Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Prawo autorskie

Prawo autorskie: osišgnęliśmy kompromis

123RF
Nie można ochrony prawa autorskiego zamienić w fikcję, lecz ograniczać jš wtedy, gdy przemawia za tym interes publiczny – mówi Andrzej Wyrobiec, wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego w rozmowie z Markiem Domagalskim

Rz: Podczas posiedzenia Senatu nad nowelš prawa autorskiego mówił pan, że to najpoważniejszy od dziesięciu lat projekt. Dlaczego? W zasadzie dostosowuje przecież polskie prawo do unijnych dyrektyw.

Andrzej Wyrobiec: Z tym nie mogę się zgodzić. To pierwsza nowelizacja prawa autorskiego od bardzo dawna, która wychodzi znacznie poza obowišzkowš implementację dyrektyw. Same wyjštki dotyczšce dozwolonego użytku majš przecież charakter fakultatywny. Komisja Europejska nie wymagała od nas choćby uregulowania kwestii e-learningu czy korzystania z utworów na potrzeby karykatury, parodii lub pastiszu. Państwa członkowskie majš też pełnš swobodę w kształtowaniu systemu wynagrodzeń ?za wypożyczenia biblioteczne. Prawo unijne przesšdza tylko, że ma być wprowadzony. Wreszcie korzystanie z utworów niedostępnych w obrocie handlowym nie jest wišżšco uregulowane w prawie unijnym. Sš rozwišzania niemieckie czy francuskie, ale majš wymiar krajowy. Tym tematem po prostu warto było się zajšć przy okazji wdrożenia dyrektywy ?o dziełach osieroconych.

Podczas prac nad ustawš wielu podkreœlało, ?by prawo autorskie jak najszerzej udostępniało utwory, co zaleca Unia. Czy się udało?

Prawo europejskie z jednej strony wymaga ochrony uprawnionych, z drugiej okreœla, ?w jakich sytuacjach powinna być ona ograniczona czy wręcz zniesiona. Nie będę wymieniał nowych obszarów dozwolonego użytku, bo opinia publiczna była już o tym wielokrotnie informowana. Ministerstwo przygotowuje ponadto prosty, praktyczny poradnik dotyczšcy wprowadzonych zmian i ich skutków. Pozwolę sobie natomiast na małš dygresję. Nie wiem, skšd się biorš opinie ?o rzekomo prostych regułach, które Unia wykorzystuje, by ułatwić dostęp do utworów. Dyrektywa o dziełach osieroconych dobitnie temu przeczy. Jako modelowe paneuropejskie rozwišzanie wybrano system, z którego korzysta relatywnie mało podmiotów (jedynie instytucje kultury, ochrony dziedzictwa filmowego czy nadawcy publiczni). Korzystanie ograniczono do dwóch pól eksploatacji: można tylko zrobić kopię utworu i udostępnić jš w internecie. Co oznacza, że np. Filmoteka Narodowa nie będzie mogła, na podstawie dozwolonego użytku, wyœwietlić „osieroconego" filmu, a publiczna telewizja go nadać. Tak ograniczone uprawnienia powstanš i tak dopiero po starannych poszukiwaniach. W przypadku utworów audiowizualnych będzie to – ze względu na co najmniej kilkudziesięciu uprawnionych ?– bardzo trudne. Gdzie tu prostota?

Przy niektórych „wolnoœciach" był opór?

Jeżeli dyskusja dotyczy dozwolonego użytku, który w praktyce wyłšcza ochronę majštkowych praw autorskich, to spory sš nieuniknione. Wštpliwoœci œrodowisk kreatywnych, które żyjš z udostępniania swoich treœci, budziły przede wszystkim regulacje e-learningu, prawa cytatu czy tzw. wyjštku incydentalnego. Z kolei niektóre postulaty œrodowiska tzw. otwartystów zainteresowanych bezpłatnym dostępem ?do kontentu tak by ukształtowały dozwolony użytek edukacyjny, że ochrona uprawnionych stałaby się iluzoryczna. Każda organizacja pozarzšdowa – także stowarzyszenie zwykłe, do którego założenia potrzeba trzech osób ?i nie podlega w praktyce żadnej kontroli ?– mogłaby bez zgody uprawnionego i opłat bezpłatnie udostępniać cudze treœci w internecie. Wystarczyłoby, że ilustrowałyby proces nauczania i korzystałby z nich ograniczony kršg osób (np. zidentyfikowanych użytkowników portalu ?czy członków grupy na serwisie społecznoœciowym). Znajšc pomysłowoœć niektórych rodaków, kršg podmiotów, które prowadzš działalnoœć edukacyjnš, bardzo by się poszerzył. Mówišc poważnie, trudno się z takimi pomysłami zgodzić. Nie tylko ignorujš reguły prawa międzynarodowego i europejskiego, ale i wypaczajš sens dozwolonego użytku publicznego. On nie ma zmieniać ochrony prawa autorskiego w fikcję, tylko ograniczać jš w interesie publicznym.

Czy ten kompromis ministerstwu się udał?

Wprowadziliœmy – w mojej ocenie – rozsšdne regulacje we wszystkich obszarach, które pierwotnie chcieliœmy objšć projektem. Niewštpliwie, co zresztš sygnalizowaliœmy ?w toku procesu legislacyjnego, konieczna jest pogłębiona dyskusja o wprowadzeniu rozwišzań, które opierajš się na rozszerzonym zbiorowym licencjonowaniu. Stworzyłoby to np. szersze, niż pozwala na to prawo unijne, możliwoœci korzystania z utworów „osieroconych" czy też dało wreszcie szansę na wykorzystanie potencjału archiwów publicznych nadawców radiowych i telewizyjnych.

Kiedy?

Nad takimi zmianami chcemy pracować przy okazji implementacji dyrektywy o zbiorowym zarzšdzaniu. To także dobry moment, by przemyœleć funkcjonowanie systemu zbiorowego zarzšdu w Polsce, w tym kwestie ustalenia stawek wynagrodzeń ?w ramach Komisji Prawa Autorskiego. Doœwiadczeń, nie zawsze pozytywnych, nazbierało się bardzo dużo. Traktuję obecnš nowelizację jak pierwszy krok w koniecznej modernizacji polskiego prawa autorskiego.

Dlaczego tak długo trwały prace nad nowelš? Czy œrodowiska: wydawców i twórców sš trudne? Chodzi o pienišdze czy o zasady?

Można coœ zrobić szybko albo zrobić dobrze. Nie wyobrażam sobie szybkiego procedowania w dziedzinie, w której interesy różnych podmiotów sš sprzeczne, a chce się poznać ich racje i zaprosić do wspólnego szukania możliwych punktów stycznych. Przypomnę, że tylko do dyskusji na Forum Prawa Autorskiego zaproszono ponad 80 organizacji. Posłużę się przykładem wynagrodzenia za użyczenia biblioteczne – mniej lub bardziej ukryte spory o jego kształt ?i Ÿródła finansowania trwały od wejœcia Polski do UE. Formułowano wiele sprzecznych opinii, ale ich autorzy chyba nigdy nie usiedli przy jednym stole. Kiedy już się udało, okazało się, że można wypracować coœ cennego wspólnie. Dwa i pół roku na dyskusję i proces legislacyjny w zestawieniu z kilkunastoma latami wymiany opinii, które nie zawsze miały umocowanie ?w faktach. Takie sytuacje uzmysławiajš dobitnie, że czas bywa pojęciem względnym. Poza tym opinia publiczna widzi tylko efekt końcowy – projekt z uzasadnieniem i ocenš skutków regulacji, a to tylko wierzchołek góry lodowej. Na poczštku trzeba sprawdzić rozwišzania innych państw członkowskich UE, orzecznictwo sšdów polskich i europejskich, przeœledzić, co na dany temat piszš przedstawiciele doktryny – dopiero potem zaczšć przygotowywanie dokumentów.

Pojawiajš się, nie od dzisiaj zresztš, opinie, ?że ochrona praw autorskich i podobnych dóbr niematerialnych jest zbyt duża, zbyt kosztowna, że chroni wielkie korporacje i bogate kraje kosztem zwykłych zjadaczy kultury.

Od jakiegoœ czasu jesteœmy œwiadkami globalnego konfliktu, który dotyczy dostępu do treœci i ich komercyjnej eksploatacji. Znaczenie utworu, podobnie jak informacji, ?w społeczeństwie opartym na wiedzy roœnie, bo na dostępie do kultury i rozrywki można coraz więcej zarobić. Z jednej strony sš podmioty, które tworzš kontent i chcš uzyskać zyski z jego dystrybucji. Z drugiej strony głównie internetowi, czasem globalni poœrednicy w dostępie do treœci. Niektórzy najchętniej nie płaciliby za to, dzięki czemu zarabiajš – dla nich prawo autorskie na pewno nie jest wygodne. Przy tym w najbardziej rozwiniętych państwach œwiata coraz częœciej posiadacze praw do kontentu tworzš własne platformy dostępu, a poœrednicy w dostępie do treœci własny kontent (np. Netflix).

A więc ten dwubiegunowy układ się zmienia?

Owszem. Na słowa czy narracje o prawie autorskim trzeba zawsze patrzeć w tym kontekœcie. Zastanowić się, kto do nas mówi, co tak naprawdę mówi i jak chce nasz stosunek do prawa autorskiego ukształtować. Nie ulega wštpliwoœci, że wiele branż, często zapewniajšcych coraz więcej miejsc pracy ?w gospodarkach państw rozwiniętych – także ta, w której zatrudniony jest pan redaktor – opiera się na istnieniu prawa autorskiego. Nie ma znaczenia, czy pana artykuł zostanie tradycyjnie wydrukowany czy opublikowany w internecie. Dodatkowo twórczoœć bez jej ochrony i możliwoœci czerpania dochodów przez uprawnionego będzie skazana wyłšcznie na jakšœ formę mecenatu, a więc uzależniona od preferencji mecenasa. Samo prawo autorskie zawiera liczne wyjštki, które pozwalajš na odstępstwa od monopolu. Niektóre sš adresowane do indywidualnych użytkowników (jak pan to okreœlił: „zwykłych zjadaczy kultury" – np. dozwolony użytek osobisty czy prawo cytatu). Inne dotyczš okreœlonych form eksploatacji twórczoœci, które zasługujš na szczególne traktowanie (np. dozwolony użytek edukacyjny czy naukowy). W tym systemie naprawdę można próbować wypracować jakšœ racjonalnš równowagę.

Czy internet nie wymaga uniwersalnej regulacji, bo w zasadzie nie zna granic?

Nie mogę w tej chwili wyobrazić sobie, że państwa œwiata sš w stanie wypracować jedno uniwersalne rozwišzanie. Tym bardziej że ich interesy i bliskie im wartoœci sš często krańcowo różne, a nie potrafiš się dogadać także w wielu prostszych kwestiach. Wiem też, jak trudno uzgadnia się nawet wšskie zakresowo umowy międzynarodowe na forum Œwiatowej Organizacji Własnoœci Intelektualnej. Poza tym kwestia praw autorskich to tylko fragment zagadnienia – internet dotyka każdej sfery życia, w tym obiegu informacji, a więc podstaw działania społeczeństwa w ogóle. Tutaj trzeba naprawdę zawsze dobrze się zastanowić, co się reguluje i jakie to może mieć skutki. Na gruncie europejskim konieczne sš rozsšdne korekty przepisów, które dotyczš ponadgranicznego korzystania z utworów w ramach UE. Niezbędne jest też wypracowanie wspólnych skutecznych narzędzi walki z naruszeniami własnoœci intelektualnej dokonywanymi przez podmioty, które z komercyjnej eksploatacji cudzej twórczoœci uczyniły stałe Ÿródło dochodu. To sš dla mnie realne zagadnienia ?do rozważenia na dziœ.

Niedawno Trybunał Konstytucyjny, rozpatrujšc skargę największego operatora kablowego ?w Polsce, orzekł niekonstytucyjnoœć przepisu pozwalajšcego żšdać od osoby, która w sposób zawiniony naruszyła prawa autorskie, trzykrotnoœci opłaty licencyjnej. Czy bez takich sankcji ochrona nie będzie iluzoryczna?

Trybunał w uzasadnieniu napisał wprost, że trzykrotnoœć wynagrodzenia jest sankcjš zbyt surowš. Nie zanegował natomiast opierania odpowiedzialnoœci odszkodowawczej na -krotnoœci opłaty licencyjnej jako takiej. ?W ogóle nie oceniał przepisu, który wcišż pozwala żšdać dwukrotnoœci opłaty licencyjnej. Uznał też za dopuszczalne odszkodowania o charakterze ryczałtowym lub inne rozwišzania, które ułatwiałyby dochodzenie odszkodowań przez uprawnionych. Œrodki wzmacniajšce ich ochronę więc istniejš i sš co do zasady w œwietle polskiej konstytucji dopuszczalne. Gdyby z nich z kolei całkowicie zrezygnować, łatwiej byłoby po prostu w ogóle nie szanować prawa. Podmioty gospodarcze (œwiadome, że muszš nabyć licencję) mogłyby bezprawnie korzystać z treœci, żeby po kilku latach ewentualnego postępowania sšdowego zapłacić tyle odszkodowania, ile wynosiłoby wynagrodzenie uprawnionych. Zamiast może zbyt surowej prewencji mielibyœmy do czynienia z wolnš amerykankš.

Wieloletnie spory o komercyjne wykorzystywanie tekstów wycinków ?pod szyldem przeglšdów prasy pokazuje, ?że ta ochrona twórczoœci nie jest łatwa. ?Trudno było usunšć art. 30 traktowany ?przez niektóre firmy monitorujšce media ?jako podkładki do pressclippingu?

Propozycja tej zmiany wzbudziła protest jednej polskiej firmy pressclippingowej, która opierała na nim swojš działalnoœć, ?i stowarzyszeń czy izb, których jest ona członkiem. ?Myœlę, że powszechna dyskusja szerzej uzmysłowiła, że dozwolony użytek publiczny nie może być co do zasady podstawš prowadzenia działalnoœci komercyjnej. Ustawodawca zaœ powinien eliminować przepisy niejasne czy anachroniczne – taki niewštpliwie był art. 30. Sam zaœ spór między wydawcami a firmami pressclippingowymi ma charakter cywilny: winien więc albo zakończyć się zawarciem stosownych umów, ?albo wyrokami właœciwych sšdów.

Rozmawiał Marek Domagalski

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL