ciężką torbę ze sprzętem fotograficznym. Dziś zabieram tylko lekki kompaktowy Fujifilm X-T1, udany aparat o wysokich standardach, przeznaczony do ciężkich zadań. Zresztą dyskretną jakość fotografii zapewniają najzwyklejsze telefony komórkowe.

Pojawiła się Europa bez granic, ale młodzi ludzie nie odczuli nadmiernego zachwytu, bo już mieli paszporty w kieszeni. Ja i moi rówieśnicy nie byliśmy tak uprzywilejowani. Ale nie rezygnowałem z prawa do wolności, zachłanność świata popchnęła mnie do nielegalnego pokonania szlabanu i drutów kolczastych żelaznej kurtyny. Dziś, jadąc przez Stary Kontynent, odczuwam pewien niedosyt, po prostu brakuje mi odrobiny napięcia i emocji towarzyszących wjazdowi do innego państwa. Ostatnio odnalazłem w domu certyfikat przelotu samolotem KLM nad biegunem północnym i cały plik zdobionych atestatów różnych towarzystw lotniczych, potwierdzających przekroczenie równika. Dzisiaj podobnego uhonorowania nikt nie praktykuje. Bo i po co, skoro loty międzykontynentalne dawno przestały być wydarzeniem.

W 1886 r. menedżer hotelu Savoy w San Remo wymyślił naklejki na walizkę, co miało być reklamą hotelu. Pomysł szybko się przyjął, a walizki oblepione naklejkami z luksusowych hoteli podnosiły status podróżującego, czyniąc go światowym bywalcem. Marząc w dzieciństwie o podróżach, wysyłałem listy do hoteli na całym świecie, prosząc o kolorowe nalepki, które stały się dla mnie oknem na świat. Moda utrzymała się przez równe sto lat i dzisiaj nikt już o niej nie pamięta.

Na wyprawach po bezdrożach i bez drogowskazów zawsze poruszałem się lokalnymi środkami lokomocji. Na pustyni zawsze na wielbłądach, które zostały wyparte przez niszczące to środowisko auta. Na rzece Jangcy żeglowałem niegdyś ostatnim sampanem, dziś można tam płynąć tylko statkiem wycieczkowym. Poprzednie pokolenie Indian dorzecza Amazonki poruszało się wiosłową pirogą, obecne tylko łodzią motorową. Na biegun zimna na Syberii jechałem zaprzęgiem reniferów, a teraz poruszają się tam pojazdami mechanicznymi.

Kiedyś w szkołach wybierało się jeden z języków obcych. Dziś liczy się tylko ponadnarodowy angielski, dzięki któremu można komunikować się prawie wszędzie. Chyba że jest się w Chinach. Ale tam pomaga mi automatyczny tłumacz w telefonie. Technologia jest moim sprzymierzeńcem i na peryferiach świata korzystam z jej dobrodziejstw, np. z ratowniczego radionamiernika EPIRB czy satelitarnego lokalizatora Spot Tracker, które w razie utraty orientacji ułatwią odnalezienie mnie na pustyni.

Pojawiło się jednak nowe zagrożenie, które może nas dotknąć w najmniej oczekiwanej chwili. Weszliśmy w wyjątkowo niespokojne czasy, epokę zamachów terrorystycznych w portach lotniczych, na dworcach kolejowych, w muzeach, na plażach, co może napawać uzasadnionym niepokojem. Jak jednak informuje Światowa Organizacja Turystyki Narodów Zjednoczonych, mimo międzynarodowych konfliktów i zagrożeń atakami bombowymi liczba urlopowiczów na całym świecie wzrasta każdego roku o kilka procent.

Globalny kurort

Świat w czasach szalonego przyspieszenia zmienia się i kurczy. Brytyjski pisarz Lawrence Osborne, który zjechał pół globu, w „The Naked Tourist" odnotowuje, że problem współczesnego globtrotera polega na tym, że nie wie, gdzie jechać. Wszystko wygląda tak samo, cała planeta stała się już jednym gigantycznym resortem i gdziekolwiek się ruszy, w gardle pozostaje gorycz. Globalizacja znosi granice i prowadzi do planetarnej ekspansji rynku. Aż trudno sobie wyobrazić, jak wiele rzeczy zmieniło się tylko w ciągu pół wieku. Ten ogromny postęp doskonale widać na przykładzie niektórych miast. Spójrzmy na Dubaj. Coś, co niedawno było niewielką osadą pośród morza piasków, dziś jest rozbudzającym wyobraźnię i pragnienia miastem, ekscytującą świątynią luksusu i stężonym koncentratem architektury XXI wieku. W tym ostentacyjnym przepychu brakuje jednak czegoś, co w starej Europie jest być może mało przejrzyste, ale istotne dla jakości życia. We Wrocławiu, Berlinie czy Madrycie każdy czuje się jak w domu. A tutaj na pewno nie.

Pod wpływem unifikacji wzorów konsumpcyjnych i komercjalizacji życia znika gościnność i wiele innych wartości oraz ideałów, co może prowadzić do boleści duszy. Nostalgia trawiła też Claude'a Levi-Straussa, który w filozoficznym traktacie „Smutek tropików" pisał o złudzeniach, przemijaniu, wreszcie o bezskutecznym poszukiwaniu śladów utraconej rzeczywistości.

Kiedy na początku lat 80. odwiedziłem Lhasę, widziałem tam nielicznych przybyszy. Potala, majestatyczny pałac-forteca, wyrastający o świcie pośród mgieł, oraz okoliczne namioty koczowników żyły średniowieczną atmosferą, a buddyjscy pielgrzymi przybywali, aby oddać cześć Dalajlamie. Dzisiaj funkcjonują tam centra handlowe, dyskoteki, salony masażu (czyli burdele), które piorunem sprowadzają na ziemię wyobrażenia, z jakimi przyjeżdża się tutaj po lekturze książek sprzed ćwierć wieku. Po przywódcy Tybetańczyków nie ma tu śladu, władze chińskie zamieniły centrum duchowe w muzeum dla ekskursjonistów. Nic dziwnego, że nowe nazwy geograficzne nigdy nie będą miały dla mnie takiego uroku jak te, do których się niegdyś przyzwyczaiłem. W pamięci na zawsze pozostanie ożywiający wyobraźnię Sajgon, chociaż dzisiaj nazywają go Ho Chi Minh, podobnie jak Cejlon Sri Lanką, Syjam Tajlandią albo Birmę Myanmarem.

Ze względu na limitowany czas wojażujemy za szybko, nie istnieje już trasa, liczy się tylko cel. Dotarcie w ekspresowym czasie na drugi kraniec świata to nie podróż, a po prostu przemieszczanie się z jednego miejsca w drugie, marginalizujące istotne wartości po drodze. Tony i Maureen Wheelerowie, twórcy wydawnictwa Lonely Planet, tak pisali o swojej azjatyckiej przygodzie w 1972 r.: „Na krańcu drogi skręciliśmy w prawo, kierując się w stronę Indii. W każdym razie gdzieś w tamtą stronę". Dzisiaj, w dobie wyścigu z czasem, nieustanny pośpiech oraz zmiany na rzecz użyteczności i wygody spłaszczają rzeczywistość, zawężają gamę przeżyć. I pomyśleć, że zupełnie niedawno samo przygotowanie się do wyjazdu było wydarzeniem. Po powrocie jeszcze długo żyło się wakacjami, bo trzeba było zaspokoić ciekawość rodziny i przyjaciół, pokazać slajdy. Teraz za sprawą smartfonów i Facebooka, pozwalających komunikować się w czasie rzeczywistym, dominuje tendencja do spędzania wakacji i opowiadania o nich „tu i teraz". W konfrontacji dwóch epok rozdzielonych zaledwie jednym pokoleniem ścierają się i mieszają dobre i złe strony, gdzie jedna coś traci, a druga zyskuje.

Przyszłość turystyki

Mówi się, że w nowych realiach peregrynacja utraciła blask. Magia egzotyki, atmosfera dawnych romantycznych eskapad odchodzi w zapomnienie. Globalizacja odciska swoje piętno na świecie podróży. Sprawia, że powszechny przemysł turystyczny przekształca egzotyczne tradycje w komercyjny folklor, nie pozostawiając na naszej planecie miejsc nieskażonych. W epoce masowych wyjazdów korzystamy z gotowych recept, zadowalając się folklorystycznym skansenem. Miliony „pakietowych" wczasowiczów skazanych jest na zamknięcie w odseparowanym od lokalnej społeczności, sterylnym kokonie, enklawie eleganckich resortów, usług turystycznych, spektakli, rajskich plaż i kuchni dostosowanej do zachodnich gustów.

Dzisiejsze trendy niewiele mają wspólnego z wczorajszymi, ale i te, które nadejdą jutro, będą zupełnie inne niż obecne. Osobiście uważam, że mimo globalizacji, kryzysu kultury czy pluralizmu wartości peregrynacja całkowicie nie zbladła. Kres autentycznej wędrówki dotyczy raczej jej wierzchniej części, a nie duszy człowieka. Duszy, w której wciąż tkwi nienasycona ciekawość świata. Magia nieznanych krain wciąż pobudza naszą wyobraźnię i kusi tajemniczością. Zatem prawdziwy podróżnik, nie bacząc na niepewność i mordęgę, zawsze będzie szukać konfrontacji z inną rzeczywistością i zanurzonego w czasie przeszłym autentyku. Henry Miller, autor książki „Zwrotnik Raka", twierdził, że większy sens ma odkrycie jakiejś świątyni, o której nikt nie słyszał, niż zwiedzanie kaplicy Sykstyńskiej wśród kłębiących się tłumów.

Takie porównania i refleksje o tym, czego już nie ma, są nieuchronne nawet dla kogoś, kto zwykle nie bawi się w sentymenty. Ze zdumiewającą ostrością przypominam sobie, że powracając kiedyś w tę samą okolicę, odnajdowałem znajome obrazy. Dziś jest to nie do pomyślenia, dlatego tak chętnie wspominam obrosłe mitami miejsca. Bo intrygują i wywołują wzruszenie. Chcemy czy nie, niektóre fakty będą powracać z natrętną intensywnością, bo nie sposób odciąć się od zadumy nad utraconymi wizerunkami i ulotnymi doznaniami. Ta nostalgia to po prostu nasz mechanizm obronny przeciwko przyspieszonemu rytmowi życia. W filmie „Nakarmić kruki" Carlosa Saury oglądająca się wstecz starsza kobieta mogła cieszyć się życiem właśnie dzięki nostalgicznej wędrówce w przeszłość.

Branża turystyczna stoi w przededniu wielkich zmian. Według raportu Skyscannera „Przyszłość podróży" nowa generacja narzędzi wykorzystujących rzeczywistość wirtualną jeszcze bardziej ułatwi podróżowanie. Specjaliści od trendów technologicznych prognozują, że w 2025 r. będzie można zaplanować i zarezerwować spersonalizowane wakacje za pomocą sterowanego głosem mikroczipu umieszczonego w naszym ciele. Ta cyberprzestrzeń to już tylko kilka kroków od kina science fiction Kubricka, z jego sztuczną inteligencją i peregrynacją przez historię ludzkości.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL