Grosse: Nowe rozdanie

aktualizacja: 23.06.2017, 18:51
Paryż – wraz z Berlinem – dąży m.in. do zmniejszenia zależności milita...
Paryż – wraz z Berlinem – dąży m.in. do zmniejszenia zależności militarnej od NATO i USA. Jak odnajdzie się w tym Polska? Na zdjęciu Donald Trump ściska dłoń Emmanuela Macrona. W tle Andrzej Duda (szczyt paktu północnoatlantyckiego w Brukseli, 25 maja).
Foto: AFP

Ostatnie wydarzenia sprzyjają strategicznemu zbliżeniu USA, Wielkiej Brytanii i Europy Środkowej, a zarazem zwiększają ich dystans wobec kontynentalnej Europy Zachodniej – pisze profesor w Instytucie Europeistyki UW.

REDAKCJA POLECA

Nasiliły się ostatnio trzy tendencje mogące mieć poważne konsekwencje geopolityczne dla Starego Kontynentu. Po pierwsze, narastają sprzeczności interesów między USA a Europą Zachodnią, przede wszystkim dwoma najważniejszymi dla unijnej integracji krajami, czyli Niemcami i Francją. Po drugie, Wielka Brytania wychodzi z UE, co wpływa na zmianę układu sił w Europie, ale również coraz bardziej oddala Brytyjczyków od kontynentalnej Europy Zachodniej. Po trzecie, pogłębia się proces kształtowania tzw. unii dwóch prędkości. Coraz bardziej oddala on Europę Zachodnią, gdzie podejmuje się próby wzmocnienia integracji w strefie euro, od szeroko rozumianej Środkowej, której kraje próbują wzmocnić regionalną współpracę.

Przejawem tego ostatniego zjawiska jest nie tylko coraz bardziej ambitna kooperacja Grupy Wyszehradzkiej, ale i stosunkowo nowy projekt Inicjatywy Trójmorza. Wsparciem dla tej integracji jest życzliwe podejście niektórych mocarstw. Świadczy o tym zapowiedź obecności Donalda Trumpa na szczycie Inicjatywy Trójmorza oraz kolejne spotkania w formule „16+1" zainicjowane w 2012 r. przez Chiny.

Obyć się bez NATO?

Wyrazem rosnących rozbieżności transatlantyckich było wystąpienie kanclerz Angeli Merkel pod koniec maja w Monachium. Szefowa niemieckiego rządu zasugerowała, że USA nie mogą być dłużej wiarygodnym partnerem, a Europa powinna wziąć swój los we własne ręce. Istnieje przynajmniej kilka powodów do sformułowania takiej konkluzji. Niemcy od dłuższego czasu mają nadwyżkę w handlu z USA, w zeszłym roku sięgała ona 58 mld euro. Coraz mniej podoba się to politykom amerykańskim, czemu kilkakrotnie dobitnie dał wyraz prezydent Donald Trump. Jak się wydaje, waszyngtońska administracja oczekiwała od Berlina ustępstw w relacjach handlowych, podobnych do tych, jakie uzyskała wcześniej od Japonii. Tymczasem Niemcy nie chcą o tym słyszeć. Uznają także, że nie są właściwym adresatem zarzutów, gdyż w ramach UE za politykę handlową odpowiada Komisja Europejska. To ona powinna być rozmówcą dyplomatów amerykańskich. W ten sposób czynią z niemieckiej nadwyżki handlowej problem ogólnoeuropejski, który ewentualnie może być rozstrzygnięty w ramach negocjacji o przyszłych relacjach gospodarczych Unii z USA.

Kością niezgody we wzajemnych stosunkach stało się wycofanie Stanów Zjednoczonych z paryskiego porozumienia klimatycznego. Trump chciał renegocjować warunki tego porozumienia, ale Europejczycy odmówili. W końcu uznał, że jest ono przede wszystkim korzystne dla firm europejskich i chińskich, a mniej dla gospodarki USA. W odpowiedzi liderzy UE i Chin zadeklarowali współpracę w obronie porozumienia paryskiego.

Warto zwrócić uwagę, że jest to kolejne tego typu współdziałanie w pośredni sposób wymierzone w USA. Wcześniej ci sami aktorzy nakłaniali amerykańskie władze, aby odstąpiły od zamiarów protekcjonistycznych. Politycy chińscy i zachodnioeuropejscy deklarowali też chęć wspólnej obrony liberalnych zasad globalnej gospodarki. Budzi to pewne zdziwienie, biorąc pod uwagę, że sami Europejczycy wielokrotnie oskarżali Chiny o protekcjonizm i łamanie reguł liberalnej gospodarki, np. przez silny interwencjonizm państwowy.

Rozdźwięk w relacjach transatlantyckich wzmacniany jest przez silny antyamerykanizm wielu społeczeństw Europy Zachodniej, m.in. francuskiego i niemieckiego. W ostatnich tygodniach jest on dodatkowo zwiększany przez oskarżenia kierowane pod adresem nowej administracji USA o odejście od liberalnych wartości. Niemniej to nie wartości są przyczyną niezgody ani nawet nie sama osoba kontrowersyjnego prezydenta USA. Coraz bardziej odmienne są interesy obu stron.

Najlepiej świadczy o tym kolejny obszar kontrowersji, czyli projekt wzmacniania polityki obronnej w UE. To przede wszystkim do tego nawiązywała kanclerz Merkel w swoim monachijskim przemówieniu. Jest to projekt od wielu lat podejmowany przez polityków niemieckich i francuskich, ale jednocześnie powstrzymywany przez Amerykanów i ich europejskich sojuszników, przede wszystkim Brytyjczyków. Spory z Trumpem oraz brexit stanowią więc tylko dobrą okazję do podjęcia dawno planowanych działań.

Dominujące znaczenie dla inicjatywy Berlina i Paryża mają względy strategiczne, a nie doraźne lub ideowe. Przede wszystkim są one związane ze zdobyciem autonomii geopolitycznej względem Waszyngtonu, a tym samym zmniejszeniem zależności politycznej i militarnej od USA i NATO. Wielu ekspertów uznaje, że w dalszej perspektywie europejska polityka obronna mogłaby zastąpić NATO i konieczność stacjonowania wojsk amerykańskich na Starym Kontynencie. Innym celem integracji w polityce obronnej jest zwiększenie korzyści ekonomicznych, przede wszystkim dla gospodarek zachodnioeuropejskich. UE jest ogromnym rynkiem zbytu dla nowoczesnego uzbrojenia, a przemysł zbrojeniowy jest również kołem zamachowym rozwoju innowacyjnej gospodarki. Ponadto istnieje strategiczna rywalizacja o wpływy w Europie Środkowej, a europejska polityka obronna mogłaby osłabić oddziaływanie USA w tym regionie i zwiększyć wpływ polityczny Berlina. Tymczasem postrzeganie zagrożeń dla bezpieczeństwa przez niektóre państwa Europy Środkowej i przez Niemcy może być diametralnie odmienne. Świadczy o tym kolejny przykład transatlantyckich kontrowersji, czyli spory o drugą nitkę gazociągu północnego.

Niedawno amerykański Senat przegłosował sankcje dla firm mających znaczące inwestycje w tym projekcie. W obronie koncernów zachodnioeuropejskich ramię w ramię stanęli ministrowie z Niemiec i Austrii, jednocześnie ujawniając strategiczne znaczenie tego projektu. Uznali bowiem, że amerykańscy senatorzy dążą do zwiększenie eksportu amerykańskiego gazu do Europy. Tymczasem rozbudowa gazociągu północnego zwiększa zależność Europy, zwłaszcza Środkowej, od dostaw gazu rosyjskiego. Niemcy postrzegają to jako zwiększenie swoich długofalowych korzyści gospodarczych i bezpieczeństwa energetycznego. Ma to swoje konsekwencje nie tylko w sferze ekonomii, ale również geopolityki. Problem polega na tym, że wspomniane skutki są odmiennie interpretowane w Berlinie i np. w Warszawie lub w Kijowie.

Zniechęceni do Zachodu

Narastające rozbieżności transatlantyckie pogłębia wyjście Wielkiej Brytanii z UE. Coraz bardziej prawdopodobne jest zakończenie tego procesu w marcu 2019 r. w sposób nieuporządkowany, bez porozumienia korzystnego dla obu stron i budującego strategiczne partnerstwo między nimi. W Europy Zachodniej pojawiają się tendencje, aby wyjście z Unii było dla Brytyjczyków jak najbardziej kosztowne i by stało się nauczką dla wszystkich, którzy chcieliby podążyć tą samą drogą. Takie zachowanie nie tylko coraz bardziej oddala część kontynentalną od Wysp Brytyjskich, ale również popycha Londyn w stronę Waszyngtonu oraz poszukiwania bliższych kontaktów z sojusznikami USA w Europie Środkowej.

Tym bardziej że pogłębia się rozdźwięk między wschodnią i zachodnią częścią UE. Jest on nie tylko związany z coraz bardziej konkretnymi propozycjami pogłębienia współpracy w strefie euro. Dotyczy również pogarszającego się klimatu politycznego między obu częściami Europy. Wyrazem tej tendencji jest narracja potępienia Europy Środkowej za łamanie demokracji, rządów prawa, a także brak solidarności w polityce migracyjnej. Przykładem z ostatniego czasu jest decyzja Komisji o uruchomieniu procedury naruszenia prawa UE wobec Polski, Czech i Węgier. Wspomniane kraje mogą mieć poczucie niesprawiedliwości, gdyż także inne państwa członkowskie nie wywiązują się z obowiązku relokacji uchodźców. Po blisko dwóch latach przesiedlono tylko około 12 proc. planowanych osób. Urzędnicy europejscy nie zdają sobie chyba też sprawy z klimatu społecznego wobec tego projektu. Według niedawnych badań Pew Research Center aż 74 proc. mieszkańców UE oczekuje, że to ich własne rządy, a nie instytucje unijne, będą decydowały o przyjmowaniu uchodźców.

Do tego dochodzą groźby zmniejszenia funduszy polityki spójności dla krajów nieprzyjmujących uchodźców lub szukanie możliwości zawieszenia tych funduszy w sytuacji nieprzestrzegania wartości europejskich. Pojawiają się też inicjatywy zmiany reguł na rynku wewnętrznym zmierzające do poprawy koniunktury w Europie Zachodniej kosztem obniżenia konkurencyjności krajów Europy Środkowej. Wszystko to przynajmniej część społeczeństw naszego regionu zniechęca do zachodnich sąsiadów i ich paternalistycznego podejścia do nowych członków Unii.

Obserwujemy więc słabnięcie więzi transatlantyckich, coraz mniej kontrolowany brexit i pogłębiający się podział na Europę dwóch prędkości. Wszystkie trzy procesy sprzyjają strategicznemu zbliżeniu USA, Wielkiej Brytanii i Europy Środkowej, jednocześnie zwiększają ich dystans wobec Europy Zachodniej. Takie tendencje być może ułatwią integrację w ramach unii walutowej, ale są destabilizujące dla spójności całej Unii. Zarówno zachodnia, jak i wschodnia część UE stanęły przed historycznym wyzwaniem. W jaki sposób zachować jedność i ułożyć bardziej partnerskie relacje w obliczu zachodzących zmian geopolitycznych?

Artykuł wyraża osobiste poglądy autora, a nie instytucji, z którymi jest związany.

POLECAMY

KOMENTARZE