Polskie Orły

Bartosz Bereszyński: ojciec wszystko zaplanował

Fotorzepa/Grzegorz Rutkowski
Kariera Bartosza Bereszyńskiego przypomina historię starszego kolegi z kadry, Łukasza Piszczka. Obaj zaczynali jako napastnicy, obaj stali się znakomitymi obrońcami. Bereszyński nawet bardziej wszechstronnym.

- Moją nominalną pozycją jest prawa obrona, ale nie zamykam się na inne rozwiązania. Równie dobrze mogę grać na lewej stronie, a także na prawym wahadle. Tam, gdzie trener mnie wystawi, dam z siebie wszystko - mówi Bereszyński. Taki zawodnik to skarb dla każdego selekcjonera.

Tym bardziej w obecnej sytuacji, gdy trenujemy nowe warianty w defensywie na wypadek nieobecności kontuzjowanego Kamila Glika. Mundialu w Rosji Bereszyński nie traktuje jak wyjazdu po naukę. Choć jego dorobek w reprezentacji to zaledwie osiem meczów, dziś trudno sobie wyobrazić kadrę bez niego. W drużynie Adama Nawałki jest jednym z tych graczy, którzy przez ostatni rok zrobili największe postępy.

Serie A to dla obrońcy prawdziwy uniwersytet, o czym przekonywali wcześniej Glik i Thiago Cionek.

- Taktyce poświęcamy bardzo dużo czasu, ćwiczymy ją przez trzy-cztery dni w tygodniu. Trenera Giampaolo postrzega się we Włoszech jako jednego z najlepszych nauczycieli dla młodych piłkarzy czy też dla tych, który uczą się tej wielkiej piłki. Bardzo mocno rozwinąłem się w grze defensywnej. Widziałem swoje braki w ustawieniu czy grze jeden na jednego, a teraz wychodzę naprzeciw Insigne z Napoli i wiem, że będzie mu trudno ze mną – opowiadał niedawno Bereszyński w wywiadzie dla "Przeglądu Sportowego".

Kibic Manchesteru United

Choć do Genui trafił w połowie sezonu (zimą 2017 roku), nie miał kłopotów z aklimatyzacją. Pomógł kolega z Lecha – Karol Linetty. Przez pierwsze pół roku Bereszyński rozegrał 14 spotkań, w minionym sezonie był już podstawowym zawodnikiem.

Sampdoria zrobiła świetny interes. Zapłaciła Legii 2 mln euro, dziś Bereszyński - według portalu transfermarkt.de - jest już wart sześć razy tyle. Dobra gra sprawiła, że Polakiem zaczęły się interesować silniejsze kluby z Interem Mediolan na czele. Ale Bereszyński nie ukrywa, że marzy mu się liga angielska. Od dziecka kibicuje Manchesterowi United, regularnie ogląda mecze Premier League. Podkreśla, że jest już na takie wyzwanie gotowy.

W Genui dmuchają na zimne, niedawno przedłużyli z nim umowę do 2023 roku. Zdają sobie sprawę, że po udanym mundialu może wrócić już tylko po to, by spakować walizki. Ale dla nich to nic nowego. Sampdoria to klub, który żyje z promowania utalentowanych graczy i sprzedawania ich z dużym zyskiem.

Wymagający ojciec

Piłkarskie geny odziedziczył po ojcu. Przemysław Bereszyński również był obrońcą, wychowankiem Lecha, w którym przez siedem lat (1988 - 1995) rozegrał 134 mecze. Świętował z nim trzy tytuły mistrza Polski (1990, 1992, 1993) i dwa Superpuchary Polski (1990, 1992), w europejskich pucharach mierzył się z Barceloną. Później przeszedł do Sokoła Tychy, a następnie do Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski. W sumie uzbierał w ekstraklasie ponad 200 spotkań. Karierę kończył w Kujawiaku Włocławek.

Bartosz urodził się, gdy ojciec grał jeszcze w Poznaniu. "Ze strony taty nie było presji, ciśnienia, żebym został piłkarzem. Czasem rodzice mają większe ambicje niż dziecko, chcą na siłę, żeby grało. Ja robiłem to dla siebie, nie dla taty. Nie zdarzyło się, żebym nie chciał iść na trening" - wspomina w rozmowie z "Przeglądem Sportowym", dodając, że ojciec był zawsze wobec niego wymagający. "Jako dziecko to mnie irytowało, dziś mogę mu za to podziękować (...). Tak sobie myślę, że moją karierę poprowadził idealnie. Najpierw był osiedlowy klub, do którego mieliśmy bardzo blisko z domu. Tata zachował kontrolę, mógł przyjść na trening, zobaczyć. Kiedy zobaczył, że w tym miejscu już się nie rozwinę, przeniosłem się trochę wyżej – do Poznaniaka. Potem znów szczebel wyżej, do Warty. No i kiedy uznaliśmy, że przyszedł odpowiedni moment na Lecha, zrobiłem ten krok".

Wiadomości z pogróżkami

Pierwszy profesjonalny kontrakt z Kolejorzem podpisał jeszcze przed 18. urodzinami. Po zaledwie siedmiu minutach gry w dwóch meczach został mistrzem Polski. Do podstawowego składu przebić się mu było ciężko, a gdy w styczniu 2013 roku doszedł do porozumienia z Legią, stał się w Wielkopolsce wrogiem publicznym numer jeden.

Umowa miała obowiązywać od nowego sezonu, ale kiedy otrzymał kilkaset wiadomości z pogróżkami, transakcję postanowiono przyspieszyć. Przekonuje, że wyzwiskami i obelgami się nie przejmował, bo od małego był odporny na opinie z zewnątrz.

W Warszawie Jan Urban przesunął go ze skrzydła na prawą obronę i był to przełomowy moment w karierze Bereszyńskiego. - Od pierwszego treningu czy meczu dobrze się tam czułem - zaznacza. Legia w 14 spotkaniach nie poniosła ani jednej porażki, zdobyła mistrzostwo, a Bereszyński został zauważony przez ówczesnego selekcjonera Waldemara Fornalika. Otrzymał powołanie na towarzyski mecz z Liechtensteinem. Wystarczyło osiem minut, by zanotował asystę przy trafieniu Artura Sobiecha.

Rok później przypieczętował kolejny tytuł dla Legii, strzelając gola... Lechowi. Pięć minut przed ostatnim gwizdkiem sędziego wykorzystał nieporozumienie Marcina Kamińskiego z Krzysztofem Kotorowskim i uderzeniem z ostrego kąta umieścił piłkę w pustej bramce.

Nie przypuszczał wówczas, że wkrótce stanie się o nim głośno z innego powodu. Kilkuminutowy występ Bereszyńskiego w rewanżowym spotkaniu z Celtikiem Glasgow w eliminacjach Ligi Mistrzów okazał się dla Legii gwoździem do trumny. Obrońca powinien wciąż pauzować za kartki z zeszłego sezonu, ale klub tego nie dopilnował. Legię ukarano walkowerem i straciła awans wywalczony na boisku.

"Coraz częściej jestem kojarzony z grą w dobrym klubie i mocnej reprezentacji, a nie z tego, że ktoś mnie wpisał do protokołu. Nie wiadomo, co by było, gdybym został w Lechu. Na 99 procent nie rozmawialibyśmy teraz w Genui. Może wyjechałbym pracować w innym zawodzie... Nie wiem, czy grałbym w piłkę na poziomie, który zapewniłby utrzymanie. Raczej kopałbym w niższych polskich ligach" - przyznał na łamach "Przeglądu Sportowego".

Ławka nie dla niego

W reprezentacji debiutował u Fornalika, ale regularne powołania zaczął mu wysyłać dopiero Nawałka. Na zgrupowaniach od początku podpatrywał Łukasza Piszczka, którego uważa za jednego z najlepszych prawych obrońców świata obok takich gwiazd jak Dani Alves, Kyle Walker i Antonio Valencia.

Bereszyński został przez wszystkich namaszczony na następcę starszego kolegi, ale w dwóch ostatnich meczach eliminacji mundialu - z Armenią i Czarnogórą - był ustawiany po drugiej stronie boiska i pokazał, że może rozwiązać problemy kadry na lewej flance. Wygląda jednak na to, że na mundialu ta pozycja przypadnie Maciejowi Rybusowi (jeśli zakładać, że wyjściową jedenastkę będą tworzyć zawodnicy, którzy rozpoczęli mecz z Chile), ale wszechstronność Bereszyńskiego pozwala mu wierzyć, że nie pojechał do Rosji tylko w roli widza.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL