Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Publicystyka

Kuźniar: Dyplomacja się opłaca

Fotorzepa, Rafał Guz
Zadaniem nowego ministra powinno być odzyskanie polityki zagranicznej dla niej samej. Sprawienie, aby zgodnie z definicjš realizowała interesy narodowe, a nie partyjne – pisze politolog.

Niedawna wymiana premiera i ministra spraw zagranicznych była pomyœlana również jako koniec eksperymentu, którym była tak zwana polityka zagraniczna pierwszych dwóch lat rzšdów PiS. Tego, co się działo w tym obszarze, nawet przez miłosierdzie nie można było nazwać politykš zagranicznš. Było to co najwyżej osławionym wstawaniem ministra Waszczykowskiego z kolan, co łšczyło się ze szkodami dla międzynarodowej pozycji Polski. Za tę rzekomš politykę zagranicznš nie możemy winić wyłšcznie poprzedniego ministra, bo przecież był jedynie wiernym realizatorem obsesji i fochów prezesa rzšdzšcej partii, ale też trzeba przyznać, że œwietnie się do tego nadawał. Z politykš zagranicznš nie miało to jednak nic wspólnego.

Oczywiœcie, podstawowym Ÿródłem i problemem nie były jedynie fobie, resentymenty oraz ignorancja Jarosława Kaczyńskiego w dziedzinie polityki zagranicznej. Głównym problemem było forsowanie w niekonstytucyjny sposób zmian ustrojowych, na ołtarzu których złożona została polityka zagraniczna oraz polskie interesy w stosunkach zewnętrznych. Zadaniem nowego ministra powinno być odzyskanie polityki zagranicznej dla niej samej, to znaczy sprawienie, aby zgodnie ze swš akademickš definicjš realizowała interesy narodowe, a nie partyjne.

Choć Jacek Czaputowicz jest akademikiem, nie ma pewnoœci, czy będzie próbował to uczynić, a jeœli takš próbę podejmie, to czy z powodzeniem. Niewiele na to wskazuje, bo choć politykiem PiS nie był, œwiatopoglšdowo jest dla tej partii bardzo reprezentatywny. Nowogrodzka nie zechce także zrezygnować z komisarycznego nadzoru nad resortem na Szucha. Jednoczeœnie nowy minister ma duże doœwiadczenie i wiedzę w tym zakresie oraz nie zdšżył zostać „przemielony" przez partyjnš szkołę nowej wersji dialektyki i nowomowy, w której nie rozróżnia się prawdy od fałszu, dobra od zła, partii od państwa. Jest więc pewna szansa na podjęcie próby powrotu do prawdziwej polityki zagranicznej.

Jej prowadzenie nie zawsze jest łatwe, zarówno z przyczyn wewnętrznych, jak i międzynarodowych, Jednak przykład Polski po 1989 roku prowadzšcej politykę zagranicznš, zwłaszcza na poczštku, w skrajnie niekorzystnych okolicznoœciach, pokazuje, że jest to możliwe. Integralnoœć, odwaga, upór i kompetencja Krzysztofa Skubiszewskiego pokazały, jak wiele można osišgnšć w trudnych czasach. To wzór niedoœcigniony, ale jest się czym inspirować.

Obecny minister spraw zagranicznych jest w tej szczęœliwej sytuacji, że nie musi wymyœlać koła. Podstawowe linie naszej dyplomacji zostały trafnie zdefiniowane na poczštku transformacji i zapewniły Polsce sukces międzynarodowy oraz silne wsparcie dla demokratycznych i gospodarczych przemian wewnętrznych. Nie trzeba koncentrować się na wstawaniu z kolan, tylko na twórczym i kompetentnym realizowaniu naszych interesów, na głównych kierunkach polityki zagranicznej. Ograniczę się do kilku uwag, które wynikajš z doœwiadczenia nieudanego „eksperymentu".

Zasada dobrej wiary

Najpierw Europa, czyli UE i jej główne państwa. Nowy minister musi pamiętać, że od zawsze to był projekt polityczny. „Europa ojczyzn" to syreni œpiew tych, którym marzy się powrót dla Europy sprzed II wojny œwiatowej. Ich intencje z reguły sš nieczyste, bo nie chodzi im o wyidealizowanš suwerennoœć ojczyzn, tylko o swobodę rzšdzšcych czynienia co im się żywnie podoba, bez oglšdania się na jakiekolwiek prawne czy etyczne ograniczenia. Nie trzeba oszukiwać Polaków, że Bruksela czyha na suwerennoœć państw członkowskich. Hiszpania, Francja czy Holandia sš do niej nie mniej od nas przywišzane, a nie obawiajš się o swojš suwerennoœć, przeciwnie, chcš pogłębienia integracji. Strachy na tym tle wzbudzajš jedynie autokraci. Zresztš jako autor ksišżki o suwerennoœci minister Czaputowicz powinien pamiętać, że integralnš częœciš tej zasady jest wypełnianie w dobrej wierze dobrowolnie przyjętych zobowišzań międzynarodowych.

W polityce zagranicznej, zwłaszcza w ramach wspólnoty, jakš jest Unia, trzeba respektować zasadę dobrej wiary (bona fides). To fundament stosunków międzynarodowych. Dlatego w rozmowach z Brukselš dotyczšcych problemów z praworzšdnoœciš stworzonych przez rzšd PiS nie wolno pozorować dialogu, nie trzeba zwodzić partnerów, grać na czas. To ma krótkie nogi, to odbiera wiarygodnoœć, tak może robić Łukaszenka. Rozsadzajšc w ten sposób spójnoœć Unii, strzelamy sobie w stopę. Nie jest w interesie Polski uczynić z niej kolejnš OBWE, tylko z dostępem do miski. Owszem, tak myœlš rzšdzšcy, ale od tego powinien być œwiatły minister spraw zagranicznych, aby ich wyprowadzić z tej szkodliwej iluzji.

Kluczem do naszej pozycji w UE i œrodkiem, za pomocš którego możemy mieć wpływ na jej reformowanie jest Trójkšt Weimarski. Ale w relacjach z Paryżem i Berlinem też obowišzuje zasada dobrej wiary. Jeœli Francja i Niemcy zdecydowały się zaoferować tamtej Polsce takš ekskluzywnš formułę, to dlatego, że Polska miała wtedy europejskš wiarygodnoœć. Więc teraz nie możemy udawać „małego Jasia" i kombinować, jakby tu ich oszukać w sprawach, które sš dla nich aż nadto widoczne.

Nowy minister nie powinien tracić „czasu i atłasu" na współczesnš wersję Rurytanii, czyli Trójmorze. Niech się w to bawi prezydent Duda. W tej piaskownicy mogš powstawać jedynie geopolityczne zamki z piasku. Oczywiœcie, nie należy ignorować możliwoœci realizacji konkretnych projektów, ale od tego w rzšdzie sš ministrowie transportu, energetyki czy turystyki, nie szef dyplomacji. Szkodliwym fałszem obecnego wydania tego pomysłu jest forsowanie go w widocznej opozycji wobec UE, a zwłaszcza jej centrum oraz równie wyraŸna intencja stworzenia za pomocš Trójmorza Europy B. To jest sprzeczne z interesami Polski i aspiracjami Polaków. Trzeba przypomnieć nowemu ministrowi, że Grupa Wyszehradzka była pomyœlana jako wehikuł prowadzšcy do Europy, a nie z Europy!

Sojusznik to nie satelita

O znaczeniu sojuszu i œcisłych zwišzków ze Stanami Zjednoczonymi nie trzeba nikogo w Polsce przekonywać. Od 1989 roku mieliœmy nierzadko trudnoœci ze znalezieniem optymalnej formuły tych stosunków. Poprzednik ministra Czaputowicza próbował ustawiać Polskę w roli republiki bananowej, co na szczęœcie niezupełnie się udawało, choć obecny gospodarz Białego Domu nie miałby zapewne nic przeciwko, aby Polska się zapisała do tej kategorii sprzymierzeńców USA. Ta rola chyba jednak nie przystoi „dumnemu narodowi", o którym opowiada partia rzšdzšca, nie będzie też odpowiadać pragnieniom większoœci Polaków. Niech nowy minister pamięta o sformułowanym przed laty przez Zbigniewa Brzezińskiego ostrzeżeniu pod naszym adresem: „sojusznik to nie satelita".

Na kierunku wschodnim sytuacja daje paradoksalnie mniej powodów do optymizmu niż na poczštku lat 90. Dziœ to może się wydawać obszar syzyfowych prac, ale nie wolno ich poniechać. Podskórna neoendeckoœć obozu rzšdzšcego przejawia się w taryfie ulgowej wobec Rosji (gdybyż jeszcze nie ten wrak...) i schłodzeniu kursu wobec Ukrainy. To gorzej niż błšd. Z Moskwš zwady nie trzeba szukać, ale jej polityka jest trwale nieprzyjazna wobec Europy (UE), czyli także wobec Polski. Wobec Ukrainy, to my jesteœmy w sytuacji umożliwiajšcej nam wielkodusznoœć i cierpliwoœć. I to w naszym interesie leży przeciwstawianie się trwałemu dšżeniu Rosji do wasalizacji Ukrainy.

Wreszcie nie wolno zapominać, że dobra polityka zagraniczna nie może być wyłšcznie egoistyczna. To krótkowzrocznoœć. Już widać, jakie straty międzynarodowe, ale także dla USA, przynosi polityka „America first". Dobra polityka to także kształtowanie przyjaznego nam ładu w otoczeniu, to także szczypta altruizmu i humanitaryzmu. To się zwyczajnie opłaca! To jest zresztš także zobowišzanie wobec naszej przeszłoœci.

Nie zamierzam pisać nowemu ministrowi recepty na politykę zagranicznš. Musi to zrobić sam. Trzeba mieć nadzieję, że jego celem nie jest prosta kontynuacja dotychczasowego eksperymentu z tš różnicš, że teraz będzie to teraz robił ktoœ bardziej taktowny i zręczny. To byłoby naiwne. Trzeba pamiętać, że polityka zagraniczna czasów eksperymentu nie odniosła sama ani jednego sukcesu, a pozycja międzynarodowa Polski jest gorsza niż kiedykolwiek od 1989 roku, gorsza od poprzedniego eksperymentu z lat 2006–2007.

Jednym z przeciwników polityki zagranicznej, będzie nie tylko zaplecze polityczne rzšdu, ale – jak się okazuje – może nim być nacjonalistyczna, niedojrzała polityka historyczna obozu władzy. W jej matni znalazł się ostatnio sam premier. Tylko tym można wytłumaczyć, dlaczego Mateusz Morawiecki, uznany ekspert od PR, seriš horrendalnych gaf uderza w ważne stosunki zagraniczne Polski z USA, Izraelem czy Ukrainš. Okazuje się, że z historii nie wystarczy znać fakty, daty, liczby. Historię trzeba rozumieć i trzeba mieć historycznš wrażliwoœć.

Tak zwana polityka historyczna PiS to rodzaj mimosa elephant: nam wolno o innych powiedzieć wszystko, innym o nas nic. W takich warunkach nie rozumie się, że każda próba zniekształcania prawdy o tej wyjštkowej w dziejach nowożytnych tragedii, którš był Holokaust, jest nie tylko moralnie nie do zaakceptowania, ale i politycznie szkodliwa. Niewymuszony gol samobójczy w postaci nieprzemyœlanej nowelizacji ustawy o IPN zwišże na dłuższy czas ręce ministrowi Czaputowiczowi.

Prof. Roman KuŸniar jest politologiem i dyplomatš. Byłym dyrektorem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (2005–2007) oraz doradcš prezydenta RP ds. międzynarodowych (2010–2015).

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL