Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Morawińska: Kolekcjonowanie sztuki to zawsze ryzyko

W warszawskim Muzeum Narodowym dzieci sš najliczniejszš publicznoœciš. Na zdjęciu: dziecięcy kuratorzy wystawy „W muzeum wszystko wolno” z dyrektor Morawińskš
PAP, Bartłomiej Zborowski
Piękno w tradycyjnym znaczeniu tego pojęcia niekoniecznie musi być celem dšżenia artysty. Nie zawsze przecież chodzi o technikę, ale o zawarte w pracy przesłanie.

Plus Minus: Jedna z wystaw w Muzeum Narodowym miała prowokacyjny tytuł „W muzeum wszystko wolno". Czy rzeczywiœcie w muzeum wszystko wolno?

Agnieszka Morawińska, dyrektor Muzeum Narodowego w Warszawie: O wiele więcej niż dawniej. Każdy zwiedzajšcy może myœleć co chce o tym, co oglšda, to jest zasadnicza zmiana w stosunku do tradycyjnej akademickiej historii sztuki, zakładajšcej, że do muzeum przychodzi przygotowany widz, poruszajšcy się według okreœlonych kanonów. I że będzie myœleć mniej więcej to, co myœlał kurator przygotowujšcy wystawę. Dziœ zmienia się sposób myœlenia – muzea przestajš być miejscami tylko dla wtajemniczonych, otwierajšc się na społeczeństwo. Im więcej przycišgniemy osób myœlšcych inaczej, majšcych inne systemy wartoœci, tym większy jest sukces muzeum.

To dlaczego widzowie często czujš się w nim doœć nieswojo?

Z powodu inżyniera Mamonia. Lubiš oglšdać to, co znajš i o czym wiedzš, że jest dobre. Ludzie bojš się nieznanego, unikajš własnych opinii, żeby nie popełnić jakiejœ gafy. Na wystawie „W muzeum wszystko wolno" była dobra frekwencja, ale nie sensacyjna. Obejrzało jš o połowę mniej ludzi niż wystawę Olgi Boznańskiej, którš pokazywaliœmy wczeœniej. A przecież „W muzeum wszystko wolno" było ewenementem na skalę œwiatowš, bo jej kuratorami było 70 dzieci, które nie myœlš tak schematycznie i konwencjonalnie jak doroœli. Jednak, jak wskazujš badania, jeœli ludzie już wejdš do muzeum, to sš usatysfakcjonowani. Chodzi o to, żeby dotrzeć do tej ogromnej grupy uważajšcej, że muzeum jest nie dla nich.

Polska publicznoœć różni się od tej za granicš?

Tak. Goszczšcy ostatnio w Warszawie David Fleming, dyrektor muzeum w Liverpoolu, miasta liczšcego pół miliona mieszkańców, odnotowuje ponadtrzymilionowš frekwencję odwiedzajšcych w cišgu roku. U nas, w dwumilionowej Warszawie, nie wiem, czy osišgnęlibyœmy taki wynik, sumujšc inne muzea sztuk pięknych i dodajšc Muzeum Powstania Warszawskiego.

Na czym polega problem?

Na niedostatecznej edukacji. Zagraniczne programy edukacyjne sš tak pomyœlane, by w cišgu roku dzieci były raz na koncercie, raz w teatrze, raz w muzeum. W ten sposób tylko w cišgu oœmiu lat podstawowej nauki młody człowiek nabywa pewne kompetencje obycia w kulturze. W Polsce tego rodzaju program nie jest w szkole realizowany. Choć w naszym muzeum dzieci sš najliczniejszš odwiedzajšcš nas publicznoœciš, to podejrzewam jednak, że przychodzš „po razie", czyli jeden raz w cišgu całej szkolnej nauki. Na œwiecie wizyty w muzeum należš do standardu spędzania czasu ludzi z pewnymi ambicjami. U nas twórcy trendów nie majš, niestety, obyczaju pokazywania się w muzeum. Znane osoby nie promujš takich miejsc. Nie sš one też atrakcyjnymi œciankami do fotografowania się dla polityków. Jeżeli już sytuacja tego wymaga, zapowiadajš, że przyœlš żonę albo dziecko.

Ale i ludzi zajmujšcych się sztukš współczesnš czy „galerzystów" rzadko widuję w Muzeum Narodowym na wernisażach...

Może także dlatego, że nasze muzeum mniej zajmuje się sztukš współczesnš niżby chciało i mogło. Jego tradycja stanowi, że nie pokazuje się tu wystaw żyjšcych artystów, najwyżej ich pojedyncze prace, jeœli należš do pokazywanego tematu czy problemu. Wynika to też z naszego dotkliwego braku miejsca. Galeria Sztuki XX i XXI wieku ma niecałe 700 metrów kwadratowych powierzchni, to znaczy jest galeriš minimalnš – a przecież przedstawiamy tam blisko 120 lat historii. Pokazujemy tylko malarstwo, grafikę, sygnalnie – film. A już wcale nie mamy miejsca, żeby pokazać instalacje, projekcje. Nasze muzeum nie należy do instytucji otrzymujšcych œrodki na sztukę współczesnš.

To niedobrze?

Bardzo Ÿle. Przekonanie, że Polska jest niezwykle bogata w zabytki, jest fałszywe. Jesteœmy bardzo biednym krajem pod tym względem. W naszych zbiorach sš nieobecne całe wielkie epoki artystyczne. Poza jednym obrazem („Plaża w Pourville" Claude'a Moneta, który ukradziono z Poznania, a potem szczęœliwie odnaleziono) nie ma chyba żadnego obrazu impresjonisty. Brakuje też obrazów reprezentatywnych dla głównych nurtów sztuki XX wieku, wszystkich -izmów. A za sto lat okaże się, że nie uczestniczyliœmy w dzisiejszej dystrybucji sztuki i też jej nie mamy.

Może zbieraniem takiej sztuki powinna się zajmować na przykład Zachęta, a nie Muzeum Narodowe?

To błędne myœlenie, z którym absolutnie się nie zgadzam. Już były takie koncepcje, ale ich realizacja zakończyła się fiaskiem. WeŸmy na przykład Narodowš Galerię Sztuki w Waszyngtonie, posiadajšcš przebogate zbiory, gromadzone w myœl zasady, że najwczeœniej można kupować dzieła artysty zmarłego 25 lat wczeœniej. Kiedy nastšpił boom na najnowszš sztukę współczesnš i stała się ona bardzo droga, zorientowano się, że w zbiorach może się pojawić dziura, bo dzieła klasyków współczesnoœci zrobiły się tak drogie, że nawet waszyngtońskiej galerii, która ma nieporównywalne z innymi placówkami możliwoœci finansowe, nie będzie na to stać. Obecnie galeria jest na bieżšco ze współczesnš sztukš, a tamtejszy kurator sztuki najnowszej jest wielkš figurš w tym œwiecie. Podobny pomysł był odnoœnie do Luwru. We Francji, gdzie istnieje centralne zarzšdzanie i gdzie muzea sš dotowane przez państwo, postanowiono, że Luwr będzie przede wszystkim zajmował się sztukš dawnš. A teraz w Luwrze odbywajš się także wystawy sztuki współczesnej. Warto przyglšdać się cudzym doœwiadczeniom i wycišgać z nich wnioski.

Czy decyzje o kupowaniu sztuki współczesnej sš proste? Cały czas przypomina się stwierdzenie prof. Marii Poprzęckiej z jej z wywiadów, że powstaje mnóstwo chłamu...

Trzeba podjšć pewne ryzyko, na tym polega kolekcjonowanie. Na przykład kolekcja współczesnej sztuki polskiej Mariusza Hermansdorfera, byłego dyrektora Muzeum Narodowego we Wrocławiu, jest imponujšca. Gromadził jš systematycznie, latami. W efekcie ma wiele bardzo cennych obiektów, których dziœ nie dałoby się nabyć ani łatwo, ani tanio. Jeœli chodzi o możliwoœci muzeum – pewnie wcale. Będšc dyrektorem, pełnił jednoczeœnie funkcję kuratora tej kolekcji. Każdy oczywiœcie zbiera inaczej. Inaczej zbierała Zofia Gołubiew w Muzeum Narodowym w Krakowie, inaczej zbieraliœmy my. Ale pewne ryzyko trzeba jednak podjšć.

Na wystawach sztuki współczesnej często dziœ trzeba czytać kartki z wyjaœnieniami, bez których niewiele można zrozumieć. Jak tu w ogóle mówić o pięknie?

Na pewno zmieniły się kryteria okreœlajšce, co jest dziełem sztuki i czy w ogóle sztuka produkuje dzieła. I może piękno w takim tradycyjnym znaczeniu tego pojęcia niekoniecznie musi być celem dšżenia artysty. Nie zawsze przecież chodzi o technikę, ale o zawarte w pracy przesłanie. Często jest to perswazja, innym razem zwrócenie uwagi na jakieœ zjawiska. Często wykrycie jakichœ skrywanych cech, grzechów społecznych czy jednostkowych. Fokus sztuki bardzo się przesunšł w kierunku psychoanalizy czy w ogóle analizy sytuacji egzystencjalnej ludzi i społeczeństw. Jednak artyœcie zależy na dotarciu do widza. A na pewno na znalezieniu kontaktu z człowiekiem.

A może raczej z kolekcjonerem albo nabywcš? O sztuce znacznie częœciej mówi się dziœ w kontekœcie pieniędzy i rynku sztuki niż wartoœci artystycznej dzieł...

Może i tak być. Ale też wielu artystów potrafi bardzo wiele dla swojej sztuki poœwięcić, sš do niej nastawieni idealistycznie.

W naszych czasach liczba dzieł i produkujšcych je artystów przewyższa produkcję wszystkich dotychczasowych epok.

W naszych czasach wszystkiego jest więcej, żeby nie powiedzieć: za dużo.

W takim razie mamy też kłopot z nadmiarem sztuki i z jej rozeznawaniem.

Tego nie wiem, choć tradycyjny historyk sztuki ma pewnie jeszcze większe kłopoty niż ktokolwiek inny, bo cišgle szuka tego, czego się nauczył. O tym, co dziœ oglšdamy, nie nauczono go, bo nasi profesorowie byli jeszcze bardziej tradycyjni niż my. Ale wydaje mi się, że bardzo wiele uczš nas artyœci i jeżeli troszkę wychylić się w kierunku tego, co dzieje się teraz, posłuchać, jak mówi o sztuce Zbigniew Libera, czy przyjrzeć się, jak dialoguje ze sztukš Oskar Dawicki, albo obejrzeć, jak działa na pograniczu rozmaitych sztuk i mediów Katarzyna Kozyra, to dostrzeże się, że sš to wspaniałe rzeczy. Unoszšce i często zapierajšce dech. Wymieniam artystów bardzo dojrzałych, ale sš przecież młodzi, którzy też sš bardzo intrygujšcy – np. Jakub Ziółkowski, Bartek Materka. Ciekawišce sš działania Karoliny Wiktor w Zachęcie – realizuje tam program zwišzany z afazjš, ze sposobem funkcjonowania mózgu. Tych spraw dawni artyœci też intuicyjnie dotykali, jak choćby Théodore Géricault, który malował osoby dotknięte obłędem. A w tej chwili jest to bardzo interesujšcy sposób uczestnictwa w œwiecie.

Zastanawiam się, czy widz nie wolałby jednak oglšdać sztuki zajmujšcej się duchowš stronš człowieka...

Jeden lubi tak, a drugi inaczej. Tu nie ma jednego sposobu rozumienia œwiata, opowiadania o nim. Każdy artysta na swój sposób przeżywa œwiat, przetwarza go w swoich pracach. My też, jako widzowie, mamy wybór, czy jest nam to bliskie czy nie.

Jakie muzeum jest dla pani wzorem, czyli do jakiego ideału pani aspiruje?

Trudne pytanie. Sš muzea, które zalecajš się dziełami – najpiękniejszym moim zdaniem – niedużym, ale idealnym zbiorem jest Frick Collection w Nowym Jorku, muzeum poœwięcone głównie XVII–XVIII wiekowi. Przepięknym muzeum jest Mauritshuis w Hadze – niewielkie, ale zbiory ma takie, że łzy w oczach stajš na samo wspomnienie. Z muzeów, które porównałabym z naszym, to jest Muzeum Wiktorii i Alberta w Londynie. Podziwiam sposób, w jaki modernizowana jest tam galeria po galerii, jak przycišga się do muzeum najrozmaitsze grupy ludzi i jak obecnie galerię poœwięconš dawnej sztuce wkomponowujš w projekty współczesnych artystów. Chciałabym, żebyœmy i my mogli tak działać, ale do tego potrzeba zrozumienia i znacznego finansowania.

Czy pienišdze sš w tej chwili najistotniejszym ograniczeniem dla muzeum?

Największym jest brak przestrzeni. W tym właœnie gabinecie, w którym rozmawiamy, po raz pierwszy, w 1961 roku, kiedy zaczynałam studia na historii sztuki, profesor Stanisław Lorentz mówił o planach rozbudowy muzeum i o koniecznoœci opuszczenia go przez korzystajšce z goœciny Muzeum Wojska Polskiego. Dziœ minęło 55 lat i nadal czekamy na ten moment. Coraz niecierpliwiej, zresztš, bo mielibyœmy jakšœ godniejszš przestrzeń dla wystaw czasowych.

To może Muzeum Narodowe powinno się pozbyć częœci zbiorów?

Muzeum jest placówkš służebnš – i tu zdobędę się na patos – wobec narodu. I bardzo często to, co się w nim znajduje, wylšdowało tu nie z wyboru kuratorów, ale z powodu wypadków historycznych. W dodatku muzeum ma wiele obiektów, które pokazywane bywajš niezwykle rzadko, ale musimy je mieć i przechowywać, jak na przykład kolekcje grafiki i rysunku, fotografii, dokumentację historycznš. Nie mamy tego komu przekazać, bo naszym zadaniem jest przechowywanie. Pozbywać się zbiorów mogš tylko prywatne muzea. Nie robiš tego muzea publiczne finansowane przez państwo.

Jak widzi pani przyszłoœć muzeum?

W tej chwili mam plan minimum, który i tak wykracza poza mój horyzont czasowy, ale zrobię wszystko, by go wtoczyć na odpowiednie szyny. Najważniejszš sprawš jest podbudowa głównego dziedzińca, by uzyskać jednš albo dwie kondygnacje mieszczšce przestrzeń publicznš, tzn. informację, kasy, sklep, szatnie, toalety. Także sale edukacyjne. Jest nam bardzo potrzebna adaptacja i remont kamienicy naszego darczyńcy Bronisława Krystalla w Alejach Jerozolimskich, którš muzeum odziedziczyło po nim. Do nadbudowanej o dwa piętra kamienicy przeniosłaby się dokumentacja, fotografia i otwarta biblioteka, czynne może – na wzór amerykański – całš dobę. Niezbędna jest też budowa nowego gmachu, w którym mieœciłby się instytut konserwacji, najlepiej międzymuzealny, ponieważ konserwacja jest dziœ bardzo skomplikowana i kosztowna, uczestniczš w niej fizycy, chemicy i specjalistyczne laboratorium. To absolutnie minimalny plan. A maksimum: duży gmach od strony ulicy Ksišżęcej, w którym byłoby muzeum dla dzieci i sale wykładowe.

Dużo mówi pani o koniecznoœci edukacji, sama też się niš zajmowała, wykładajšc m.in. na warszawskiej ASP.

Na ASP krótko, o wiele dłużej w PWST na Wydziale Wiedzy o Teatrze. Bardzo to lubiłam. Dużo lepiej szły mi wykłady po dziesięciu latach pracy w Zachęcie. Ale to już zamknięty rozdział. Powoli zaczynam mieć wrażenie, że wszystko już było i trudno byłoby mi się zmusić do mówienia raz jeszcze, kto to był Michał Anioł. Teraz swój entuzjazm próbuję włożyć w muzeum.

Agnieszka Morawińska jest historykiem sztuki, od listopada 2010 dyrektorem Muzeum Narodowego w Warszawie. Wczeœniej była m.in. kuratorem zbiorów malarstwa polskiego w tym muzeum oraz na Zamku Królewskim, dyrektorem Narodowej Galerii Sztuki Zachęta, wiceministrem kultury i ambasadorem RP w Australii

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL