Plus Minus

Morawińska: Kolekcjonowanie sztuki to zawsze ryzyko

W warszawskim Muzeum Narodowym dzieci są najliczniejszą publicznością. Na zdjęciu: dziecięcy kuratorzy wystawy „W muzeum wszystko wolno” z dyrektor Morawińską
PAP, Bartłomiej Zborowski
Piękno w tradycyjnym znaczeniu tego pojęcia niekoniecznie musi być celem dążenia artysty. Nie zawsze przecież chodzi o technikę, ale o zawarte w pracy przesłanie.

Plus Minus: Jedna z wystaw w Muzeum Narodowym miała prowokacyjny tytuł „W muzeum wszystko wolno". Czy rzeczywiście w muzeum wszystko wolno?

Agnieszka Morawińska, dyrektor Muzeum Narodowego w Warszawie: O wiele więcej niż dawniej. Każdy zwiedzający może myśleć co chce o tym, co ogląda, to jest zasadnicza zmiana w stosunku do tradycyjnej akademickiej historii sztuki, zakładającej, że do muzeum przychodzi przygotowany widz, poruszający się według określonych kanonów. I że będzie myśleć mniej więcej to, co myślał kurator przygotowujący wystawę. Dziś zmienia się sposób myślenia – muzea przestają być miejscami tylko dla wtajemniczonych, otwierając się na społeczeństwo. Im więcej przyciągniemy osób myślących inaczej, mających inne systemy wartości, tym większy jest sukces muzeum.

To dlaczego widzowie często czują się w nim dość nieswojo?

Z powodu inżyniera Mamonia. Lubią oglądać to, co znają i o czym wiedzą, że jest dobre. Ludzie boją się nieznanego, unikają własnych opinii, żeby nie popełnić jakiejś gafy. Na wystawie „W muzeum wszystko wolno" była dobra frekwencja, ale nie sensacyjna. Obejrzało ją o połowę mniej ludzi niż wystawę Olgi Boznańskiej, którą pokazywaliśmy wcześniej. A przecież „W muzeum wszystko wolno" było ewenementem na skalę światową, bo jej kuratorami było 70 dzieci, które nie myślą tak schematycznie i konwencjonalnie jak dorośli. Jednak, jak wskazują badania, jeśli ludzie już wejdą do muzeum, to są usatysfakcjonowani. Chodzi o to, żeby dotrzeć do tej ogromnej grupy uważającej, że muzeum jest nie dla nich.

Polska publiczność różni się od tej za granicą?

Tak. Goszczący ostatnio w Warszawie David Fleming, dyrektor muzeum w Liverpoolu, miasta liczącego pół miliona mieszkańców, odnotowuje ponadtrzymilionową frekwencję odwiedzających w ciągu roku. U nas, w dwumilionowej Warszawie, nie wiem, czy osiągnęlibyśmy taki wynik, sumując inne muzea sztuk pięknych i dodając Muzeum Powstania Warszawskiego.

Na czym polega problem?

Na niedostatecznej edukacji. Zagraniczne programy edukacyjne są tak pomyślane, by w ciągu roku dzieci były raz na koncercie, raz w teatrze, raz w muzeum. W ten sposób tylko w ciągu ośmiu lat podstawowej nauki młody człowiek nabywa pewne kompetencje obycia w kulturze. W Polsce tego rodzaju program nie jest w szkole realizowany. Choć w naszym muzeum dzieci są najliczniejszą odwiedzającą nas publicznością, to podejrzewam jednak, że przychodzą „po razie", czyli jeden raz w ciągu całej szkolnej nauki. Na świecie wizyty w muzeum należą do standardu spędzania czasu ludzi z pewnymi ambicjami. U nas twórcy trendów nie mają, niestety, obyczaju pokazywania się w muzeum. Znane osoby nie promują takich miejsc. Nie są one też atrakcyjnymi ściankami do fotografowania się dla polityków. Jeżeli już sytuacja tego wymaga, zapowiadają, że przyślą żonę albo dziecko.

Ale i ludzi zajmujących się sztuką współczesną czy „galerzystów" rzadko widuję w Muzeum Narodowym na wernisażach...

Może także dlatego, że nasze muzeum mniej zajmuje się sztuką współczesną niżby chciało i mogło. Jego tradycja stanowi, że nie pokazuje się tu wystaw żyjących artystów, najwyżej ich pojedyncze prace, jeśli należą do pokazywanego tematu czy problemu. Wynika to też z naszego dotkliwego braku miejsca. Galeria Sztuki XX i XXI wieku ma niecałe 700 metrów kwadratowych powierzchni, to znaczy jest galerią minimalną – a przecież przedstawiamy tam blisko 120 lat historii. Pokazujemy tylko malarstwo, grafikę, sygnalnie – film. A już wcale nie mamy miejsca, żeby pokazać instalacje, projekcje. Nasze muzeum nie należy do instytucji otrzymujących środki na sztukę współczesną.

To niedobrze?

Bardzo źle. Przekonanie, że Polska jest niezwykle bogata w zabytki, jest fałszywe. Jesteśmy bardzo biednym krajem pod tym względem. W naszych zbiorach są nieobecne całe wielkie epoki artystyczne. Poza jednym obrazem („Plaża w Pourville" Claude'a Moneta, który ukradziono z Poznania, a potem szczęśliwie odnaleziono) nie ma chyba żadnego obrazu impresjonisty. Brakuje też obrazów reprezentatywnych dla głównych nurtów sztuki XX wieku, wszystkich -izmów. A za sto lat okaże się, że nie uczestniczyliśmy w dzisiejszej dystrybucji sztuki i też jej nie mamy.

Może zbieraniem takiej sztuki powinna się zajmować na przykład Zachęta, a nie Muzeum Narodowe?

To błędne myślenie, z którym absolutnie się nie zgadzam. Już były takie koncepcje, ale ich realizacja zakończyła się fiaskiem. Weźmy na przykład Narodową Galerię Sztuki w Waszyngtonie, posiadającą przebogate zbiory, gromadzone w myśl zasady, że najwcześniej można kupować dzieła artysty zmarłego 25 lat wcześniej. Kiedy nastąpił boom na najnowszą sztukę współczesną i stała się ona bardzo droga, zorientowano się, że w zbiorach może się pojawić dziura, bo dzieła klasyków współczesności zrobiły się tak drogie, że nawet waszyngtońskiej galerii, która ma nieporównywalne z innymi placówkami możliwości finansowe, nie będzie na to stać. Obecnie galeria jest na bieżąco ze współczesną sztuką, a tamtejszy kurator sztuki najnowszej jest wielką figurą w tym świecie. Podobny pomysł był odnośnie do Luwru. We Francji, gdzie istnieje centralne zarządzanie i gdzie muzea są dotowane przez państwo, postanowiono, że Luwr będzie przede wszystkim zajmował się sztuką dawną. A teraz w Luwrze odbywają się także wystawy sztuki współczesnej. Warto przyglądać się cudzym doświadczeniom i wyciągać z nich wnioski.

Czy decyzje o kupowaniu sztuki współczesnej są proste? Cały czas przypomina się stwierdzenie prof. Marii Poprzęckiej z jej z wywiadów, że powstaje mnóstwo chłamu...

Trzeba podjąć pewne ryzyko, na tym polega kolekcjonowanie. Na przykład kolekcja współczesnej sztuki polskiej Mariusza Hermansdorfera, byłego dyrektora Muzeum Narodowego we Wrocławiu, jest imponująca. Gromadził ją systematycznie, latami. W efekcie ma wiele bardzo cennych obiektów, których dziś nie dałoby się nabyć ani łatwo, ani tanio. Jeśli chodzi o możliwości muzeum – pewnie wcale. Będąc dyrektorem, pełnił jednocześnie funkcję kuratora tej kolekcji. Każdy oczywiście zbiera inaczej. Inaczej zbierała Zofia Gołubiew w Muzeum Narodowym w Krakowie, inaczej zbieraliśmy my. Ale pewne ryzyko trzeba jednak podjąć.

Na wystawach sztuki współczesnej często dziś trzeba czytać kartki z wyjaśnieniami, bez których niewiele można zrozumieć. Jak tu w ogóle mówić o pięknie?

Na pewno zmieniły się kryteria określające, co jest dziełem sztuki i czy w ogóle sztuka produkuje dzieła. I może piękno w takim tradycyjnym znaczeniu tego pojęcia niekoniecznie musi być celem dążenia artysty. Nie zawsze przecież chodzi o technikę, ale o zawarte w pracy przesłanie. Często jest to perswazja, innym razem zwrócenie uwagi na jakieś zjawiska. Często wykrycie jakichś skrywanych cech, grzechów społecznych czy jednostkowych. Fokus sztuki bardzo się przesunął w kierunku psychoanalizy czy w ogóle analizy sytuacji egzystencjalnej ludzi i społeczeństw. Jednak artyście zależy na dotarciu do widza. A na pewno na znalezieniu kontaktu z człowiekiem.

A może raczej z kolekcjonerem albo nabywcą? O sztuce znacznie częściej mówi się dziś w kontekście pieniędzy i rynku sztuki niż wartości artystycznej dzieł...

Może i tak być. Ale też wielu artystów potrafi bardzo wiele dla swojej sztuki poświęcić, są do niej nastawieni idealistycznie.

W naszych czasach liczba dzieł i produkujących je artystów przewyższa produkcję wszystkich dotychczasowych epok.

W naszych czasach wszystkiego jest więcej, żeby nie powiedzieć: za dużo.

W takim razie mamy też kłopot z nadmiarem sztuki i z jej rozeznawaniem.

Tego nie wiem, choć tradycyjny historyk sztuki ma pewnie jeszcze większe kłopoty niż ktokolwiek inny, bo ciągle szuka tego, czego się nauczył. O tym, co dziś oglądamy, nie nauczono go, bo nasi profesorowie byli jeszcze bardziej tradycyjni niż my. Ale wydaje mi się, że bardzo wiele uczą nas artyści i jeżeli troszkę wychylić się w kierunku tego, co dzieje się teraz, posłuchać, jak mówi o sztuce Zbigniew Libera, czy przyjrzeć się, jak dialoguje ze sztuką Oskar Dawicki, albo obejrzeć, jak działa na pograniczu rozmaitych sztuk i mediów Katarzyna Kozyra, to dostrzeże się, że są to wspaniałe rzeczy. Unoszące i często zapierające dech. Wymieniam artystów bardzo dojrzałych, ale są przecież młodzi, którzy też są bardzo intrygujący – np. Jakub Ziółkowski, Bartek Materka. Ciekawiące są działania Karoliny Wiktor w Zachęcie – realizuje tam program związany z afazją, ze sposobem funkcjonowania mózgu. Tych spraw dawni artyści też intuicyjnie dotykali, jak choćby Théodore Géricault, który malował osoby dotknięte obłędem. A w tej chwili jest to bardzo interesujący sposób uczestnictwa w świecie.

Zastanawiam się, czy widz nie wolałby jednak oglądać sztuki zajmującej się duchową stroną człowieka...

Jeden lubi tak, a drugi inaczej. Tu nie ma jednego sposobu rozumienia świata, opowiadania o nim. Każdy artysta na swój sposób przeżywa świat, przetwarza go w swoich pracach. My też, jako widzowie, mamy wybór, czy jest nam to bliskie czy nie.

Jakie muzeum jest dla pani wzorem, czyli do jakiego ideału pani aspiruje?

Trudne pytanie. Są muzea, które zalecają się dziełami – najpiękniejszym moim zdaniem – niedużym, ale idealnym zbiorem jest Frick Collection w Nowym Jorku, muzeum poświęcone głównie XVII–XVIII wiekowi. Przepięknym muzeum jest Mauritshuis w Hadze – niewielkie, ale zbiory ma takie, że łzy w oczach stają na samo wspomnienie. Z muzeów, które porównałabym z naszym, to jest Muzeum Wiktorii i Alberta w Londynie. Podziwiam sposób, w jaki modernizowana jest tam galeria po galerii, jak przyciąga się do muzeum najrozmaitsze grupy ludzi i jak obecnie galerię poświęconą dawnej sztuce wkomponowują w projekty współczesnych artystów. Chciałabym, żebyśmy i my mogli tak działać, ale do tego potrzeba zrozumienia i znacznego finansowania.

Czy pieniądze są w tej chwili najistotniejszym ograniczeniem dla muzeum?

Największym jest brak przestrzeni. W tym właśnie gabinecie, w którym rozmawiamy, po raz pierwszy, w 1961 roku, kiedy zaczynałam studia na historii sztuki, profesor Stanisław Lorentz mówił o planach rozbudowy muzeum i o konieczności opuszczenia go przez korzystające z gościny Muzeum Wojska Polskiego. Dziś minęło 55 lat i nadal czekamy na ten moment. Coraz niecierpliwiej, zresztą, bo mielibyśmy jakąś godniejszą przestrzeń dla wystaw czasowych.

To może Muzeum Narodowe powinno się pozbyć części zbiorów?

Muzeum jest placówką służebną – i tu zdobędę się na patos – wobec narodu. I bardzo często to, co się w nim znajduje, wylądowało tu nie z wyboru kuratorów, ale z powodu wypadków historycznych. W dodatku muzeum ma wiele obiektów, które pokazywane bywają niezwykle rzadko, ale musimy je mieć i przechowywać, jak na przykład kolekcje grafiki i rysunku, fotografii, dokumentację historyczną. Nie mamy tego komu przekazać, bo naszym zadaniem jest przechowywanie. Pozbywać się zbiorów mogą tylko prywatne muzea. Nie robią tego muzea publiczne finansowane przez państwo.

Jak widzi pani przyszłość muzeum?

W tej chwili mam plan minimum, który i tak wykracza poza mój horyzont czasowy, ale zrobię wszystko, by go wtoczyć na odpowiednie szyny. Najważniejszą sprawą jest podbudowa głównego dziedzińca, by uzyskać jedną albo dwie kondygnacje mieszczące przestrzeń publiczną, tzn. informację, kasy, sklep, szatnie, toalety. Także sale edukacyjne. Jest nam bardzo potrzebna adaptacja i remont kamienicy naszego darczyńcy Bronisława Krystalla w Alejach Jerozolimskich, którą muzeum odziedziczyło po nim. Do nadbudowanej o dwa piętra kamienicy przeniosłaby się dokumentacja, fotografia i otwarta biblioteka, czynne może – na wzór amerykański – całą dobę. Niezbędna jest też budowa nowego gmachu, w którym mieściłby się instytut konserwacji, najlepiej międzymuzealny, ponieważ konserwacja jest dziś bardzo skomplikowana i kosztowna, uczestniczą w niej fizycy, chemicy i specjalistyczne laboratorium. To absolutnie minimalny plan. A maksimum: duży gmach od strony ulicy Książęcej, w którym byłoby muzeum dla dzieci i sale wykładowe.

Dużo mówi pani o konieczności edukacji, sama też się nią zajmowała, wykładając m.in. na warszawskiej ASP.

Na ASP krótko, o wiele dłużej w PWST na Wydziale Wiedzy o Teatrze. Bardzo to lubiłam. Dużo lepiej szły mi wykłady po dziesięciu latach pracy w Zachęcie. Ale to już zamknięty rozdział. Powoli zaczynam mieć wrażenie, że wszystko już było i trudno byłoby mi się zmusić do mówienia raz jeszcze, kto to był Michał Anioł. Teraz swój entuzjazm próbuję włożyć w muzeum.

Agnieszka Morawińska jest historykiem sztuki, od listopada 2010 dyrektorem Muzeum Narodowego w Warszawie. Wcześniej była m.in. kuratorem zbiorów malarstwa polskiego w tym muzeum oraz na Zamku Królewskim, dyrektorem Narodowej Galerii Sztuki Zachęta, wiceministrem kultury i ambasadorem RP w Australii

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL