Publicystyka

Kuźniar: Dyplomacja się opłaca

Fotorzepa, Rafał Guz
Zadaniem nowego ministra powinno być odzyskanie polityki zagranicznej dla niej samej. Sprawienie, aby zgodnie z definicją realizowała interesy narodowe, a nie partyjne – pisze politolog.

Niedawna wymiana premiera i ministra spraw zagranicznych była pomyślana również jako koniec eksperymentu, którym była tak zwana polityka zagraniczna pierwszych dwóch lat rządów PiS. Tego, co się działo w tym obszarze, nawet przez miłosierdzie nie można było nazwać polityką zagraniczną. Było to co najwyżej osławionym wstawaniem ministra Waszczykowskiego z kolan, co łączyło się ze szkodami dla międzynarodowej pozycji Polski. Za tę rzekomą politykę zagraniczną nie możemy winić wyłącznie poprzedniego ministra, bo przecież był jedynie wiernym realizatorem obsesji i fochów prezesa rządzącej partii, ale też trzeba przyznać, że świetnie się do tego nadawał. Z polityką zagraniczną nie miało to jednak nic wspólnego.

Oczywiście, podstawowym źródłem i problemem nie były jedynie fobie, resentymenty oraz ignorancja Jarosława Kaczyńskiego w dziedzinie polityki zagranicznej. Głównym problemem było forsowanie w niekonstytucyjny sposób zmian ustrojowych, na ołtarzu których złożona została polityka zagraniczna oraz polskie interesy w stosunkach zewnętrznych. Zadaniem nowego ministra powinno być odzyskanie polityki zagranicznej dla niej samej, to znaczy sprawienie, aby zgodnie ze swą akademicką definicją realizowała interesy narodowe, a nie partyjne.

Choć Jacek Czaputowicz jest akademikiem, nie ma pewności, czy będzie próbował to uczynić, a jeśli taką próbę podejmie, to czy z powodzeniem. Niewiele na to wskazuje, bo choć politykiem PiS nie był, światopoglądowo jest dla tej partii bardzo reprezentatywny. Nowogrodzka nie zechce także zrezygnować z komisarycznego nadzoru nad resortem na Szucha. Jednocześnie nowy minister ma duże doświadczenie i wiedzę w tym zakresie oraz nie zdążył zostać „przemielony" przez partyjną szkołę nowej wersji dialektyki i nowomowy, w której nie rozróżnia się prawdy od fałszu, dobra od zła, partii od państwa. Jest więc pewna szansa na podjęcie próby powrotu do prawdziwej polityki zagranicznej.

Jej prowadzenie nie zawsze jest łatwe, zarówno z przyczyn wewnętrznych, jak i międzynarodowych, Jednak przykład Polski po 1989 roku prowadzącej politykę zagraniczną, zwłaszcza na początku, w skrajnie niekorzystnych okolicznościach, pokazuje, że jest to możliwe. Integralność, odwaga, upór i kompetencja Krzysztofa Skubiszewskiego pokazały, jak wiele można osiągnąć w trudnych czasach. To wzór niedościgniony, ale jest się czym inspirować.

Obecny minister spraw zagranicznych jest w tej szczęśliwej sytuacji, że nie musi wymyślać koła. Podstawowe linie naszej dyplomacji zostały trafnie zdefiniowane na początku transformacji i zapewniły Polsce sukces międzynarodowy oraz silne wsparcie dla demokratycznych i gospodarczych przemian wewnętrznych. Nie trzeba koncentrować się na wstawaniu z kolan, tylko na twórczym i kompetentnym realizowaniu naszych interesów, na głównych kierunkach polityki zagranicznej. Ograniczę się do kilku uwag, które wynikają z doświadczenia nieudanego „eksperymentu".

Zasada dobrej wiary

Najpierw Europa, czyli UE i jej główne państwa. Nowy minister musi pamiętać, że od zawsze to był projekt polityczny. „Europa ojczyzn" to syreni śpiew tych, którym marzy się powrót dla Europy sprzed II wojny światowej. Ich intencje z reguły są nieczyste, bo nie chodzi im o wyidealizowaną suwerenność ojczyzn, tylko o swobodę rządzących czynienia co im się żywnie podoba, bez oglądania się na jakiekolwiek prawne czy etyczne ograniczenia. Nie trzeba oszukiwać Polaków, że Bruksela czyha na suwerenność państw członkowskich. Hiszpania, Francja czy Holandia są do niej nie mniej od nas przywiązane, a nie obawiają się o swoją suwerenność, przeciwnie, chcą pogłębienia integracji. Strachy na tym tle wzbudzają jedynie autokraci. Zresztą jako autor książki o suwerenności minister Czaputowicz powinien pamiętać, że integralną częścią tej zasady jest wypełnianie w dobrej wierze dobrowolnie przyjętych zobowiązań międzynarodowych.

W polityce zagranicznej, zwłaszcza w ramach wspólnoty, jaką jest Unia, trzeba respektować zasadę dobrej wiary (bona fides). To fundament stosunków międzynarodowych. Dlatego w rozmowach z Brukselą dotyczących problemów z praworządnością stworzonych przez rząd PiS nie wolno pozorować dialogu, nie trzeba zwodzić partnerów, grać na czas. To ma krótkie nogi, to odbiera wiarygodność, tak może robić Łukaszenka. Rozsadzając w ten sposób spójność Unii, strzelamy sobie w stopę. Nie jest w interesie Polski uczynić z niej kolejną OBWE, tylko z dostępem do miski. Owszem, tak myślą rządzący, ale od tego powinien być światły minister spraw zagranicznych, aby ich wyprowadzić z tej szkodliwej iluzji.

Kluczem do naszej pozycji w UE i środkiem, za pomocą którego możemy mieć wpływ na jej reformowanie jest Trójkąt Weimarski. Ale w relacjach z Paryżem i Berlinem też obowiązuje zasada dobrej wiary. Jeśli Francja i Niemcy zdecydowały się zaoferować tamtej Polsce taką ekskluzywną formułę, to dlatego, że Polska miała wtedy europejską wiarygodność. Więc teraz nie możemy udawać „małego Jasia" i kombinować, jakby tu ich oszukać w sprawach, które są dla nich aż nadto widoczne.

Nowy minister nie powinien tracić „czasu i atłasu" na współczesną wersję Rurytanii, czyli Trójmorze. Niech się w to bawi prezydent Duda. W tej piaskownicy mogą powstawać jedynie geopolityczne zamki z piasku. Oczywiście, nie należy ignorować możliwości realizacji konkretnych projektów, ale od tego w rządzie są ministrowie transportu, energetyki czy turystyki, nie szef dyplomacji. Szkodliwym fałszem obecnego wydania tego pomysłu jest forsowanie go w widocznej opozycji wobec UE, a zwłaszcza jej centrum oraz równie wyraźna intencja stworzenia za pomocą Trójmorza Europy B. To jest sprzeczne z interesami Polski i aspiracjami Polaków. Trzeba przypomnieć nowemu ministrowi, że Grupa Wyszehradzka była pomyślana jako wehikuł prowadzący do Europy, a nie z Europy!

Sojusznik to nie satelita

O znaczeniu sojuszu i ścisłych związków ze Stanami Zjednoczonymi nie trzeba nikogo w Polsce przekonywać. Od 1989 roku mieliśmy nierzadko trudności ze znalezieniem optymalnej formuły tych stosunków. Poprzednik ministra Czaputowicza próbował ustawiać Polskę w roli republiki bananowej, co na szczęście niezupełnie się udawało, choć obecny gospodarz Białego Domu nie miałby zapewne nic przeciwko, aby Polska się zapisała do tej kategorii sprzymierzeńców USA. Ta rola chyba jednak nie przystoi „dumnemu narodowi", o którym opowiada partia rządząca, nie będzie też odpowiadać pragnieniom większości Polaków. Niech nowy minister pamięta o sformułowanym przed laty przez Zbigniewa Brzezińskiego ostrzeżeniu pod naszym adresem: „sojusznik to nie satelita".

Na kierunku wschodnim sytuacja daje paradoksalnie mniej powodów do optymizmu niż na początku lat 90. Dziś to może się wydawać obszar syzyfowych prac, ale nie wolno ich poniechać. Podskórna neoendeckość obozu rządzącego przejawia się w taryfie ulgowej wobec Rosji (gdybyż jeszcze nie ten wrak...) i schłodzeniu kursu wobec Ukrainy. To gorzej niż błąd. Z Moskwą zwady nie trzeba szukać, ale jej polityka jest trwale nieprzyjazna wobec Europy (UE), czyli także wobec Polski. Wobec Ukrainy, to my jesteśmy w sytuacji umożliwiającej nam wielkoduszność i cierpliwość. I to w naszym interesie leży przeciwstawianie się trwałemu dążeniu Rosji do wasalizacji Ukrainy.

Wreszcie nie wolno zapominać, że dobra polityka zagraniczna nie może być wyłącznie egoistyczna. To krótkowzroczność. Już widać, jakie straty międzynarodowe, ale także dla USA, przynosi polityka „America first". Dobra polityka to także kształtowanie przyjaznego nam ładu w otoczeniu, to także szczypta altruizmu i humanitaryzmu. To się zwyczajnie opłaca! To jest zresztą także zobowiązanie wobec naszej przeszłości.

Nie zamierzam pisać nowemu ministrowi recepty na politykę zagraniczną. Musi to zrobić sam. Trzeba mieć nadzieję, że jego celem nie jest prosta kontynuacja dotychczasowego eksperymentu z tą różnicą, że teraz będzie to teraz robił ktoś bardziej taktowny i zręczny. To byłoby naiwne. Trzeba pamiętać, że polityka zagraniczna czasów eksperymentu nie odniosła sama ani jednego sukcesu, a pozycja międzynarodowa Polski jest gorsza niż kiedykolwiek od 1989 roku, gorsza od poprzedniego eksperymentu z lat 2006–2007.

Jednym z przeciwników polityki zagranicznej, będzie nie tylko zaplecze polityczne rządu, ale – jak się okazuje – może nim być nacjonalistyczna, niedojrzała polityka historyczna obozu władzy. W jej matni znalazł się ostatnio sam premier. Tylko tym można wytłumaczyć, dlaczego Mateusz Morawiecki, uznany ekspert od PR, serią horrendalnych gaf uderza w ważne stosunki zagraniczne Polski z USA, Izraelem czy Ukrainą. Okazuje się, że z historii nie wystarczy znać fakty, daty, liczby. Historię trzeba rozumieć i trzeba mieć historyczną wrażliwość.

Tak zwana polityka historyczna PiS to rodzaj mimosa elephant: nam wolno o innych powiedzieć wszystko, innym o nas nic. W takich warunkach nie rozumie się, że każda próba zniekształcania prawdy o tej wyjątkowej w dziejach nowożytnych tragedii, którą był Holokaust, jest nie tylko moralnie nie do zaakceptowania, ale i politycznie szkodliwa. Niewymuszony gol samobójczy w postaci nieprzemyślanej nowelizacji ustawy o IPN zwiąże na dłuższy czas ręce ministrowi Czaputowiczowi.

Prof. Roman Kuźniar jest politologiem i dyplomatą. Byłym dyrektorem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (2005–2007) oraz doradcą prezydenta RP ds. międzynarodowych (2010–2015).

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL