Publicystyka

Jegliński: Państwo Islamskie i co dalej

Flickr, Tunisia Live
Wynikiem rywalizacji o strefy wpływów po upadku ISIS może być krucha stabilizacja przerwana kolejnym sunnickim powstaniem – pisze ekspert od Bliskiego Wschodu.

 Lady Pank śpiewał w latach 80-tych „Coś dzieje się wciąż na Bliskim Wschodzie.” Przyzwyczailiśmy się do tego, że tam ciągle „coś się dzieje”. Liczne konflikty tlą się przez lata, wybuchają, by znów wrócić do stanu uśpienia. Od początku XXI wieku coraz więcej konfliktów wybucha, ale zamiast wrócić do stanu uśpienia zamienia się w wojny permanentne. Prawie stuletnia równowaga geopolityczna zostawiona w spadku przez imperia kolonialne zaczęła załamywać się, chyba nieodwracalnie.

Mocarstwa wynagradzają

Kluczem do zrozumienia sytuacji jest przeszłość i mentalność regionu. Panowanie tureckie nad Syrią, Egiptem i zachodnią częścią półwyspu Arabskiego zaczęło się w 1517 r., po pokonaniu dynastii mameluków egipskich. Walki o panowanie nad Irakiem i resztą regionu toczyły się w XVI i XVII w. między Turcją osmańską i Persją. Turcja okazała się silniejsza. Persja jednak nie wyrzekła się do dziś swoich pretensji do hegemonii na Bliskim Wschodzie, sięgających aż V w p.n.e, kiedy to stanowiła największe imperium na świecie. Zwycięzcy Turcy nie przejawiali szczególnego zainteresowania rozwojem gospodarczym podbitych ziem, ale też nie ingerowali w sprawy lokalne. Wymagali uznawania zwierzchności sułtana i płacenia podatków. Jeśli te minimalne oczekiwania nie były spełniane, sułtan wysyłał wojsko w celu przywrócenia porządku.

Taki styl rządów trwał do I-ej wojny światowej, w wyniku której imperium osmańskie upadło. Na jego gruzach powstało pod wodzą Kemala Paszy silne państwo narodowe, które zajęło się głównie sobą. Do upadku Turcji poważnie przyczyniły się plemiona arabskie, nakłonione do powstania przeciw Turkom przez brytyjskich agentów. Jednym z nich był Thomas Lawrence, który zyskał dzięki powstaniu i książce o nim wielką sławę i przydomek Lawrence z Arabii. Powstanie, przy wparciu brytyjskiego Korpusu Wielbłądziego zakończyło się zwycięstwem zwieńczonym zdobyciem Damaszku 1 października 1918 r.cPowstańcy marzyli o jednym państwie arabskim od Jemenu po Syrię, ze stolicą w Damaszku, czyli tzw. Wielkiej Syrii. Zaczęli tworzyć administrację arabską. Ich przywódca, książe Fajsal z rodu Haszemitów-Kurajszytów, wywodzących się od proroka Mahometa, miał ambicję zostać królem tego państwa.

Wielka Brytania i Francja oczywiście nie zamierzały dotrzymać obietnic złożonych Arabom. Podzieliły między siebie obszar dzisiejszych państw: Iraku, Syrii, Libanu, Jordanii i Palestyny. Niektóre odcinki granic wyglądają, jakby kreślone na mapie linijką. W marcu 1920 r. rząd arabski obwołał księcia Fajsala królem Wielkiej Syrii. Już w kwietniu w San Remo zwycięscy alianci przyznali Francji Syrię, a Wielkiej Brytanii Palestynę i Irak jako terytoria mandatowe. Francuzi szybko stłumili opór części armii arabskiej, a król Fajsal I musiał uciec z kraju. Następnie, wykorzystując poparcie miejscowych chrześcijan, wydzielili z Syrii obszar, który nazwali Wielkim Libanem. Chcieli ułatwić sobie rządy, tworząc odrębne terytorium, na którym nieznaczną większość mieli chrześcijanie widzący we Francuzach ochronę przed muzułmanami.

Brytyjczycy w 1921 r. dali Fajsalowi I na otarcie łez tron Iraku. Liczyli, że w ten sposób uspokoją miejscową ludność, która źle przyjęła bezpośrednie rządy brytyjskie. Wynagrodzili też brata Fajsala I – Abdullaha za to, że pogodził się z panowaniem Francuzów w Syrii. Odłączyli od mandatowego terytorium Palestyny obszar leżący na wschód od rzeki Jordan (ok 3 powierzchni mandatu). Nazwali go Emiratem Transjordanii, a Abdullaha uczynili jego emirem.

Wkrótce po II wojnie światowej osłabione mocarstwa pod naciskiem miejscowej ludności wycofały swoje wojska z regionu. Jordania w 1946 r. z zależnego emiratu przekształciła się w niepodległą monarchię. W Iraku natomiast monarchia założona przez Fajsala I upadła w 1958 r. Tam i w Syrii do władzy doszli oficerowie wojskowi, którzy z czasem utworzyli brutalne dyktatury. Tęsknota Arabów za wspólnym państwem przejawiała się w popularności ideologii panarabskiej partii BAAS, a nawet w realnych działaniach. Egipt i Syria połączyły się w jedno państwo w latach 1958-61, a Jordania zawarła w 1958 r. krótkotrwałą unię z Irakiem. O przywództwo w regionie konkurowały Egipt i Jordania. Wizja państwa panarabskiego z lat 1918-20 była jednak nierealna w praktyce. Z czasem każda lokalna elita stawała się coraz bardziej przywiązana do swojej władzy. Pojawiało się coraz więcej sprzecznych interesów.

Niebezpieczne bikini

Ludziom Zachodu trudno jest zrozumieć, że państwa arabskie z wyjątkiem Egiptu nie są państwami narodowymi, tak jak kraje europejskie. Ludność Bliskiego Wschodu składa się z różnych plemion związanych ze sobą sojuszami i konfliktami, często pradawnymi. Kiedyś znajomy Irakijczyk, pracujący jako tłumacz dla wojsk koalicji międzynarodowej stacjonujących w Iraku, powiedział mi, że gdyby musiał wybrać między posłuszeństwem wobec rządu irackiego i szejka swojego plemienia, wybrałby szejka.

Polityka międzyplemienna dodatkowo zaciemnia obraz sytuacji politycznej regionu. Są plemiona sunnickie, które współpracowały np. z Amerykanami dlatego, że ich sąsiedzi i jednocześnie odwieczni wrogowie byli przeciwko Amerykanom. W stolicach i niektórych miastach Bliskiego Wschodu żyje ludność mieszana. Jednakże jest coraz więcej dzielnic zamieszkanych wyłącznie przez przedstawicieli danego wyznania lub narodu, czego przykładem jest Bagdad. W zachodniej Syrii i północnym Iraku mniejszości etniczne i religijne tworzą prawdziwe mozaiki.

W takiej sytuacji nowe władze musiały znaleźć inne spoiwo dla swoich państw. W Jordanii były to dynastia królewska Haszemitów oraz jej ambicje panarabskie, wsparcie Wlk. Brytanii, a potem prozachodnia polityka. Wojskowe dyktatury Syrii i Iraku postawiły na świecką ideologię panarabską, terror państwowy i wsparcie Związku Radzieckiego. Represjonowały religijność. Jeśli robiły ukłony w stronę religii, to tylko w celach taktycznych. Władza była sprawowana wedle zasady dziel i rządź. Dyktatorzy znaleźli bazę społeczną dla swoich rządów w mniejszościach religijnych z których pochodzili. W Iraku byli to sunnici arabscy, stanowiący 20% ludności, a w Syrii alawici (ok. 12% ludności), chrześcijanie (13%), druzowie i szyici (5%). Sojusz mniejszości syryjskich był cementowany strachem przed sunnicką większością, umiejętnie podsycanym przez dyktaturę. Wyłącznie z tychże mniejszości rekrutowały się elitarne jednostki wojskowe i służby bezpieczeństwa.

Podziały religijne są szalenie istotne, gdyż religia w mentalności ludzi na Bliskim Wschodzie odgrywa nieporównywalnie większą rolę niż w Europie i Ameryce Płn. Ateizm to grzech, aberracja niektórych członków elit. Bóg przenika wszystkie aspekty życia. Wszystko dzieje się z Jego woli. Bóg nagradza za pobożność i karze za grzechy. Skoro kraje arabskie przeżywają kryzysy i ponoszą klęski militarne (np. przegrane wojny z Izraelem, upadek Iraku Saddama Husajna), logiczną przyczyną tego muszą być grzechy ich mieszkańców. Łaskę Boga można odzyskać przez pobożne życie. Ta łaska przyniesie kres kryzysowi i zapewni zwycięstwo.

Takie przekonania sprzyjają wzrostowi pobożności i postawom radykalnym w miarę pogłębiania się kryzysu. Np. w latach 70. XX w. w egipskiej Aleksandrii można było po plaży chodzić w bikini, nawet jeśli nie było to powszechne. Obecnie kobiety kąpią się w pełnym ubraniu, a publiczne noszenie bikini jest nie tylko nie do pomyślenia, jest nawet niebezpieczne.

Religijność bliskowschodnia szokuje Europejczyka. Przekonałem się o tym w 2000 r. w Egipcie, odwiedzając urząd MSW w Kairze. Gdy z pobliskich meczetów rozległy się wezwania do modlitwy, każdy kto mógł przerwać pracę, przerywał ją. Urzędnik klękał na dywaniku przed swoim biurkiem. Petenci przystępowali do modlitwy w hallu, tam gdzie stali. Widok setek ludzi przerywających swoje zajęcia i oddających pokłony był niesamowity. Po kilku minutach modlitwy życie urzędowe toczyło się dalej normalnym trybem.

Tak ortodoksyjny stosunek do religii sprawia, że odstępstwa od niej są dla wielu osób nie do zaakceptowania. I to jest sednem problemu. Sunnici uważają, że prawowitymi następcami proroka Mahometa byli kalifowie z dynastii Umajjadów. Szyici zaś uważają, ze prawowitymi następcami proroka było dwunastu jego potomków zwanych imamami, a Umajjadzi bezprawnie zabrali im władzę. Szyici proszą imamów o wstawiennictwo do Boga, podobnie jak chrześcijanie swoich świętych. Sunnici natomiast wierzą, że modlić się można tylko do Boga. dlatego modlitwy szyitów do imamów, czyli ludzi są dla nich czystą herezją. Podobnie jak szyitów, za heretyków uważają także alawitów i druzów.

Syria znana była z tolerancyjnego społeczeństwa. W Iraku zawierano mieszane małżeństwa szyicko-sunnickie. Jednakże narastała frustracja spowodowana uprzywilejowaniem jednych kosztem drugich. Narastał też strach uprzywilejowanej mniejszości przed zemstą gorzej traktowanej większości. W momencie, gdy system terroru słabnie lub po prostu ulega zniszczeniu, uaktywniają się grupy radykałów atakujące członków innej społeczności etnicznej, wyznaniowej etc. Takie ataki niszczą wzajemną tolerancję i zaufanie. Na przykład w Jugosławii też były przez kilkadziesiąt lat mieszane małżeństwa i dobrzy sąsiedzi, którym nie przeszkadzała odmienność etniczna. Jednak, jak powiedziała mi znajoma Chorwatka - „Gdy do twojej wsi przyjeżdża uzbrojona banda Serbów i zaczyna mordować miejscowych Chorwatów tylko dlatego, że są Chorwatami, zaczynasz się bać i nienawidzić wszystkich Serbów”.

Ten mechanizm działa wszędzie. Spirala przemocy nakręca się strachem, chęcią zemsty, grabieży, usprawiedliwianych oczywiście ideologią. Strony konfliktu przestają brać jeńców. Dochodzi do czystek etnicznych. Gdy w grudniu ub. roku skapitulowało Aleppo, reżim Asada pozwolił opuścić miasto powstańcom (tzw. rebeliantom) i ludności cywilnej, a na teren rządowy w ramach tej samej umowy przeszli mieszkańcy dwóch wsi szyickich oblężonych przez powstańców.

Ludzie Saddama kontratakują

Spójrzmy teraz na mapę konfliktu. Przedstawia ona w przybliżeniu maksymalny zasięg Państwa Islamskiego (w Iraku jesień 2014, w Syrii lato 2015). Jedno rzuca się w oczy - Państwu Islamskiemu udało się opanować głównie tereny, gdzie przeważa arabska ludność sunnicka. Większość linii frontu przebiega wzdłuż granic podziałów wyznaniowych i etnicznych. Terytorium reżimu Asada to tereny popierających go mniejszości połączone szeroki korytarzem zamieszkanym przez sunnitów. Poparcie lub wrogość mieszkańców są więc kluczowe w tej wojnie.

W 2003 r. druga inwazja amerykańska na Irak zapoczątkowała rozpad postkolonialnego porządku na Bliskim Wschodzie. Amerykanom nie udało się przemodelować Iraku na wzorcową demokrację ani powstrzymać wybuchu wojny domowej między arabskimi sunnitami i szyitami. 9 lat później na fali arabskich rewolucji rozpadła się Syria. W drugiej połowie 2013 r. na scenie nagle pojawiło się tzw. Państwo Islamskie.

Odkrycie i publikacja ważnych dokumentówii wiele wyjaśniły o jego początkach. Otóż, Państwo Islamskie zostało założone, a w zasadzie zorganizowane przez byłych wysokich oficerów służb bezpieczeństwa i armii Saddama Husajna na pograniczu Syrii i Iraku. Starzy członkowie partii BAAS, raczej niereligijni ludzie, uznali, że nowy twór należy oprzeć na ekstremalnym radykalizmie religijnym, który będzie jednoczyć sunnitów i jednocześnie ideologicznie usprawiedliwiać terror. Dzięki radykalnej ideologii Państwo Islamskie łatwo pozyskało fundamenty swojego istnienia - poparcie wielu powstańców syryjskich i ludności sunnickiej, tysiące ochotników z zagranicy, którzy odegrali kluczową rolę w jego powstaniu oraz nieoficjalne wsparcie finansowe od bogatych państw sunnickich, głównie Arabii Saudyjskiej i Kataru.

Reszty dopełniła sprawna organizacja, umiejętne wykorzystanie ochotników cudzoziemskich, zaskoczenie, dezinformacja, rozdrobnienie oponentów i terror. Niechętna część ludności i organizacji lokalnych została zmuszona do uległości ter

Spójrzmy teraz na mapę konfliktui. Przedstawia ona w przybliżeniu maksymalny zasięg Państwa Islamskiego (w Iraku jesień 2014, w Syrii lato 2015). Jedno rzuca się w oczy - Państwu Islamskiemu udało się opanować głównie tereny, gdzie przeważa arabska ludność sunnicka. Większość linii frontu przebiega wzdłuż granic podziałów wyznaniowych i etnicznych. Terytorium reżimu Asada to tereny popierających go mniejszości połączone szeroki korytarzem zamieszkanym przez sunnitów. Poparcie lub wrogość mieszkańców są więc kluczowe w tej wojnie.

W 2003 r. druga inwazja amerykańska na Irak zapoczątkowała rozpad postkolonialnego porządku na Bliskim Wschodzie. Amerykanom nie udało się przemodelować Iraku na wzorcową demokrację ani powstrzymać wybuchu wojny domowej między arabskimi sunnitami i szyitami. 9 lat później na fali arabskich rewolucji rozpadła się Syria. W drugiej połowie 2013 r. na scenie nagle pojawiło się tzw. Państwo Islamskie.

Odkrycie i publikacja ważnych dokumentów i wiele wyjaśniły o jego początkach. Otóż, Państwo Islamskie zostało założone, a w zasadzie zorganizowane przez byłych wysokich oficerów służb bezpieczeństwa i armii Saddama Husajna na pograniczu Syrii i Iraku. Starzy członkowie partii BAAS, raczej niereligijni ludzie, uznali, że nowy twór należy oprzeć na ekstremalnym radykalizmie religijnym, który będzie jednoczyć sunnitów i jednocześnie ideologicznie usprawiedliwiać terror. Dzięki radykalnej ideologii Państwo Islamskie łatwo pozyskało fundamenty swojego istnienia - poparcie wielu powstańców syryjskich i ludności sunnickiej, tysiące ochotników z zagranicy, którzy odegrali kluczową rolę w jego powstaniu oraz nieoficjalne wsparcie finansowe od bogatych państw sunnickich, głównie Arabii Saudyjskiej i Kataru.

Reszty dopełniła sprawna organizacja, umiejętne wykorzystanie ochotników cudzoziemskich, zaskoczenie, dezinformacja, rozdrobnienie oponentów i terror. Niechętna część ludności i organizacji lokalnych została zmuszona do uległości terrorem w saddamowskim stylu. W Syrii w styczniu 2014 r. Państwo Islamskie dokonało zabójstwa bardzo popularnego lokalnego przywódcy. Reakcją na morderstwo był wspólny kontratak umiarkowanych, a nawet niektórych radykalnych ugrupowań powstańców. Państwo Islamskie straciło wtedy na krótko swoją stolicę Raqqa. Jednak udało mu się szybko odzyskać stracone obszary przy wsparciu lotnictwa… reżimu Assada. Państwo Islamskie skonsolidowało swoją władzę we wschodniej Syrii i w czerwcu 2014 r. rozpoczęło błyskawiczną ofensywę w Iraku. Zaledwie w ciągu 3 tygodni jego oddziały dotarły pod Bagdad. W sierpniu odebrało dużą część terenów Kurdom. Zwycięstwo ułatwiła fatalna postawa irackiej armii rządowej, jej złe wyszkolenie, liczne dezercje, porzucanie cennego sprzętu wojskowego.

Nagły sukces Państwa Islamskiego, jego okrucieństwa, wandalizm i skrajny radykalizm zmobilizowały do działania rząd iracki, bojówki szyickie, USA i Iran. Zachód zaczął wspierać armię iracką i Kurdów lotnictwem i dostawami broni. Wywierał także presję na Arabię Saudyjską i Katar, aby wstrzymały finansowanie pomocy dla Państwa Islamskiego. Rok później w sukurs reżimowi Asada przyszła Rosja. W efekcie Państwo Islamskie zaczęło ponosić porażki na wszystkich frontach. Właśnie traci Mosul, a jego czas wydaje się policzony.

rorem w saddamowskim stylu. W Syrii w styczniu 2014 r. Państwo Islamskie dokonało zabójstwa bardzo popularnego lokalnego przywódcy. Reakcją na morderstwo był wspólny kontratak umiarkowanych, a nawet niektórych radykalnych ugrupowań powstańców. Państwo Islamskie straciło wtedy na krótko swoją stolicę Raqqa. Jednak udało mu się szybko odzyskać stracone obszary przy wsparciu lotnictwa… reżimu Assada. Państwo Islamskie skonsolidowało swoją władzę we wschodniej Syrii i w czerwcu 2014 r. rozpoczęło błyskawiczną ofensywę w Iraku. Zaledwie w ciągu 3 tygodni jego oddziały dotarły pod Bagdad. W sierpniu odebrało dużą część terenów Kurdom. Zwycięstwo ułatwiła fatalna postawa irackiej armii rządowej, jej złe wyszkolenie, liczne dezercje, porzucanie cennego sprzętu wojskowego.

Nagły sukces Państwa Islamskiego, jego okrucieństwa, wandalizm i skrajny radykalizm zmobilizowały do działania rząd iracki, bojówki szyickie, USA i Iran. Zachód zaczął wspierać armię iracką i Kurdów lotnictwem i dostawami broni. Wywierał także presję na Arabię Saudyjską i Katar, aby wstrzymały finansowanie pomocy dla Państwa Islamskiego. Rok później w sukurs reżimowi Asada przyszła Rosja. W efekcie Państwo Islamskie zaczęło ponosić porażki na wszystkich frontach. Właśnie traci Mosul, a jego czas wydaje się policzony.

Zanim nastanie nowy porządek

Upadek Państwa Islamskiego nie przyniesie jednak trwałego pokoju. Państwo Islamskie w świetle wspomnianych rewelacji jest próbą odzyskania utraconej władzy przez dawną elitę saddamowską. Próba ta trafiła na podatny grunt, ponieważ zaspokajała u społeczności sunnickich potrzebę ochrony ich interesów. Obecne porażki Państwa Islamskiego wzmacniają bardzo Kurdów, którzy dążą do opanowania spornych terenów, zamieszkanych przez ludność mieszaną etnicznie. Z upadku Państwa Islamskiego skorzystają też szyici, którzy dominują politycznie we władzach Iraku. Taka sytuacja za jakiś czas doprowadzi do kolejnego powstania uciskanych sunnitów.

Być może ich młodsze pokolenie, bogatsze o doświadczenia Państwa Islamskiego zrezygnuje z terroru, przez który ucierpiało także wielu sunnitów i który wywołał wrogość Zachodu. Zachód bowiem udowodnił, że jest w stanie zmienić przebieg wojny. Stabilne wypełnienie pustki politycznej po Państwie Islamskim na terenach sunnickich Syrii i Iraku będzie wymagało powstania tworu politycznego (państwa?), dbającego o interesy sunnitów. To byłoby kolejnym etapem kształtowania się nowego porządku na Bliskim Wschodzie i jednocześnie kontynuacją rozpadu starego porządku.

Czy istnieje lepsza alternatywa? Próba wprowadzenia demokracji wymagałaby poważnego zaangażowania mocarstw, przynoszącego krótkotrwałe efekty, podobnie jak w postsaddamowskim Iraku. Przywrócenie starego porządku, czyli dyktatur wojskowych, jest dla Zachodu nie do przyjęcia. Koncepcja tworzenia „kantonów” wydaję się niewystarczająca politycznie i nieefektywna ekonomicznie, co widać na przykładzie Bośni i Hercegowiny. Bardziej prawdopodobne wydaje się stopniowe tworzenie się nowego porządku, opartego na kryteriach religijnych i etnicznych. Zachód po porażce USA w Iraku nie będzie chciał mieszać się do regionalnych konfliktów bardziej, niż wymaga tego minimum. Rosja być może marzy o rozciągnięciu swoich wpływów na całą Syrię poprzez restaurację reżimu Asada, ale musiałaby porozumieć się z Iranem i Turcją, a USA na pewno zrobią wiele, by do znacznego rozszerzenia rosyjskich wpływów nie dopuścić.

Po upadku Państwa Islamskiego zapewne nastąpi walka o strefy wpływów między Zachodem z jednej strony, a Rosją i Iranem z drugiej. Swoją grę prowadzi też Turcja, gdzie Kurdowie stanowią ok. 15 proc. ludności. Turcja się boi, że istnienie niepodległych Kurdystanów w Syrii i Iraku będzie nasilało tendencje separatystyczne Kurdów tureckich. Dlatego gotowa jest wspierać nawet Państwo Islamskie, byle tylko zaszkodzić Kurdom. Powoduje to sprzeciw USA i państw europejskich, które dostrzegły w bojownikach kurdyjskich sprawną siłę, zdolną powstrzymać Pańswo Islamskie. Dla Zachodu ważne jest też to, że Kurdowie iraccy potrafili utworzyć stabilne państwo i chronili przed Państwem Islamskim jazydów i chrześcjan, mimo że w większości sami są sunnitami.

Wynikiem rywalizacji o strefy wpływów mogą być zgniłe kompromisy i krucha stabilizacja, przerwana kolejnym sunnickim powstaniem. Sytuacja wydaje się już zmierzać w tym kierunku. Stosunki między Kurdami irackimi i syryjskimi nie są najlepsze, ale zniknięcie państwowej granicy zapewne będzie sprzyjało wzajemnym kontaktom, a może i zjednoczeniu w wieloletniej perspektywie. Irak i Jemen rozpadają się na część szyicką i sunnicką. Powstanie niezależnego państwa sunnickiego w zachodnim Iraku i wschodniej Syrii zapewne pociągnie za sobą kolejne walki z Kurdami o przebieg granicy. Może także doprowadzić do rozpadu Jordanii i Arabii Saudyjskiej.

Wygląda więc na to, że tworzenie się nowego porządku na Bliskim Wschodzie będzie długie i krwawe, a kontrola jego przebiegu będzie wymagać poważnego zaangażowania Zachodu, również militarnego. Tymczasem Zachód nie ma ochoty na poważne zaangażowanie w bliskowschodni konflikt, bo jego społeczeństwa nie widzą w tym sensu, zwłaszcza po nieudanej amerykańskiej okupacji Iraku. Nie chcą wysyłać swoich synów i nie chcą wydawać pieniędzy na konflikt, którego nie rozumieją. Zachód zmieni politykę dopiero wtedy, gdy stanie się jasne, że koszty dotychczasowej ograniczonej interwencji są wyższe niż koszty dużej interwencji, czyli za późno. Obawiam się, że wojny religijno-etniczne będą trwały przez długie lata aż do ukształtowania się nowego ładu geopolitycznego. Nie widać światełka nadziei w ciemnościach na Bliskim Wschodzie.

 

Autor jest archeologiem, uczestniczył w polskiej misji pokojowej w Iraku

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL