Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Rzecz o historii

Zamordować władcę: Karnawał zabójców

„I ty, Brutusie, przeciwko mnie?” – scena zabójstwa Cezara w filmie „Juliusz Cezar” (1953 r.) w reżyserii Josepha L. Mankiewicza
afp
Od wieków krwawe obalenie panujšcego, choć uznawane za odrażajšcš zbrodnię, praktykowane jest z zadziwiajšcš regularnoœciš.

Poczštków nowoczesnoœci należy szukać w czasach, gdy historia staje się własnoœciš zwykłych ludzi. Kiedy to właœnie oni pojawiajš się na œwiatowej scenie zarówno w roli pełnoprawnych uczestników, jak i kreatorów dziejowego widowiska. Niewiele wiadomo o Pawle i Marii Czołgoszach. Nie jest nawet pewne, czy tak brzmiało ich prawdziwe nazwisko. Autorzy popularyzujšcy wiedzę historycznš przedstawiajš ich jako polskich emigrantów, którzy opuœcili stary kraj w pierwszych latach po upadku powstania styczniowego, ale jeœli przypomnimy, że wyruszali na swojš transoceanicznš wyprawę gdzieœ spod Grodna, a może spod Wilna, równie dobrze mogliby być dzisiaj nazywani Białorusinami lub nawet Litwinami (niewykluczone, że pierwotnie ich nazwisko brzmiało: Żołgys) – w II połowie XIX stulecia na ziemiach byłego Wielkiego Księstwa, leżšcych w granicach zaboru rosyjskiego, kwestie tożsamoœci etnicznej były wcišż bardzo płynne. Wiemy natomiast, że gdy osiedli już na dobre w stanie Michigan, urodził im się syn, Leon Franciszek, jedno z dzieci z doœć licznego potomstwa. Leon był niewysoki, raczej wštłej budowy, nie odznaczał się też nadzwyczajnymi przymiotami intelektualnymi. Prawdę mówišc, w ogóle nie wyróżniał się niczym szczególnym. Ale lubił czytać. I był podatny na idee.

Pod koniec swojego krótkiego życia zainteresowały go zwłaszcza koncepcje anarchistów. Uczęszczał na prelekcje Emmy Goldman, czytał œrodowiskowe pisma, imponował mu Gaetano Bresci, który w 1900 r. pozbawił życia króla Włoch. Nie sposób ustalić, jak zinterpretował teorie kontestatorów władzy – pozostały tylko skrawki korespondencji i przypisywane mu słowa. Znane sš czyny zainspirowane tymi teoriami. 6 wrzeœnia 1901 r. na terenie wystawy panamerykańskiej w Buffalo niespełna 30-letni były pracownik huty Leon Czołgosz ranił, jak się potem okazało – œmiertelnie, prezydenta Stanów Zjednoczonych Williama McKinleya. Prezydent był powszechnie lubiany i szanowany, zamach wywołał więc ogromne oburzenie i potępienie wobec wszelkich radykalnych ruchów politycznych. Rzecz w tym, że Czołgosz żadnego takiego ruchu nie reprezentował. Jeœli okreœlenie „absurdalny” w ogóle można odnieœć do zbrodni, ta niewštpliwie była absurdalna. Była też jednak zwiastunem epoki zwykłych ludzi, którzy tworzš historię. Niestety, również historię zabójstw politycznych.

Idy sprawiedliwych

Przednowoczesne dzieje zbrodni nie obfitowały w tak „demokratyczne” przykłady albo, mówišc precyzyjniej, takie nie zostały utrwalone przez kronikarzy. I w okresie biblijnym, i w starożytnoœci, i we wczesnych okresach nowożytnej Europy ujawnić można interesujšcy paradoks: krwawe obalenie panujšcego, choć uznawane za odrażajšce, praktykowane jednak z regularnoœciš i entuzjazmem wskazujšcym na co najmniej tolerowanš konwencję, zarezerwowane było dla jednostek wyjštkowych i œwiadomych ciężaru swoich czynów. Zamachy były dobrze umotywowane, w każdym razie z perspektywy samych zamachowców i ich stronników.

Marek Juniusz Brutus, z którego imieniem nierozerwalnie łšczš się idy marcowe, wyznaczajšce œwięto ku czci boga wojny i œrodek miesišca w kalendarzu rzymskim, a także, według legendy, ostatnie słowa Julisza Cezara: „Et tu, Brute?” (które nie znajdujš potwierdzenia w pracach rzymskich historyków, znalazły natomiast wieczny pomnik w tragedii Szekspira), należał do jednego z najlepszych rodów patrycjatu i był bliskim przyjacielem władcy imperium. Wzišł udział w haniebnym morderstwie w idy marcowe 44 r. p.n.e. nie z powodów osobistych, nie miał przecież nic do zyskania (poza władzš nad Rzymem – dodaliby złoœliwi), ale ze szlachetnych pobudek. Uwielbianym przez lud mężem opatrznoœciowym cesarstwa zawładnęła bowiem nieposkromiona ambicja każšca mu z pogardš podeptać największe ideały republiki i sięgnšć po władzę niemal absolutnš. Brutus skierował ostrze sztyletu nie przeciw przyjacielowi i mentorowi (a jak chcš niektórzy z dziejopisarzy – nawet własnemu ojcu), lecz przeciw przyszłemu tyranowi, którego pycha mogła doprowadzić Rzym do zguby. Obaj byli ofiarami, Cezar – swych żšdz, Brutus – obywatelskiego obowišzku. I nie ma tu znaczenia fakt, że żadne dowody nie potwierdzajš popularnej i wędrujšcej przez stulecia wersji, jakoby to cios Brutusa okazał się rozstrzygajšcy, nie sposób nawet ustalić bez wštpliwoœci, czy Brutus w ogóle zadał jakiœ cios – spiskowcy uderzyli wszak w dużej grupie. Ważne jest natomiast, że imię Brutusa nie stało się jednoznacznym synonimem zdrady i występku, jak to miało miejsce w przypadku wielu póŸniejszych królobójców, a lektura wielkiego dzieła Szekspira zmusza do zastanowienia, po czyjej właœciwie stronie leży sympatia autora.

Skoro już mowa o bohaterach szekspirowskich, zbliżone do losów Brutusa sš dramatyczne perypetie Makbeta. Jak Brutus pozbawił życia Cezara, tak Makbet, a właœciwie Mac Bethad mac Findlaích, król Szkocji, zabił swego poprzednika na tronie, Duncana, by przynieœć ulgę poddanym. Owszem, był pretendentem, a zabójstwo (lub rycerski pojedynek podczas regularnej potyczki w innych odsłonach tej opowieœci) dawało zwycięzcy bardzo wymierne korzyœci, bo usuwało ostatniš przeszkodę na drodze do tytułu królewskiego. Z historycznego punktu widzenia był to jedynie kolejny etap zawikłanej dynastycznej rozgrywki, akt krwawego przejęcia władzy przez jednš z zainteresowanych i uprawnionych stron. Lecz choć tym razem angielski dramaturg potraktował swego bohatera bezlitoœnie, w pamięci potomnych zabity pozostał władcš nieudolnym i aroganckim, jego zabójca zaœ zapisał się jako ten, który przywrócił porzšdek.

Nawet jeœli ofiarš padał nie tyle władca charyzmatyczny, ile człowiek symbol, zabójca był narzędziem ponadludzkiej sprawiedliwoœci. Spójrzmy na czasy religijnego zamętu w pięknej, ale zbrukanej bratobójczš walkš Francji. Niebezpieczne to były czasy dla rzšdzšcych. W lutym 1563 r. młodzieniec z szacownego rodu, a do tego fanatyczny protestant, Jean Poltrot de Méré, zabija Franciszka Gwizjusza, niekwestionowanego lidera frakcji katolickiej. Jakby mało było potem krwi przelanej w Noc Œwiętego Bartłomieja, Gwizjusze nie poprzestajš na tym akcie zbiorowej zemsty. Znajdujš narzędzie. Jacques Clément to dziecko swojej epoki. Młody, niewinny, nieskażony poczštkowo trywialnymi słabostkami doczesnoœci dominikanin pewien jest, prócz głębi swej wiary, jednego: zło tego œwiata rodzi się w sercach i umysłach hugenotów, a sprzyjajšcy im król Henryk III Walezy (tak, ten sam groteskowy monarcha, któremu przytrafiło się chwilę wczeœniej zasiadać na polskim tronie i który z przedziwnej krainy „wschodnich barbarzyńców” po prostu uciekł), mimo że katolik, jest winny bardziej nawet niż pogršżeni w grzechu heretycy. Kiedy zatem katolicki król Henryk III po tajemniczej œmierci swego oficjalnego stronnika, a w rzeczywistoœci zaprzysięgłego wroga, ultrakatolika Henryka de Guise (kolejny Gwizjusz) oblega równie ultrakatolicki Paryż w porozumieniu z wrażym wodzem protestantów Henrykiem Nawarskim, dominikański miecz Boży – Clément – jest całkowicie przekonany, że wypełnia œwiętš misję: zostaje ukradkiem wpuszczony do obozu panujšcego i przebija króla nożem. W tym punkcie misja kończy się powodzeniem, ale konsekwencje długofalowe sš odwrotne do przewidzianych przez inspiratorów morderstwa. Koronę otrzymuje Nawarczyk, znany potem jako Henryk IV Burbon. Tuż po objęciu władzy sprzeciwia się wyrażonej niegdyœ woli tragicznie zmarłego poprzednika i nie umieszcza jego zwłok w bazylice w Saint-Denis, monumentalnej nekropolii władców Francji, ponieważ obawia się proroctwa. A proroctwo, którego pochodzenie niknie w mrokach czasów, głosiło, że on sam spocznie tam wkrótce po Walezjuszu. Ciało zabitego króla znajduje spokój w tym przeznaczonym mu miejscu nieco póŸniej, w 1610 r.

François Ravaillac jest już wtedy dojrzałym mężczyznš. Pochodzi z ubogiej rodziny chłopskiej i być może dlatego upragniona kariera duchownego okazała się dla niego nieosišgalnym wyzwaniem. Stara się o miejsce w zakonie jezuitów, ale i tego mu odmówiono. Zostaje więc prostym guwernerem, służšcym i nauczycielem w jednej osobie. Ale nie jest zwyczajnym człowiekiem. Do dziœ uchodzi za mistyka, który doœwiadczał zesłanych prosto z niebios wizji. Być może to właœnie wizje zmusiły go do działania. W maju 1610 r. na jednej z paryskich ulic Ravaillac wskakuje na stopień karety królewskiej i wielokrotnie uderza Henryka IV nożem. Król ginie na miejscu, zamachowcowi nie było dane tak proste i szybkie rozwišzanie. Po dwóch tygodniach wymyœlnych tortur nie przyznał się do udziału w jakimkolwiek spisku, zapewne dlatego, że spisku nie było. Po półgodzinnej kaŸni konie rozerwały go na strzępy. A Henryk IV zajmuje miejsce obok Walezjusza. Zgodnie z przepowiedniš. Podobnš do tej, która była ostrzeżeniem dla Cezara, podobnš do majaczeń czarownic, które przeraziły Makbeta. Historia nie zawsze jest racjonalna.

Mimo że wszyscy wymienieni skrytobójcy zostali zgodnie potępieni i ukarani, każdy doczekał się też co najmniej cichego uznania. W końcu nie zabijali dla profitów ani nawet we własnym imieniu. Byli jedynie realizatorami boskich nakazów. Obalali tyranów lub wrogie symbole. Symbole, które zmieniały się wraz ze zmianš oœrodków władzy. Usuwaniem królów u schyłku okresu „zabójców – mœcicieli ludu” zajšł się sam lud, rozgrzany płomieniem rewolucji. Skrytobójcy zaœ odkryli inny rodzaj władzy, niebezpieczniejszy nawet niż absolutni monarchowie.

Charlotte Corday pochodziła z niezbyt majętnego, ale herbowego rodu z Normandii. Przyszło jej żyć w czasach rewolucji francuskiej. Wtedy każdy miał już jakieœ poglšdy polityczne. Młoda Charlotte, mimo że wychowana z dala od paryskiego zgiełku, również je miała – popierała umiarkowanych żyrondystów. Po brutalnym wyeliminowaniu tej frakcji ze sceny politycznej postanowiła ukarać sprawców. Wytypowała najważniejszego w jej mniemaniu: Jeana-Paula Marata, polityka, ale przede wszystkim dziennikarza. Zasztyletowała go w jego własnej wannie. Poczštkowo Francuzi otoczyli ofiarę kultem, a morderczyni stała się bohaterkš czarnej legendy. Potem role się odwróciły: wszak to Marat, demagog i propagandzista, miał na sumieniu niezliczonš liczbę skazanych, dziewczyna z Normandii zaœ tylko życie potwora. Co więcej, zapisała się w annałach nie tylko w leksykonach zamachowców, ale wœród tych, którzy uœwiadomili œwiatu destrukcyjnš potęgę mediów masowych.

I jeszcze jedno przy okazji trzeba dodać: Corday jako zabójczyni nie jest, bynajmniej, wyjštkiem potwierdzajšcym regułę o generalnie męskim charakterze takich działań. Wiele pań jš poprzedzało, jeszcze więcej miało nadejœć po niej, u zarania wielkiej emancypacji. I jej nie tak wcale dalekiej krewnej – anarchii.

Bal u anarchistów

Już udział w spektakularnym zamachu wystarcza na ogół, by znaleŸć się na kartach rzetelnej encyklopedii. Jakš pozycję należy więc przyznać postaci, której czyn wyznacza nieostre krawędzie dwóch epok? Okres przebudzenia narodów i warstw wczeœniej pokrzywdzonych, czas rewolucji i powstań przyniósł zmierzch makabrycznych gestów samozwańczych egzekutorów sprawiedliwoœci. Zastšpili ich ideowcy delegowani przez tajne organizacje, uœmiercajšcy konkretne osoby, by zasiać strach i chaos w reprezentowanych przez te osoby instytucjach sprawujšcych władzę. Tych bojowników nazwano anarchistami (niekiedy niezupełnie sensownie, zresztš zakres tego pojęcia zmieniał się w zależnoœci od regionu i sytuacji politycznej) i oni właœnie zdominowali profesję zabójców politycznych w ostatnich dekadach XIX i na poczštku XX stulecia. Przejœcie od opisanego wczeœniej modelu do nowego było oczywiœcie płynne i długotrwałe, a kryteria przypisania do jednego z nich mogš mieć tylko wartoœć porzšdkujšcš, a tym samym sš z koniecznoœci uproszczone. Dlatego tak trudno sklasyfikować tych, którzy znaleŸli się na pograniczu.

W którym katalogu powinien znaleŸć się sprawca jednej z najgłoœniejszych zbrodni politycznych tamtych czasów, John Wilkes Booth? Ceniony aktor szekspirowski, który zabił prezydenta Lincolna, pasował do niesławnej konfraterni samotnych mœcicieli. Jego ojciec był dumny ze swego drugiego imienia: Brutus, a on sam nosił imię na czeœć znanego angielskiego radykała, rolę Brutusa natomiast zaliczał do swych ulubionych kreacji scenicznych (choć, prawdę mówišc, w tragedii Szekspira częœciej grywał Marka Antoniusza). Tuż po oddaniu strzałów do wielkiego przywódcy triumfujšcej Północy zdšżył też wykrzyknšć „Sic semper tyrannis”, mieszajšc w iœcie romantycznym stylu rzeczywistoœć z literaturš. Podobnie czynił to w patetycznych wersach listów, napisanych jeszcze przed zamachem i pozostawionych u członków rodziny.

W poczynaniach gwiazdy teatru wiele było szczerego gniewu, ale niewiele spontanicznoœci. Z pewnoœciš zamach był zaplanowany i Booth nie zaplanował go sam: o tym œledczy wiedzieli niemal od razu po zatrzymaniu i przesłuchaniu ludzi, którzy, jak się okazało, należeli do spisku. Przez cały wiek XX powstawały kolejne teorie doszukujšce się spisku znacznie poważniejszego, z udziałem czołowych postaci ówczesnej amerykańskiej sceny politycznej włšcznie. Cokolwiek jeszcze odsłoni na ten temat przyszłoœć, można już teraz stwierdzić, że zamach, który wstrzšsnšł całym œwiatem zachodnim, cechowała zarówno nieco przerysowana dramaturgia rodem z wczeœniejszych epok „heroicznych”, jak i rozmach organizacyjny właœciwy nowoczesnym, sformalizowanym ruchom wywrotowym, prekursorom międzynarodowego terroryzmu.

Ale prawdziwš ojczyznš anarchistów była Europa. W Hiszpanii, we Włoszech i Francji najwyżsi rangš urzędnicy państwowi po serii zamachów w Barcelonie i œmierci prezydenta Francji Sadiego Carnota w Lyonie w 1894 r. zaczęli obawiać się wizyt w miejscach publicznych. Za to żurnaliœci masowo zjeżdżali na wystawy œwiatowe – ulice w każdej chwili mogły spłynšć krwiš, znowu temat na pierwszš stronę! Nie było jasne, kogo należy się obawiać, bo zabójca anarchista nie należał do kręgów bliskich rzšdzšcym, wywodził się raczej z drobnego mieszczaństwa lub ze wsi, był anonimowy w tłumie gapiów. Nie wyróżniał się niczym szczególnym poza rozpierajšcš go potrzebš zmieniania œwiata na lepsze i skłonnoœciš do niewłaœciwych lektur. Nawet opętani namiętnoœciš młodzi kochankowie w chwilach błogiego odprężenia po miłosnych uniesieniach na sianie sięgali po „Kapitał”. Miguel Angiolillo, Gaetano Bresci, Luigi Lucheni, Paulino Pallas – te nazwiska pobudzały wyobraŸnię młodzieńców na prowincji, a każdy z nich już niedługo mógł być tym, który rzuci bombę. Oczywiœcie, ci zapaleńcy ginęli: na miejscu zbrodni, gdzie dosięgały ich kule gwardii przybocznej lub policji, w egzekucjach, samobójczo, podczas przesłuchań. Nikogo to już nie odstraszało.

Osobny i niezwykle obszerny rozdział tej straszliwej księgi zapisany został w krajobrazach znacznie nam bliższych, w Rosji oraz Polsce pod rosyjskim zaborem. Tutaj idee anarchistyczne miały inne oblicze, ewoluowały w ruchy rewolucyjne i narodowowyzwoleńcze. Lista zabójców i pretendentów jest tak imponujšca, że trudno wskazać na niej persony szczególnego znaczenia. Posłużmy się więc jednym przykładem, niepowtarzalnym w wymiarze ludzkim, typowym w wymiarze zdarzeń i charakteru epoki. Ignacy Hryniewiecki do dziœ sprawia problemy zachodnim badaczom przedmiotu. Kim on bowiem właœciwie był i czemu zrobił to, co zrobił? Syn szlachecki, urodzony w majštku pod Bobrujskiem, wybrał karierę praktycznš, inżynieryjnš, rozpoczšł więc studia matematyczne w Petersburgu. Szybko jednak ważniejsze niż nauka stały się przekonania polityczne. Hryniewiecki zwišzał się z rosyjskim ugrupowaniem Narodnaja Wola, które dzisiaj z pewnoœciš media nazwałyby terrorystycznym. Dlaczego wybrał bojówkę rosyjskš? Może dlatego, że umiemy umierać za Polskę pod każdym sztandarem. Organizacja wyznaczyła miejsce, termin i cel. Prospekt Newski w Petersburgu, 13 marca 1881 r., i najważniejsze, cel: car Aleksander II, w opiniach historyków ostatni z wielkich Romanowów. Grupa zebrała się na miejscu akcji. Piękna współtowarzyszka dała znak we właœciwej chwili, ale dwóch rosyjskich kolegów zgubiły nerwy. Obie bomby chybiły celu. Dopiero Hryniewiecki spokojnie podszedł do powozu cara i zwieńczył dzieło. WyobraŸnia rosyjskiego dziennikarza zrodzi potem taki obraz: polski szlachcic i car Matki Rosji ostatni raz spoglšdajš na siebie. A jeszcze póŸniej Stanisław Brzozowski opisze Hryniewieckiego jako Michała Kaniowskiego w „Płomieniach”. Ładunek był silny. Wybuchu nie przeżył ani car, ani szlachcic. Na domiar złego, jak powiedział niegdyœ Charles-Maurice de Talleyrand, to było gorsze niż zbrodnia, to był błšd. Bo Aleksander II pragnšł reform, poważnych reform społecznych i zaczšł realizować ten program. Jego syn i następca, nauczony doœwiadczeniem ojca, natychmiast powrócił do polityki despotyzmu.

Należy jednak przypomnieć, że nie wszystkim bojownikom pisana była natychmiastowa œmierć, a dla niektórych te krwawe epizody były dopiero poczštkiem wielkiej biografii. Dzieje polskiego PPS to również dzieje jego Organizacji Bojowej i Frakcji Rewolucyjnej, a przecież z tych kręgów wywodził się sam Józef Piłsudski oraz wielu póŸniejszych luminarzy życia politycznego II RP. A zresztš, cóż to w Polsce za nowoœć, że droga do sejmowego fotela zaczyna się na barykadach...

Epokę anarchistów i rewolucjonistów zamknšł, przynajmniej symbolicznie, niepozorny student. Ten serbski chłopak, nazwiskiem Gavrilo Princip, nie spodziewał się zapewne, jak strasznym zadaniem obcišżył go los. Zafascynowany hasłami nacjonalizmu i zarazem radykalnymi metodami walki w interesie społecznym i narodowym zwišzał się z nielegalnymi organizacjami i wkrótce potem został włšczony do grupy majšcej wykonać wyrok œmierci na arcyksięciu austriackim Franciszku Ferdynandzie. Princip, chcšc się zapewne wykazać gorliwoœciš po kilku wczeœniejszych niepowodzeniach w organizacji, gdzie odmawiano mu udziału w akcjach bojowych ze względu na młody wiek, a przede wszystkim wštłe zdrowie i brak odpowiednich walorów fizycznych (wyglšdał raczej na poetę w zaawansowanym stadium gruŸlicy), wywišzał się z poleceń doskonale. Następca austriackiego tronu zginšł z jego ręki w Sarajewie 28 czerwca 1914 r. Ale echo tych strzałów przerosło oczekiwania spiskowców. Kilka tygodni póŸniej wybuchła I wojna œwiatowa, czas morderstw usankcjonowanych o skali przekraczajšcej wszelkie europejskie doœwiadczenia.

Parada szaleńców

Obie XX-wieczne wojny globalne zrodziły zabójców zupełnie nowego typu: przywódców totalitarnych potęg gospodarczo-militarnych owładniętych ideš zbawienia ludzkoœci za pomocš jedynego słusznego ustroju politycznego i równoczeœnie najdoskonalszej wizji człowieka, gotowych zbawiać ludzkoœć za wszelkš cenę i niezależnie od woli samych zbawianych. Z traumy po tych makrospołecznych eksperymentach œwiat nie wyleczył się do dzisiaj, a pojęcie zbrodni wobec rezultatów zinstytucjonalizowanego obłędu Hitlera, Stalina i ich naœladowców jakby utraciło swš złowrogš jednoznacznoœć.

Ale zabójstwo polityczne jako jednostkowy akt przemocy nie rozpłynęło się w mrokach niepamięci historycznej. Powróciło w innej postaci: jako dzieło szaleńców, zainspirowanych co prawda jakimœ przekazem politycznym, ale działajšcych w pojedynkę, nieuwikłanych w sieć organizacji, kierowanych przez patologicznš wyobraŸnię i niezrozumiałe dla nikogo motywy.

I jeszcze raz niech listę otworzy nasz rodak. Eligiusz Niewiadomski nie był postaciš anonimowš. Ceniony jako uzdolniony malarz, cieszył się popularnoœciš w œrodowiskach artystycznych, po odzyskaniu niepodległoœci przez Polskę w 1918 r. pracował jako wykładowca historii sztuki, portrecista, a nawet wysokiej rangi urzędnik ministerialny. Przed wojnš był zaangażowany w działalnoœć niepodległoœciowš, nigdy nie skrywał swoich sympatii dla idei nacjonalistycznych. Dawał im wyraz w publikacjach na łamach prasy prawicowej.

14 grudnia 1922 r., już po zaprzysiężeniu, Gabriel Narutowicz przejšł obowišzki od naczelnika państwa, Józefa Piłsudskiego, i rozpoczšł oficjalnie urzędowanie jako pierwszy prezydent Rzeczypospolitej Polskiej. Wywodzšcy się z niezbyt zamożnej rodziny szlacheckiej zamieszkałej na Żmudzi, syn powstańca styczniowego i wybitny inżynier hydroenergetyk (wiele zawdzięczały jego nowatorskim koncepcjom i wysiłkom m.in. Szwajcaria i Niemcy) nie spodziewał się takiego obrotu rzeczy. Nominację prezydenckš przyjšł z wahaniem, podobnie jak fakt, że jego kandydaturę wysunęła partia lewicowa i chłopska, PSL „Wyzwolenie”, do której nie należał i z której programem się nie utożsamiał. Wiedział też, że ma przeciwko sobie niemal całe skrzydło prawicowe. 16 grudnia prezydent przybył na otwarcie dorocznego salonu sztuki w warszawskiej Zachęcie. Tam czekał już na niego Niewiadomski. Oddał do Narutowicza trzy strzały. Pierwszy prezydent II RP zginšł na miejscu. Wczeœniej tego dnia podpisał ułaskawienie pewnego więŸnia. Była to jego jedyna decyzja na stanowisku głowy państwa polskiego.

Niewiadomskiego okrzyknięto szaleńcem. Jako pierwsze uczyniły to gazety prawicowe, zaprzeczajšc jakimkolwiek politycznym inspiracjom zabójstwa, mimo że przez długi okres poprzedzajšcy to wydarzenie Narutowicz był obiektem bardzo ostrego ataku z ich strony. Podkreœlano niestabilnoœć emocjonalnš malarza, mnożyły się przykłady jego „dziwnych” zachowań, niektóre z opiniotwórczych œrodowisk w ogóle dyplomatycznie milczały. Został w regulaminowym trybie osšdzony, skazany i stracony. Szaleniec Niewiadomski. Taka interpretacja utrwaliła się w pamięci społecznej...

Polskie zabójstwo prezydenta, mimo pewnego oddŸwięku za granicš, miało jednak charakter lokalny. Szaleńca znanego całemu œwiatu raz jeszcze szukać trzeba za oceanem, i to wiele lat póŸniej. W 1963 r. napięcie między USA a Zwišzkiem Radzieckim nie zmalało, œwiat wcišż spoglšdał z obawš na poczynania przywódców obu mocarstw, a do tego Stany Zjednoczone musiały stawić czoła bardzo poważnym problemom wewnętrznym, jak pogarszajšca się sytuacja finansowa państwa oraz konflikty na tle rasowym. Jeden z najpopularniejszych prezydentów w dotychczasowej historii Ameryki zmagał się z coraz trudniejszymi kwestiami, choć tylko wtajemniczeni zdawali sobie sprawę z tego, że pozornie doskonale zgrana administracja lokatora Białego Domu jest podzielona na frakcje reprezentujšce sprzeczne interesy różnych lobby przemysłowych, z militarnym na czele. Amerykańska ulica kochała JFK, ale w zaciszu gabinetów potentatów amerykańskiej gospodarki i polityki Kennedy nie cieszył się już takim szacunkiem i oddaniem. Wprost przeciwnie. Wielu ucieszyłaby wtedy wiadomoœć o jego œmierci. I stało się.

Przeciętny z pozoru obywatel o biografii przejrzystej jak fabuła powieœci pisanej pod wpływem substancji psychoaktywnych, młody biały mężczyzna rodem z Nowego Orleanu zastrzelił prezydenta Kennedy’ego podczas jego wizyty w Dallas 22 listopada 1963 r. Tzw. czynniki oficjalne rychło uznały, że Oswald działał sam i cierpiał na poważne zaburzenia, które kumulowały się przez wiele lat. Krótko mówišc, w wersji przyjętej przez instytucje rzšdowe Oswald był samotnym szaleńcem. Jednym z wielu, którzy postanowili uwiecznić swoje nazwiska w XX-wiecznym leksykonie zabójców politycznych. Oswald nie zdołał potwierdzić bšdŸ zaprzeczyć tym teoriom, bo został zgładzony przez innego rozwœcieczonego obywatela zaledwie dwa dni po zamachu, przed kamerami telewizji, właœciwie na oczach publicznoœci. Jego sprawa w gruncie rzeczy powielała znany już w tym burzliwym stuleciu schemat, ale miała też nowy aspekt: w winę Oswalda jako samotnego snajpera nie uwierzyło blisko 80 proc. Amerykanów i bardzo wielu uważnych obserwatorów na całym œwiecie. Z listy zabójców wyrósł, jak dzikie pnšcze, pokaŸny zbiór teorii spiskowych.

Podobnych Oswaldowi było coraz więcej: Sirhan Sirhan czy kolejny z naszych rodaków – Janusz Waluœ. Nazwisk starczyłoby na zapełnienie kilku stron. Niemniej jednak wiele wskazuje na to, że apogeum karnawału samotnych zabójców politycznych œwiat ma już za sobš. Musieli ustšpić miejsca znacznie skuteczniejszym zawodowcom z międzynarodowych organizacji terrorystycznych i niezwykle niebezpiecznym, bo zupełnie nieprzewidywalnym więŸniom własnych urojeń, którzy zaczęli strzelać już nie do przywódców państw, ale do przypadkowych przechodniów, turystów, uczniów, bez względu na wiek i płeć, jeœli tylko uznali ich za stronników wrogich sobie przekonań. Najlepsi analitycy najzamożniejszych agencji wywiadowczych nie sš w stanie okreœlić, gdzie i kiedy któryœ z nich uderzy ponownie.

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL