Rynek pracy

Znikający kandydaci do pracy zmorą łowców głów

123RF
Co piątą rekrutację trzeba powtarzać, bo wybrana osoba zmienia decyzję.

Gdy jeden z portali po poszukiwaniach znalazł doświadczoną specjalistkę ds. e-commerce, nie zwlekał z zaproszeniem jej na rozmowę. Na spotkanie stawił się dyrektor serwisu i wezwana z urlopu szefowa HR. Zabrakło tylko kandydatki, która nie uprzedziła o swojej nieobecności ani nie odbierała telefonów. Jakby zniknęła. Odezwała się po kilku dniach, informując, że zostaje w obecnej firmie.

Takich przypadków znikających kandydatów pracodawcy notują coraz więcej. Nagłe rezygnacje z rozmowy rekrutacyjnej to niejedyny problem. Jeszcze większym są sytuacje, gdy kandydat, który podpisał list intencyjny i uzgodnił wszystkie warunki dotyczące nowej pracy, w dniu jej rozpoczęcia nie pojawia się w firmie.

Michał Młynarczyk, dyrektor zarządzający firmy rekrutacyjnej Devire, twierdzi, że chociaż takie sytuacje zdarzały się już wcześniej, to dotychczas nie przekraczały kilku procent rekrutacji. Teraz ich odsetek w branżach, które najmocniej odczuwają skutki rynku pracownika, sięga 15–20 proc. Tak jest na przykład w IT, w produkcji – gdzie często znikają inżynierowie produkcji, specjaliści z działów badań i rozwoju – oraz w call centers – tam nawet 300 zł różnicy w pensji może skłonić kandydata do nagłej zmiany decyzji.

Według Pawła Wierzbickiego, dyrektora w Michael Page, w takich sektorach, jak sprzedaż czy IT, nawet 20–30 proc. kandydatów rezygnuje ze zmiany pracy mimo zakończenia rekrutacji, wynegocjowania warunków oraz podpisania listów intencyjnych.

Również Dorota Hechner, lider zespołu w Hays Poland, mówi o nasilającym się zjawisku drop-out, gdy zrekrutowany kandydat rezygnuje tuż przed rozpoczęciem pracy. Tłumaczy to widocznym w wielu sektorach rynkiem kandydata, który ma często silniejszą pozycję negocjacyjną od pracodawców i dyktuje warunki współpracy.

Co więcej, najbardziej pożądani specjaliści mają spory wybór ofert pracy i uczestniczą jednocześnie w kilku rekrutacjach. Sprzyja to rezygnacji z pracy w przededniu jej rozpoczęcia, a powodem jest zwykle lepsza oferta.

Znikający kandydaci to dodatkowe koszty dla pracodawców i łowców głów. – To dezorganizacja planów i konieczność przeprowadzenia nowej rekrutacji, gdy firma zdążyła już zwykle podziękować innym kandydatom – mówi Magdalena Kapusta z Antalu.

Jak oceniają rekruterzy, problem znikających kandydatów dotyczy głównie szeregowych stanowisk i osób z niewielkim stażem pracy. Zdaniem Michała Mynarczyka młodzi ludzie często nie potrafią się zachować w sytuacji nagłej zmiany decyzji, gdy jest im wstyd wobec rekrutera, który poświęcił im czas.

Co innego specjaliści i menedżerowie z dłuższym doświadczeniem zawodowym. Tych trudniej zrozumieć, jeśli znikają w dniu rozpoczęcia pracy w nowej firmie, zwłaszcza gdy rynek w ich specjalizacji jest hermetyczny i liczba pracodawców jest ograniczona, podobnie jak liczba wyspecjalizowanych w tej dziedzinie łowców głów. Nawet jeśli nie prowadzą oni „czarnej listy" kandydatów, to w dokumentacji rekrutacyjnej zostaje ślad po nieodpowiedzialnym zachowaniu. Większość doświadczonych specjalistów i menedżerów zdaje sobie z tego sprawę. Jak ocenia Dorota Hechner, podejmują oni decyzje zawodowe bardziej świadomie, dbając o zachowanie reputacji w branży. Zdają sobie sprawę, że rezygnacja z przyjętej już oferty stawia ich w niekorzystnym świetle.

Zdaniem rekruterów, chcąc ograniczyć problem, warto jak najszybciej podpisać z wybraną osobą umowę o pracę albo umowę przedwstępną (w razie długiego wypowiedzenia). – Tymczasem w ponad 90 proc. przypadków rekrutacja kończy się podpisaniem listu intencyjnego – zaznacza Paweł Wierzbicki.

Jak przypomina Rafał Glogier-Osiński, dyrektor w Grafton Recruitment, list intencyjny do niczego nie zobowiązuje. Nie dość, że łatwo można się z niego wycofać, to jeszcze część kandydatów traktuje ten dokument jako kartą przetargową w rozmowach o podwyżce w obecnej firmie. – Sugerujemy klientom jak najszybsze podpisywanie umów o pracę – podkreśla Glogier-Osiński.

Jak zwraca uwagę Michał Młynarczyk, ryzyko wycofania się kandydata rośnie, gdy należy on do grupy najbardziej rozchwytywanych i ma długi okres wypowiedzenia. Takie osoby, będąc już „po słowie" z nowym pracodawcą, dostają kolejne oferty. Zwiększa to ryzyko, że któraś z propozycji okaże się bardziej kusząca. Ryzyko rośnie, gdy pracodawca zwleka z decyzją. Kandydatów zniechęcają długie, wieloetapowe rekrutacje, oczekują decyzji w kilka dni.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL