Publicystyka

Puste kartki w urnie

Fotorzepa, Łukasz Solski
Poprzednie wybory samorządowe pokazały wyraźny kryzys systemu wyłaniania naszych przedstawicieli. Jeśli ze zmianą ordynacji nie zdąży się przed kolejnymi wyborami, trzeba się liczyć z kryzysem politycznym o skali porównywalnej do tej z 2014 roku – ostrzega socjolog.

W dyskusji na temat ordynacji wyborczej, zapoczątkowanej postulatem posła Kornela Morawieckiego, szlachetne idee podpowiadają nieadekwatne rozwiązania. Z jednej strony warto docenić tęsknotę za lepszym systemem. To jak najbardziej uzasadniony efekt patologii obecnego sposobu wybierania posłów. Jednak przejawem tej tęsknoty jest próba przedstawienia terapii, która wcale nie wynika ze szczegółowej podpartej faktami diagnozy. Do tego takiej terapii, która najwyraźniej odpuszcza sobie przetestowanie możliwych skutków proponowanych lekarstw. Tymczasem wcale nie jest trudno sprawdzić, jakie są realia propozycji zgłaszanych przez Kornela Morawieckiego oraz – w opozycji do niego – przez Bartłomieja Michałowskiego.

Podejrzany system

Rozwiązanie, pięknie nazwane przez marszałka seniora ordynacją wolnościową, jest w istocie tożsame z głosowaniem blokowym stosowanym w Polsce do czasu uchwalenia kodeksu wyborczego w wyborach senackich oraz w wyborach rad gmin mniejszych niż 20 tysięcy mieszkańców. Szczegółowe badania zachowań wyborców, strategii partii i losów kandydatów pokazują, że jest to system wyjątkowo podejrzany. W zasadzie nadaje się tylko do tego, aby trzymać go w formalinie w muzeum patologii wyborczych.

Rzecz w tym, że uruchamia on skomplikowaną grę w trójkącie partie–kandydaci–wyborcy. Kluczem jest tu rzeczywiście swoboda ekspresji, którą system daje wyborcom, pozwalając im postawić kilka krzyżyków. Część wyborców używa jej, owszem, do wyrażenia swoich wątpliwości i rozłożenia poparcia dla kandydatów różnych partii. Część z kolei zadowala się postawieniem jednego krzyżyka przy wybranym kandydacie, tak jak w innych wyborach. Jednak największa grupa wyborców kieruje się przede wszystkim lojalnościami partyjnymi i głosuje wyłącznie na kandydatów ulubionego ugrupowania.

Te trzy zjawiska wymuszają na partiach i aktywistach społecznych stosowanie nieoczywistych strategii – czy to przy wystawianiu kandydatur, czy zachęcaniu do głosowania. Strategie te zapętlają się ze wzorami zachowań, a dopiero wszystko to razem tworzy mechanizm generujący ostateczny wynik.

Wyniku tego nie sposób uznać za optymalny z punktu widzenia któregokolwiek z kryteriów stosowanych do oceny systemów wyborczych. A już zupełnie nie z perspektywy sensownej równowagi takich kryteriów czy próby zdrowego ich połączenia. Być może modele matematyczne, na które – w obronie takiego systemu – powołuje się prof. Andrzej Kisielewicz, tworzą jakieś nadzieje. Lecz realnie wyniki głosowania pokazują, że zwycięzcy mogą liczyć na poparcie jeszcze niższe od tego, które jest zwykle udziałem wybranych zarówno w systemie brytyjskim, jak i obecnym sejmowym. Nie jest to jednak bynajmniej obrona jednego czy drugiego – to tylko ostrzeżenie, że są systemy gorsze od obu.

Nic nieznaczący margines

Dopiero połączone spojrzenia Morawieckiego i Michałowskiego pozwalają uchwycić istotę problemu. System wyborczy jest ramą, w której ustala się równowaga między dwiema postawami wobec wyborów. Podejście, w którym wyborca poprzez głosowanie wyraża swoje poglądy i głosowanie, jest elementem gry strategicznej, prowadzającej do ustalenia, kto konkretnie będzie reprezentantem i – co ważniejsze – kto będzie rządził po wyborach.

Znaczenie takiej równowagi jest pomijane także przez zwolenników systemu brytyjskiego, na co dowodów dostarcza argumentacja Bartłomieja Michałowskiego. To, że z doświadczeń innych krajów wybierane są tylko szczątki argumentów, to jedno. Gorzej, że zwolennicy takiego rozwiązania ignorują efekty jego wprowadzenia w polskich samorządach w 2014 roku. Szczegółowa analiza wyników tych wyborów każe podać w wątpliwość opowieści, którymi posługują się zwolennicy wprowadzenia w Polsce brytyjskiego rozwiązania.

Tym, co łączy wielu naszych zwolenników brytyjskiego systemu FPTP (ang. first past the post, co dosłownie oznacza pierwszy przekroczył linię mety, bywa też stosowana ang. nazwa winner-takes-all, czyli zwycięzca bierze wszystko) oraz Kornela Morawieckiego, jest wiara w ozdrowieńczą siłę indywidualnych kandydatów niezależnych od ugrupowań politycznych. Nawet jeśli polskie gminy nie przenoszą ogólnokrajowych podziałów politycznych, to w przytłaczającej większości z nich funkcjonuje wyraźny podział na rządzących i opozycję, które tworzą łatwe do zidentyfikowania ugrupowania.

Indywidualni kandydaci są w takich realiach nic nieznaczącym marginesem. Jeden taki radny występuje średnio w co trzeciej polskiej gminie. Do tego istotna część z nich to najpewniej stronnicy ugrupowania rządzącego lub opozycji. Można to wnosić z tego, że jedna z kluczowych stron lokalnego sporu nie konkuruje z takim kandydatem. Cisi wspólnicy tylko zacierają klarowność podziałów.

Druga opowieść to przekonanie, że system brytyjski prowadzi do rozliczenia sprawujących władzę właśnie przez jednoznaczny podział na rządzących i opozycję. Analiza wyborów w polskich gminach pokazuje, że jest to tylko połowiczna prawda – w najgorszym znaczeniu tego terminu. Owszem, w większości gmin uwypuklona została pozycja obozu władzy. Zdarza się, że całkowicie monopolizuje on radę. Czasami doprowadza do sytuacji, jak w Lubinie, gdzie 22-osobowy klub rządzący ma przeciwko sobie jednego radnego jako opozycję. Do tego wcale niepochodzącego z ugrupowania najgroźniejszego dla zwycięskiego włodarza. O ile bowiem mocna pozycja lokalnych partii władzy jest niewątpliwa, o tyle można też zauważyć, że opozycja w polskich gminach jest z reguły podzielona. Pokazuje to, że obiecywana przez zwolenników FPTP jednoznaczna odpowiedzialność i rozliczenie władzy wcale nie muszą być istotą tego systemu.

Stąd myślenie o terapii zacząć trzeba od sprawdzenia, co jest rzeczywistym problemem obecnego systemu. To, że coś w nim nie gra, jest widoczne i w sondażach, i w wypowiedziach wielu osób zajmujących się tematem.

Sama inicjatywa powrotu do dyskusji na temat zmiany ordynacji jest cenna. Oby tylko po raz kolejny nie skończyło się to na publicystyce. Obserwacja z bliska prac komisji nadzwyczajnej nad kodeksem wyborczym w latach 2007–2011, nie jest tutaj szczególną zachętą. W zasadzie przy tej okazji nie odbyła się żadna pogłębiona, merytoryczna dyskusja. Dominowała albo płytka, ideowa ekspresja wyobrażeń na temat tego, jak powinna wyglądać ordynacja, albo ewentualnie poszukiwanie partyjnych geszeftów, którym mogłyby służyć drugorzędne zmiany. Nie było konfrontacji ogólnych wyobrażeń czy doktryn politologicznych i prawnych z rzetelnymi badaniami dotyczącymi zachowań ludzi i organizacji. A przecież materiału do takich badań nie brakuje – ani w Polsce, ani w krajach, które stosują poszczególne systemy. Zwłaszcza w takich, jak Nowa Zelandia czy Szkocja, które systemy zmieniały, poszukując równowagi pomiędzy ekspresją i strategią. Równowagi, która najczęściej nawiązuje do spersonalizowanej ordynacji proporcjonalnej stosowanej u naszych zachodnich sąsiadów. Rozwiązanie to nie ma mocy pobudzenia wyobraźni, jak system brytyjski czy nowe idee – lecz może za to radzi sobie z lepiej z konkretnymi problemami.

Droga na skróty

Wbrew pozorom sprawa jest pilna. Wybory samorządowe 2014 roku pokazały wyraźny kryzys dotychczasowego systemu wyłaniania naszych przedstawicieli. Radni powiatów i sejmików wybierani są wszak w systemie powielającym sposób wybierania Sejmu, w warunkach potęgujących wszystkie występujące w nim patologie. Na zmianę systemu przed kolejnymi wyborami samorządowymi zostały już tylko dwa lata. Jeśli zaś z taką zmianą się nie zdąży, trzeba się liczyć z kryzysem politycznym porównywalnym do skali wydarzeń z 2014 roku. Nawet jeśli tym razem wszystko nie będzie wyostrzone przez awarię systemu informatycznego, to i tak może się okazać, że wiara w sprawność polskiej demokracji zostanie po raz kolejny zachwiana.

Badania prowadzone przez zespół Fundacji Batorego pokazały, że kształt karty do głosowania, będący pochodną dotychczasowego systemu, okazuje się mieć efekty o skali, której nie sposób zignorować. Setki tysięcy wyborców, których wpływ na wynik wyborów był inny od zamierzonego, milion tych, którzy zniechęcają się do głosowania i wrzucają puste kartki – to fakty, które powinny przemawiać do wyobraźni polityków. Tyle tylko, że do rozwiązania tego problemu nie ma drogi na skróty.

Pisali w Opiniach

Kornel Morawiecki Ordynacja wolnościowa

11 stycznia 2016

Bartłomiej Michałowski Głos oddany innym wyborcom

21 stycznia 2016

Andrzej Kisielewicz Więcej wolności dla wyborcy

2 lutego 2016

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL