Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Publicystyka

Puste kartki w urnie

Fotorzepa, Łukasz Solski
Poprzednie wybory samorzšdowe pokazały wyraŸny kryzys systemu wyłaniania naszych przedstawicieli. Jeœli ze zmianš ordynacji nie zdšży się przed kolejnymi wyborami, trzeba się liczyć z kryzysem politycznym o skali porównywalnej do tej z 2014 roku – ostrzega socjolog.

W dyskusji na temat ordynacji wyborczej, zapoczštkowanej postulatem posła Kornela Morawieckiego, szlachetne idee podpowiadajš nieadekwatne rozwišzania. Z jednej strony warto docenić tęsknotę za lepszym systemem. To jak najbardziej uzasadniony efekt patologii obecnego sposobu wybierania posłów. Jednak przejawem tej tęsknoty jest próba przedstawienia terapii, która wcale nie wynika ze szczegółowej podpartej faktami diagnozy. Do tego takiej terapii, która najwyraŸniej odpuszcza sobie przetestowanie możliwych skutków proponowanych lekarstw. Tymczasem wcale nie jest trudno sprawdzić, jakie sš realia propozycji zgłaszanych przez Kornela Morawieckiego oraz – w opozycji do niego – przez Bartłomieja Michałowskiego.

Podejrzany system

Rozwišzanie, pięknie nazwane przez marszałka seniora ordynacjš wolnoœciowš, jest w istocie tożsame z głosowaniem blokowym stosowanym w Polsce do czasu uchwalenia kodeksu wyborczego w wyborach senackich oraz w wyborach rad gmin mniejszych niż 20 tysięcy mieszkańców. Szczegółowe badania zachowań wyborców, strategii partii i losów kandydatów pokazujš, że jest to system wyjštkowo podejrzany. W zasadzie nadaje się tylko do tego, aby trzymać go w formalinie w muzeum patologii wyborczych.

Rzecz w tym, że uruchamia on skomplikowanš grę w trójkšcie partie–kandydaci–wyborcy. Kluczem jest tu rzeczywiœcie swoboda ekspresji, którš system daje wyborcom, pozwalajšc im postawić kilka krzyżyków. Częœć wyborców używa jej, owszem, do wyrażenia swoich wštpliwoœci i rozłożenia poparcia dla kandydatów różnych partii. Częœć z kolei zadowala się postawieniem jednego krzyżyka przy wybranym kandydacie, tak jak w innych wyborach. Jednak największa grupa wyborców kieruje się przede wszystkim lojalnoœciami partyjnymi i głosuje wyłšcznie na kandydatów ulubionego ugrupowania.

Te trzy zjawiska wymuszajš na partiach i aktywistach społecznych stosowanie nieoczywistych strategii – czy to przy wystawianiu kandydatur, czy zachęcaniu do głosowania. Strategie te zapętlajš się ze wzorami zachowań, a dopiero wszystko to razem tworzy mechanizm generujšcy ostateczny wynik.

Wyniku tego nie sposób uznać za optymalny z punktu widzenia któregokolwiek z kryteriów stosowanych do oceny systemów wyborczych. A już zupełnie nie z perspektywy sensownej równowagi takich kryteriów czy próby zdrowego ich połšczenia. Być może modele matematyczne, na które – w obronie takiego systemu – powołuje się prof. Andrzej Kisielewicz, tworzš jakieœ nadzieje. Lecz realnie wyniki głosowania pokazujš, że zwycięzcy mogš liczyć na poparcie jeszcze niższe od tego, które jest zwykle udziałem wybranych zarówno w systemie brytyjskim, jak i obecnym sejmowym. Nie jest to jednak bynajmniej obrona jednego czy drugiego – to tylko ostrzeżenie, że sš systemy gorsze od obu.

Nic nieznaczšcy margines

Dopiero połšczone spojrzenia Morawieckiego i Michałowskiego pozwalajš uchwycić istotę problemu. System wyborczy jest ramš, w której ustala się równowaga między dwiema postawami wobec wyborów. Podejœcie, w którym wyborca poprzez głosowanie wyraża swoje poglšdy i głosowanie, jest elementem gry strategicznej, prowadzajšcej do ustalenia, kto konkretnie będzie reprezentantem i – co ważniejsze – kto będzie rzšdził po wyborach.

Znaczenie takiej równowagi jest pomijane także przez zwolenników systemu brytyjskiego, na co dowodów dostarcza argumentacja Bartłomieja Michałowskiego. To, że z doœwiadczeń innych krajów wybierane sš tylko szczštki argumentów, to jedno. Gorzej, że zwolennicy takiego rozwišzania ignorujš efekty jego wprowadzenia w polskich samorzšdach w 2014 roku. Szczegółowa analiza wyników tych wyborów każe podać w wštpliwoœć opowieœci, którymi posługujš się zwolennicy wprowadzenia w Polsce brytyjskiego rozwišzania.

Tym, co łšczy wielu naszych zwolenników brytyjskiego systemu FPTP (ang. first past the post, co dosłownie oznacza pierwszy przekroczył linię mety, bywa też stosowana ang. nazwa winner-takes-all, czyli zwycięzca bierze wszystko) oraz Kornela Morawieckiego, jest wiara w ozdrowieńczš siłę indywidualnych kandydatów niezależnych od ugrupowań politycznych. Nawet jeœli polskie gminy nie przenoszš ogólnokrajowych podziałów politycznych, to w przytłaczajšcej większoœci z nich funkcjonuje wyraŸny podział na rzšdzšcych i opozycję, które tworzš łatwe do zidentyfikowania ugrupowania.

Indywidualni kandydaci sš w takich realiach nic nieznaczšcym marginesem. Jeden taki radny występuje œrednio w co trzeciej polskiej gminie. Do tego istotna częœć z nich to najpewniej stronnicy ugrupowania rzšdzšcego lub opozycji. Można to wnosić z tego, że jedna z kluczowych stron lokalnego sporu nie konkuruje z takim kandydatem. Cisi wspólnicy tylko zacierajš klarownoœć podziałów.

Druga opowieœć to przekonanie, że system brytyjski prowadzi do rozliczenia sprawujšcych władzę właœnie przez jednoznaczny podział na rzšdzšcych i opozycję. Analiza wyborów w polskich gminach pokazuje, że jest to tylko połowiczna prawda – w najgorszym znaczeniu tego terminu. Owszem, w większoœci gmin uwypuklona została pozycja obozu władzy. Zdarza się, że całkowicie monopolizuje on radę. Czasami doprowadza do sytuacji, jak w Lubinie, gdzie 22-osobowy klub rzšdzšcy ma przeciwko sobie jednego radnego jako opozycję. Do tego wcale niepochodzšcego z ugrupowania najgroŸniejszego dla zwycięskiego włodarza. O ile bowiem mocna pozycja lokalnych partii władzy jest niewštpliwa, o tyle można też zauważyć, że opozycja w polskich gminach jest z reguły podzielona. Pokazuje to, że obiecywana przez zwolenników FPTP jednoznaczna odpowiedzialnoœć i rozliczenie władzy wcale nie muszš być istotš tego systemu.

Stšd myœlenie o terapii zaczšć trzeba od sprawdzenia, co jest rzeczywistym problemem obecnego systemu. To, że coœ w nim nie gra, jest widoczne i w sondażach, i w wypowiedziach wielu osób zajmujšcych się tematem.

Sama inicjatywa powrotu do dyskusji na temat zmiany ordynacji jest cenna. Oby tylko po raz kolejny nie skończyło się to na publicystyce. Obserwacja z bliska prac komisji nadzwyczajnej nad kodeksem wyborczym w latach 2007–2011, nie jest tutaj szczególnš zachętš. W zasadzie przy tej okazji nie odbyła się żadna pogłębiona, merytoryczna dyskusja. Dominowała albo płytka, ideowa ekspresja wyobrażeń na temat tego, jak powinna wyglšdać ordynacja, albo ewentualnie poszukiwanie partyjnych geszeftów, którym mogłyby służyć drugorzędne zmiany. Nie było konfrontacji ogólnych wyobrażeń czy doktryn politologicznych i prawnych z rzetelnymi badaniami dotyczšcymi zachowań ludzi i organizacji. A przecież materiału do takich badań nie brakuje – ani w Polsce, ani w krajach, które stosujš poszczególne systemy. Zwłaszcza w takich, jak Nowa Zelandia czy Szkocja, które systemy zmieniały, poszukujšc równowagi pomiędzy ekspresjš i strategiš. Równowagi, która najczęœciej nawišzuje do spersonalizowanej ordynacji proporcjonalnej stosowanej u naszych zachodnich sšsiadów. Rozwišzanie to nie ma mocy pobudzenia wyobraŸni, jak system brytyjski czy nowe idee – lecz może za to radzi sobie z lepiej z konkretnymi problemami.

Droga na skróty

Wbrew pozorom sprawa jest pilna. Wybory samorzšdowe 2014 roku pokazały wyraŸny kryzys dotychczasowego systemu wyłaniania naszych przedstawicieli. Radni powiatów i sejmików wybierani sš wszak w systemie powielajšcym sposób wybierania Sejmu, w warunkach potęgujšcych wszystkie występujšce w nim patologie. Na zmianę systemu przed kolejnymi wyborami samorzšdowymi zostały już tylko dwa lata. Jeœli zaœ z takš zmianš się nie zdšży, trzeba się liczyć z kryzysem politycznym porównywalnym do skali wydarzeń z 2014 roku. Nawet jeœli tym razem wszystko nie będzie wyostrzone przez awarię systemu informatycznego, to i tak może się okazać, że wiara w sprawnoœć polskiej demokracji zostanie po raz kolejny zachwiana.

Badania prowadzone przez zespół Fundacji Batorego pokazały, że kształt karty do głosowania, będšcy pochodnš dotychczasowego systemu, okazuje się mieć efekty o skali, której nie sposób zignorować. Setki tysięcy wyborców, których wpływ na wynik wyborów był inny od zamierzonego, milion tych, którzy zniechęcajš się do głosowania i wrzucajš puste kartki – to fakty, które powinny przemawiać do wyobraŸni polityków. Tyle tylko, że do rozwišzania tego problemu nie ma drogi na skróty.

Pisali w Opiniach

Kornel Morawiecki Ordynacja wolnoœciowa

11 stycznia 2016

Bartłomiej Michałowski Głos oddany innym wyborcom

21 stycznia 2016

Andrzej Kisielewicz Więcej wolnoœci dla wyborcy

2 lutego 2016

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL