Publicystyka

Szkolnictwo wyższe: Reforma małych kroków

Uniwersytet Jana Kochanowskiego w Kielcach
Przebudowa polskiego szkolnictwa wyższego wymaga stopniowych, ale realnych zmian. Likwidowanie istniejących instytucji jest drogą donikąd – przekonuje historyk Tomasz Schramm.

Profesor Łukasz Szumowski w artykule „Duży doktorat dla nauki" proponuje skrócenie drogi do samodzielności naukowej w Polsce poprzez zastąpienie habilitacji tak zwanym dużym doktoratem. Skoro zmiana – i to poważna – ma być wprowadzona nie dla samej zmiany, lecz dla poprawienia sytuacji, trzeba zastanowić się nad tym, czy rzeczywiście przyniesie ona poprawę w takiej postaci, jak została zarysowana przez podsekretarza stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Mam co do tego poważne wątpliwości.

Zasadnicza różnica polegałaby na tym, że droga do samodzielności naukowej pomijałaby doktorat. Powstaje wtedy pytanie: czemu służyć miałyby dotychczasowe doktoraty, które wszak miałyby istnieć nadal? Zbytnie umasowienie studiów doktoranckich i ich zatrważająco niska efektywność unaoczniają bezsensowność tego „trzeciego stopnia studiów" wprowadzonego w miejsce pierwszego szczebla kariery naukowej. Dodajmy przy okazji, że zmiana w nazewnictwie przyniosłaby bałagan taki, jaki – istniejący do tej pory – wprowadziła ustawa z 1990 r. co do terminu „profesor". Jak w codziennej praktyce mielibyśmy rozróżniać doktorat i „duży doktorat"? Zakładając, że „duży doktorat", jak pisze profesor Szumowski, da uprawnienia równe habilitacji, można go równie dobrze nadal nazywać habilitacją.

Ci, którzy wstępowaliby na drogę kariery naukowej (do której nie prowadziłby doktorat, czyli dyplom wieńczący studia doktoranckie), mieliby krótszą drogę do samodzielności. Czy tym samym oznaczałoby to polepszenie jakości naszej kadry naukowej? Trudno w to uwierzyć. Szermowanie argumentami statystycznymi prowadzi jedynie do zaciemniania obrazu – w tej chwili mam na myśli owego „46-letniego doktora habilitowanego", do którego odwołuje się profesor Szumowski. Ci naprawdę dobrzy, o których się on upomina, osiągają habilitację wcześniej. Wybitni naukowcy robili (robią?) doktoraty w trzy lata i habilitację w następne pięć czy sześć. Jeśli ktoś na takiej drodze kariery potyka się o doktorat, to znaczy, że potyka się o własne nogi.

Natomiast skrócenie drogi do habilitacji będzie służyło – jak zwykle – nie najlepszym, lecz szaremu ogółowi pracowników naukowych. Chyba że samodzielność naukowa będzie (i tak być powinno) dostępna dla nielicznych. Profesor Jerzy Marian Brzeziński stwierdził niedawno: „Czymś zupełnie naturalnym jest to, że znacząca część pracowników uczelni i instytutów badawczych nie spełnia surowego kryterium awansu naukowego. I nie byłoby dobrze, gdyby wszyscy oni, albo znacząca ich część, przesunęli się do kategorii doktorów habilitowanych". W konsekwencji prognozowanego przez prof. Brzezińskiego, a w rzeczywistości mającego już miejsce zjawiska, uprawnienia do udzielania takiej samodzielności odpowiadającej wysokim standardom miałyby być radykalnie ograniczone. Jak się wydaje, w intencji ministerstwa: do uczelni badawczych – i w tym zdaje się leżeć sedno propozycji ministerialnej. Tyle tylko, że efekt ten można osiągnąć przez zastosowanie istniejącej już drogi: przez weryfikację dotychczasowych uprawnień habilitacyjnych i odebranie ich słabszym ośrodkom.

I tu dochodzimy do kwestii naprawdę ważnej: kto ma orzekać zarówno w sprawie samodzielności naukowej, jak i – zwłaszcza – w kwestii uprawnień do owego orzekania? Odpowiedź na pierwsze pytanie wskazuje na rady naukowe danych jednostek (wydziałów, instytutów). Obecnie przepustką do tych gremiów jest habilitacja. Tymczasem po planowanej reformie w radach tych będą zasiadać obok siebie profesorowie, doktorzy habilitowani i „duzi doktorzy" – różnica między tą drugą i trzecią kategorią będzie leżała tylko w nazwie, zwiększając jedynie bałagan terminologiczny.

Odpowiedź na drugie pytanie wskazuje na Centralną Komisję do spraw Stopni i Tytułów. Instytucja ta jest od dawna krytykowana z różnych stron – czasem głośno, czasem ukradkiem. Głośno krytykują ją najczęściej ci, którzy czują się pokrzywdzeni przez niepowodzenie na drodze awansu naukowego. Padają wtedy słowa o wątpliwej uznaniowości decyzji Komisji, sądach kapturowych, klikach itp. Słowa, w pewnych wypadkach, uzasadnione. Jednak zasadniczy mechanizm działania Centralnej Komisji polega na weryfikacji w obrębie środowiska naukowego przez samo to środowisko. Gdyby ten mechanizm wyeliminować, zamiast po prostu zlikwidować patologie pojawiające się w jego obrębie – czym wtedy należałoby go zastąpić?

Krytycy Centralnej Komisji czasem zarzucają jej, że jest to „twór stalinowski". Jest to argument świadczący o ignorancji bądź złej woli. Stalinowski rodowód miała Centralna Komisja Kwalifikacyjna wprowadzona przez ustawę z 1951 r. – organ rządowy decydujący o docenturach (wówczas bez procedury habilitacyjnej) i profesurach. W 1990 r., kiedy budowaliśmy – także w kształcie prawnym – społeczeństwo obywatelskie, uchwalona została ustawa o tytule naukowym i stopniach naukowych. Przekształciła CKK w Centralną Komisję do spraw Tytułu Naukowego i Stopni Naukowych, reprezentację środowiska naukowego, wyłanianą oddolnie, przez samo to środowisko. Jeśli odpowiedzią na pytanie: „co zamiast Centralnej Komisji?" byłaby odpowiedź: „ministerstwo" – byłby to właśnie powrót do sytuacji z okresu Polski Ludowej.

Wróćmy do habilitacji. Profesor Szumowski pisze, że „naukowiec, osiągając samodzielność (habilitację), jest już po okresie swojej największej aktywności twórczej, często wypalony zawodowo". Ten dość apodyktycznie sformułowany i uogólniający argument ma, oprócz wskazanej wyżej wady związanej z wątpliwym operowaniem statystyką, jeszcze drugą: obejmuje wszystkie dziedziny nauki. Nie zamierzam kwestionować prawdziwości przytoczonych przed chwilą słów w odniesieniu do nauk ścisłych czy też medycznych – nie znam się na tym i gotów jestem przyjąć owe twierdzenia w dobrej wierze, uznając, zwłaszcza w ostatniej dziedzinie, kompetencje ich autora. Na pewno jednak nie są one prawdziwe w odniesieniu do nauk humanistycznych, społecznych, a także – jak sądzę – prawnych czy teologicznych.

Obserwacje praktyki oraz wymiany poglądów z przedstawicielami różnych dyscyplin naukowych, bardzo żywe w związku z nową procedurą habilitacyjną wprowadzoną przez nowelizację ustawy z 2011 r., dają mi podstawy do sformułowania dwóch postulatów. Po pierwsze, przy utrzymaniu habilitacji powinien zostać przywrócony kontakt z habilitantem/habilitantką, możliwość poddania bezpośredniemu sprawdzianowi elementów jego/jej wiedzy i pewnych umiejętności – co dawały poprzednio kolokwium i wykład habilitacyjny. Nawiasem mówiąc, warto zauważyć, że gdy w latach 2011–2013 istniała możliwość wyboru procedury, większość zainteresowanych – przynajmniej w obrębie nauk wspomnianych nieco wyżej – wybierała procedurę dawną. Po drugie, nowa ustawa powinna zakładać zróżnicowanie procedur habilitacyjnych w zależności od dziedziny nauki. Niechby przedstawiciele danych dziedzin sami określili, jaka forma stwierdzania samodzielności naukowej jest najwłaściwsza w ich wypadku. Niech fizycy i medycy nie wyrokują o takiej formie w wypadku nauk historycznych czy psychologicznych (i oczywiście vice versa). Zaś wskazanie owych dziedzin powinno znaleźć się w rozporządzeniu ministra, oczywiście skonsultowanym ze środowiskiem (np. z komitetami naukowymi PAN).

Jak widać, przedstawione wyżej propozycje idą w kierunku dość różnym od wskazanego w artykule prof. Szumowskiego. Zakładają one poprawienie istniejącego systemu, nie zaś wywracanie go i zastępowanie innym. Bowiem wizja tego ostatniego budzi pytania natury praktycznej, a odpowiedzi na te pytania rodzą niebagatelne wątpliwości. Nasuwają też myśli o starym powiedzeniu, które mówi o wpływie mieszania herbaty na jej słodkość.

Autor jest profesorem historii, przewodniczącym Komitetu Nauk Historycznych PAN, wykładowcą Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu

Źródło: Rzeczpospolita
UKRYJ KOMENTARZE KOMENTARZE RP.PL KOMENTARZE FACEBOOK

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL