Andrzej Juskowiak: Luis Figo był o mnie zazdrosny

aktualizacja: 02.09.2017, 10:29
Foto: Reporter, Przemek Świderski

– W Portugalii miałem status gwiazdy, bo przyjeżdżałem jako król strzelców igrzysk olimpijskich. Nikt nie wiedział, że srebrny medal w Barcelonie wywalczyliśmy także dlatego, że mieliśmy fajne dresy – mówi Michałowi Kołodziejczykowi były napastnik reprezentacji Polski Andrzej Juskowiak

REDAKCJA POLECA

Plus Minus: Umie pan jeszcze jeździć na wrotkach?

Dawno nie próbowałem, ale często biegam na nartach, więc może dałbym jeszcze radę.

Wrotki zmieniły pana życie.

Kiedy z rodzicami przeprowadziliśmy się do Gostynia, grałem z kolegami w piłkę w pobliskim lesie. Byłem najmłodszy, więc stawiali mnie na bramce, do czasu aż w wyścigu na wrotkach wygrałem piłkę. A kto miał piłkę, ten był panem. Zacząłem wybierać składy, wybrałem sobie też pozycję. Powiedziałem, że będę grał w ataku, i tak już zostało.

Mówi się o panu, że był forpocztą nowego pokolenia polskiej piłki na Zachodzie, że Polak mogło znaczyć „profesjonalista", a nie „dobra impreza".

Rzeczywiście trochę przecierałem szlaki. Wyrabiałem markę. We wszystkich klubach, w których grałem, a były to przecież ligi o różnym stylu, miałem miejsce w pierwszej drużynie i strzelałem bramki. Nie były to zespoły, które broniły się przed spadkiem, ale miały znacznie większe ambicje. Nikt nie pytał o moją przydatność, bo mówiłem golami. Statystyki nie kłamią, w wielkiej piłce liczy się powtarzalność, a ja regularnie o sobie przypominałem. Nikt mi miejsca za darmo nie oddał, a łatwo nie było, bo grałem także w reprezentacji Polski.

A w czym reprezentacja miałaby przeszkadzać?

Europa w 1992 roku nie wyglądała tak jak teraz. Trafiłem do Sportingu, a Lizbona to był koniec świata, nie było dogodnych połączeń lotniczych. Musiałem kluczyć, kilka razy się przesiadać. Czasami prosto z samolotu pędziłem na zgrupowanie przed kolejnym ligowym meczem. Obcokrajowców mogło grać tylko trzech, wszyscy byli świetni i o tym, kto wyjdzie w pierwszym składzie, decydowały detale.

W Portugalii na początku lat 90. patrzyli na pana jak na kogoś z innego świata?

Nie. Po kilku miesiącach, kiedy zacząłem już rozumieć język, dowiedziałem się, że od początku byłem traktowany jak wielka gwiazda. Przychodziłem do Sportingu jako król strzelców igrzysk olimpijskich w Barcelonie i to robiło na Portugalczykach olbrzymie wrażenie. Sam Luis Figo się śmiał, że byłem bardziej ceniony od niego i był o to zazdrosny. Figo był gwiazdą reprezentacji do lat 20, która rok wcześniej zdobyła mistrzostwo świata, i opowiadał mi, jak bardzo doskwierało mu to, że darzono mnie takim szacunkiem i że moje przyjście zdopingowało go do jeszcze lepszej gry. Startowałem z bardzo wysokiego pułapu.

Udało się?

Trudno było udźwignąć te oczekiwania. Ktoś, kto strzela gole na igrzyskach, powinien przecież od razu trafiać także w lidze, ale pierwszy sezon był dla mnie trudny. Zacząłem go z marszu, to był taki eksperymentalny okres. Zdawałem sobie sprawę, że spodziewano się po mnie trochę więcej. Po igrzyskach musiałem jednak szybko przystosować się do czegoś, z czym nie miałem wcześniej do czynienia.

To znaczy?

Na trening trzeba było zakładać ochraniacze. I to takie odlewane z kevlaru, chroniące piszczel i kość strzałkową, bo w rywalizacji o miejsce w jedenastce nie brano jeńców. Trzeba było się dopasować, żeby nie zrobić krzywdy sobie ani koledze z drużyny, a jednocześnie walczyć o swoje. Dla mnie to było duże zaskoczenie, że jak ktoś przyszedł na trening bez ochraniaczy, to nikt nie dawał mu taryfy ulgowej i się nad nim nie litował. Taka szkoła przetrwania przygotowująca do tego, co będzie się działo w trakcie meczu. Musiałem przestawić się na ten tryb pracy, bo w Polsce było inaczej. U nas kumpel kumplowi na treningu raczej odpuszczał, nie było ostrych spięć, w Portugalii – z jednej strony była koleżeńskość, czasami nawet bliskość, wspólna kawka, a później na boisku walka na noże. Nikt się nie oszczędzał, z boku wyglądało to tak, jakbyśmy chcieli się skrzywdzić.

Grzegorz Mielcarski opowiadał, że w FC Porto było jak w wielkiej rodzinie...

Każdy klub ma swoją specyfikę. Prezydent Porto, Pinto da Costa, zwracał dużą uwagę na relacje pomiędzy zawodnikami. Był jak ojciec: dużo wymagał, ale też wiedział o każdym problemie, wiele oferował, był bardzo blisko drużyny. W innych klubach dużo zależało od tego, kto akurat zarządzał. W Sportingu musiałem nauczyć się oddzielać to, co dzieje się na boisku, od życia w szatni. Takie podejście bardzo pomogło mi w późniejszej karierze w Grecji czy Niemczech. Wiedziałem, że jeśli sam o siebie nie zadbam, nikt nie będzie się nade mną rozczulał i szybko znajdą kogoś na moje miejsce. Czysta rywalizacja – każdego dnia trzeba było pokazać, że jest się lepszym, a w trakcie meczu korzystać z tego, że ma się obok siebie tych, którzy w walce o miejsce w składzie na swojej pozycji także okazali się lepsi. Bo przecież rozliczani byliśmy z wyników. Gdyby ich nie było, szukano by innych rozwiązań.

Dużo rzeczy dziwiło pana w Portugalii poza boiskiem?

Raczej nie. Chociaż jak patrzę na zdjęcia i widzę, w co się wtedy ubierałem, to pewnie koledzy z drużyny mieli ze mnie ubaw. Tyle że ani mnie to nie dziwiło wtedy, ani teraz – mieliśmy inne możliwości, inne sklepy. Dziś mamy wiele ładniejszych rzeczy do kupienia u siebie w kraju niż Portugalczycy. Na przykład buty.

Czuł pan, że koledzy dużo zarabiali?

Nie było wtedy jeszcze tak wielkich pieniędzy jak teraz. Niektórzy zarabiali więcej, niektórzy mniej, to normalne w każdym klubie. Na pewno nie było jednak takiej sytuacji, że w miesiąc po podpisaniu kontraktu ktoś za pierwszą wypłatę kupował sobie samochód za sto tysięcy euro. Czasy wielkich pieniędzy przyszły, kiedy kończyłem grać, w Niemczech się to zaczynało. W klubach, w których występowałem, koledzy mieli jednak bardziej rozsądne podejście do życia. Jakoś nikt nie chciał za wszelką cenę pochwalić się, czym jeździ, nikt nie wydawał więcej, niż zarabiał. Wszyscy starali się być jeśli nie skromni, to przynajmniej powściągliwi w obnoszeniu się ze swoim majątkiem. Potrafili pomyśleć o przyszłości, nikt nie chciał być podziwiany za to, co posiada. A przecież to byli wielcy piłkarze: taki Krasimir Bałakow albo Figo byli prawdziwymi idolami i być może nikt, zwłaszcza na południu Europy, nie miałby im za złe, gdyby karmili swoich fanów informacjami o nowych autach.

Trudno było panu znaleźć wspólny język z Figo?

Od pierwszego spotkania wiedziałem, że to bardzo utalentowany zawodnik. Miał nieprzeciętne umiejętności, łatwość dryblingu. Jak się rozbujał, to na dwóch, trzech metrach potrafił zgubić kilku przeciwników i robił to wiele razy. Nie że raz mu się udało, a później trzy razy już nie – dlatego później trafił do Barcelony i Realu Madryt. Z wiekiem możliwości jego organizmu były jednak mniejsze, nie był już tak dynamiczny, ale jego ruchy pozostały tak płynne jak w okresie, kiedy grałem z nim w Sportingu. Tak, uważam, że miałem szczęście występować z nim w jednym zespole, chociaż na początku to był problem.

Jaki?

Figo, Bałakow i inni zawodnicy z najwyższej półki potrafią myśleć kilka ruchów do przodu. Przewidują to, gdzie pobiegną ich koledzy, jak ustawią się przeciwnicy. Na początku często zdarzało się, że czekałem na jakieś podanie, a powinienem być w innym miejscu, nie potrafiłem przewidzieć tego, co się wydarzy. W końcu to zrozumiałem i po prostu biegłem gdziekolwiek, wiedząc, że jest duże prawdopodobieństwo, że dostanę podanie. Kiedy nauczyłem się ich myślenia, strzelałem więcej goli, towarzystwo takich genialnych piłkarzy bardzo ułatwiało mi grę. Potrafili wykorzystywać całą przestrzeń boiska.

Pomagali panu także w aklimatyzacji poza boiskiem?

Raczej trzymali dystans. Na początku był problem, bo nie znałem przecież żadnego języka obcego, jednak miałem szczęście, bo w Lizbonie mieszkał Ricardo Kurylski, który stwierdził, że nauczy mnie portugalskiego. Męczył mnie niemiłosiernie. Bywały dni, że nie wiedziałem, czy bardziej pocę się na treningach z drużyną czy na lekcjach u Ricardo, ale efekt był taki, że po pół roku byłem już w stanie się porozumiewać i udzielałem pierwszych wywiadów. W klubie nie było innego Polaka, może dlatego wszystko szybciej przyswajałem. Zresztą jeśli chodzi o wymowę, to portugalski jest dla nas bardzo wdzięcznym językiem do nauki.

No i co z tą aklimatyzacją w zespole? Nie wychodziliście na kolacje?

Nie wykluczam, że Portugalczycy spotykali się sami, jednak nie było tradycji spotkań całej drużyny. Raz na dwa tygodnie umawialiśmy się na jedzenie i picie. Samo picie nie, to by było nie po portugalsku. Po portugalsku jest także dużo mówić, więc te spotkania były bardzo ciekawe. Koledzy wyszukiwali knajpki, czasami jakieś małe, na przedmieściach Lizbony. Z tego, co pamiętam, najczęściej działo się to jednak, kiedy na boisku coś nie szło i nie osiągaliśmy najlepszych wyników. Wyjaśnialiśmy sobie wtedy nieporozumienia, gadaliśmy o tym, co naprawić. Ale specjalnej integracji nie potrzebowaliśmy, bo naprawdę dużo czasu spędzaliśmy razem. Zgrupowania zaczynały się po porannym treningu dzień przed meczem, a mecze ze względu na pogodę graliśmy przecież późnym wieczorem. Czasu dla siebie z kolegami mieliśmy bardzo dużo.

Pytali czasem o Polskę?

Byłem kiedyś w restauracji, w której dwóch właścicieli spierało się, gdzie leży Polska i za bardzo nie radzili sobie z umiejscowieniem jej na mapie Europy. Musiałem długo wszystko tłumaczyć, tak im się geografia rozmyła, jednak wynikało to z niewiedzy, a nie złych chęci. Portugalia zawsze była bardzo otwartym krajem, tak naprawdę tam nikogo nie obchodziło, skąd się pochodzi. Polaków było tam tak mało, że na cyklicznych spotkaniach u ambasadora dało się wszystkich przebywających w Lizbonie na kontraktach policzyć na palcach dwóch rąk. Ludzie mieli do nas neutralne podejście, inaczej niż w Niemczech, gdzie raczej nie kojarzyliśmy się z piłkarzami, tylko ze złodziejami samochodów. W Portugalii wzbudzałem ciekawość jako sportowiec, olimpijczyk i obcokrajowiec, ale tylko dlatego, że był limit trzech, którzy mogli grać. Tam kibice oddychają piłką – przecież nawet teraz, w dobie internetu, mają trzy dobrze sprzedające się sportowe dzienniki, które wychodzą także w niedzielę. Pamiętam, jak po swoim pierwszym sobotnim meczu w Sportingu kupiłem poniedziałkową gazetę i zobaczyłem, że nie napisali tam ani słowa o tym spotkaniu. Nawet wyniku nie podali, wszystko było w gazecie już w niedzielę.

Od razu zakochał się pan w Portugalii?

Kiedy tam przyjechałem, miałem 22 lata i zupełnie nie czułem, że to miejsce, w którym chciałbym mieszkać i w którym dobrze czułaby się moja rodzina. Stan Valckx, który był wtedy po trzydziestce – do Sportingu z PSV Eindhoven zabrał go Bobby Robson – powtarzał ciągle, że Lizbona to cudowne miejsce i że mógłby tam zostać na stałe. Wtedy go nie rozumiałem. Chciałem tam grać w piłkę, ale w Portugalii był, ogólnie mówiąc, bałagan. W Polsce też był wtedy bałagan, więc bardziej podobały mi się poukładane kraje, takie jak Niemcy. Dążyliśmy do niemieckości, z prostymi drogami i kolorowymi ulicami. A w Portugalii był miszmasz. Zacząłem tam wracać dopiero po tym, kiedy przeprowadziłem się do Niemiec...

A jednak.

No tak, tam rzeczywiście wszystko było pięknie poukładane, więc zacząłem tęsknić za spontanicznością i luzem. Wtedy rozkwitła moja portugalska miłość. Rozmawialiśmy czasem z żoną, że przez trzy lata mieszkaliśmy w takim pięknym miejscu i chyba przez to, że grałem w piłkę, że wracałem do domu po to, by wykończony paść na łóżko, w ogóle tego nie dostrzegaliśmy. Później zacząłem doceniać portugalski spokój życia, codzienne słońce, otwartych, pozytywnie nastawionych ludzi. O tym, że najlepsze owoce morza są w Portugalii, nie zamierzam nawet z nikim dyskutować.

Pana restauracja w Cascais serwuje owoce morza?

Nie, to włoska restauracja. Jak ktoś przyjeżdża do Portugalii, to przez pierwsze dni je tylko ryby, ale później chce zjeść makaron i przychodzi do mnie.

Jak kiedyś Peter Schmeichel.

Trafił do Sportingu z Manchesteru United i jak wielu piłkarzy klubów z Lizbony zamieszkał w Cascais. Ta miejscowość oraz pobliskie Estoril to były bardzo modne miejsca wśród piłkarzy. Nie ma tam zgiełku dużego miasta, jest świeże powietrze i zupełnie inny świat niż w Lizbonie. Wtedy nie było jeszcze ośrodków treningowych po drugiej stronie Tagu, tylko ćwiczyło się przy starych stadionach, 20 minut drogi od Cascais. Teraz już nikt nie może pozwolić sobie na dojazd przez most w porannych korkach do ośrodków treningowych.

Z władzami Sportingu nadal żyje pan w świetnych relacjach, a kibice rozpoznają pana na ulicach.

Bardzo mnie cieszy, że mam dobry kontakt z klubami, w których grałem. Szanują mnie tam, często dzwonią popytać o jakiegoś polskiego zawodnika, którym akurat się interesują. Portugalskie kluby, zanim oficjalnie zaczną starać się o jakiś transfer, sondują znajomych, chcą się dowiedzieć jak najwięcej, nie tylko o umiejętnościach piłkarskich. A ja grałem w Portugalii, wiem, jak specyficzne są tamtejsze rozgrywki, jacy zawodnicy mogą sobie tam poradzić, więc moja informacja może być przydatna. Sporting na przykład już cztery lata temu pytał mnie o Dawida Kownackiego, nie wiem dlaczego ostatecznie nie zdecydowano się go sprowadzić, bo poważnie się nim interesowano. Może poszło o kwestie finansowe, może Portugalczycy zdecydowali się na kogoś innego, ale to naturalne, że o zawodników z naszej ligi pytają tak wcześnie. Kluby z poważnych rozgrywek chcą wyciągać jak najmłodszych piłkarzy z Polski, bo widzą, jak wygląda nasza liga podczas europejskiej weryfikacji. Im szybciej polski zawodnik trafi za granicę, tym większa jest szansa, że zdąży się do dopasować do poważnego futbolu.

Który obraz polskiej piłki jest prawdziwy: reprezentacja na piątym miejscu w rankingu FIFA czy brak naszych klubów w fazie grupowej europejskich pucharów?

Trzeba te sprawy rozdzielić. Obecna reprezentacja Polski powstawała bardzo długo, selekcjoner miał do dyspozycji zawodników, z których wielu jest w życiowej formie i w swoich klubach gra główne role. Kadra Adama Nawałki ma bardzo mocny kręgosłup: od Kamila Glika w obronie po Roberta Lewandowskiego na szpicy. Ta drużyna jest w stanie naprawdę dużo zdziałać, bo słabsze ogniwa dopasowują się do liderów. Następuje równanie do najlepszych. Liga za to, jak mówią, rządzi się innymi prawami.

Jakimi?

Każdy zawodnik jest na sprzedaż, nie ma stabilności, trenerzy nie mają komfortu pracy. W zderzeniu z innymi krajami wyglądamy słabo. To, że żadnego naszego zespołu nie ma w tym sezonie w fazie grupowej europejskich pucharów, to dla ekstraklasy wielka porażka i problem. Tu nawet nie chodzi o pieniądze, bo nie ma przecież dysproporcji w zarobkach, jakie oferują polskie kluby w porównaniu z klubami z innych krajów w naszym regionie. Piłkarze w Polsce zarabiają bardzo dobrze, a odpadają z rozgrywek po meczach z anonimowymi drużynami. Niby widzimy w ekstraklasie postęp na co dzień, niby wiele meczów da się oglądać, ale to, co wystarcza do wygrania naszej ligi, jak na przykład doświadczenie, które mają piłkarze Legii, na Europę już nie wystarcza. Tam trzeba też trochę pobiegać i pomyśleć.

Polscy piłkarze nie myślą?

Nie można generalizować, ale sam jestem zawsze ciekawy, jak piłkarze, którzy zawiedli w ekstraklasie, zagrają w reprezentacji. Czy będą w stanie wejść na inny poziom. Do tej pory niektórym to się udawało, na przykład Krzysztofowi Mączyńskiemu. Jeśli ktoś niewtajemniczony w poprzednim sezonie, oglądając mecz Wisły Kraków, miałby wskazać kadrowicza, to wcale nie jestem pewny, że wskazałby właśnie na niego. Mączyński specjalnie się nie wyróżniał, a w reprezentacji grał solidnie, był przydatny, miał miejsce w pierwszym składzie drużyny, która dotarła do czołowej ósemki mistrzostw Europy.

Mamy nowoczesne stadiony, kluby coraz większe budżety. Dlaczego więc ciągle polscy piłkarze są dużo tańsi od choćby Serbów czy Chorwatów, których rozgrywki ligowe są gorzej opakowane?

Robert Lewandowski i Jakub Błaszczykowski wyjechali bezpośrednio z naszej ligi do silnych zespołów, ale nawet oni nie mieli tam wejścia smoka. Brakuje nam spektakularnego transferu do porządnego klubu w porządnej lidze, który od razu by wypalił. Wtedy inni nie mieliby problemów, żeby wydawać po 5–10 milionów euro za zawodników z ekstraklasy. Mieliby pewność, że kupują piłkarzy gotowych do walki, ukształtowanych. Największą wadą naszej ligi jest mała intensywność rozgrywania meczów, brak presji na przeciwnika. W Portugalii, i wcale nie mówię teraz o Sportingu, Benfice czy Porto, złe przyjęcie piłki oznacza jej stratę. U nas jest dużo czasu, by naprawić swój błąd. Nawet nasze najsilniejsze drużyny często nie mają pomysłu, stoją i czekają na własnej połowie. No i potem Polak po wyjeździe na Zachód potrzebuje przynajmniej pół roku, by wkomponować się do nowego zespołu. Dlatego jesteśmy tani. Ostatnio w Portugalii opowiadałem koledze, że Lech Poznań sprzedał Jana Bednarka za 6 milionów euro do Southampton. „To tanio sprzedajecie. Benfica na ostatnich trzech transferach zarobiła 112 milionów" – powiedział. Na to pracuje się latami i jeden awans Legii do Ligi Mistrzów po szczęśliwym wylosowaniu Dundalk niczego nie zmieni. Wiem, że Legia zbierała punkty, żeby w końcu być rozstawiona, ale nie możemy się doczekać regularnej obecności naszego mistrza w fazie grupowej i Europa to widzi. A to ma konsekwencje cenowe, nie jesteśmy dobrze postrzegani przez menedżerów czy dyrektorów sportowych w silnych ligach.

Przez 15 lat mieszkał pan za granicą. Przyjeżdżając do Polski na święta albo zgrupowania reprezentacji, widział pan, jak kraj się zmienia?

Tak naprawdę wyraźny skok można było zauważyć dopiero pod koniec lat 90. W Portugalii uczyłem się wszystkiego, co w Polsce stawało się normalnością dopiero po jakimś czasie. Niby był tam bałagan, ale czynsz za mieszkanie mogłem już zapłacić w bankomacie, to były nowe doświadczenia, ale nigdy nie czułem wstydu, że dopiero wszystko poznaję. Polska szybko się zmieniła, nasze dzieci urodziły się w Niemczech, ale podjęliśmy z żoną decyzję, że kiedy skończę grać w piłkę, wracamy do kraju. W Europę można teraz ruszyć bez problemu – to dla nas bardzo ważne. Gdyby były jakieś obostrzenia wizowe jak za dawnych czasów, to może na stałe zostalibyśmy jednak w innym kraju.

Potrafił pan zainwestować pieniądze zarobione podczas gry w piłkę, a inni zawodnicy z pana pokolenia potracili fortuny...

Z mojego pokolenia fortuny raczej w Polsce nikt się nie dorobił. A to, że mam z czego żyć, to wypadkowa wielu czynników – rodziny, postrzegania świata, charakteru, potrzeb. Mnie nie imponowało nigdy jeżdżenie drogim samochodem albo noszenie drogich ubrań. Ważne jest też środowisko, w jakim się poruszasz, jakich masz kumpli, znajomych. Hazardziście zawsze będzie trudno wyjść na swoje, obojętnie, czy będzie zarabiał 5 czy 50 tysięcy złotych. Myślę, że z kadry olimpijczyków z Barcelony większość moich kolegów była świadoma tego, ile może im dać piłka, jak długo może trwać kariera. Widzieliśmy w swoich klubach przykłady wielkich karier, które kończyły się nagle przez kontuzję. Uczyło nas też życie. W Portugalii i Grecji wszystkie moje sprawy załatwiał klub, kiedy trafiłem do Niemiec, zrozumiałem, że jeśli sam o siebie nie zadbam, nikt mi nie pomoże.

W jakich sprawach?

Codziennych, życiowych. Na przykład sam musiałem się ubezpieczyć. Klub pomagał mi pozałatwiać wiele rzeczy, ale w przypadku kontuzji płaciłby mi przez 42 dni, a później zarabiałbym tyle, na ile się ubezpieczyłem. To dawało do myślenia. Niemcy nauczyły mnie samodzielności. Trzeba było samemu podejmować decyzje, myśleć o tym, że kiedy gra się w piłkę, zarabia się bardzo dobrze, ale po zakończeniu kariery zarobki będą już inne.

Nie każdy piłkarz potrafi zdać sobie z tego sprawę.

Ktoś podchodzi do sprawy odpowiedzialnie, inny – że „jakoś to będzie". Jednemu menedżer poradzi dobrze, drugim nie będzie się przejmował. Każdy ma swój los i odpowiada za siebie, ale na pewno nieradzenie sobie z pieniędzmi to duży problem w piłce. Czytałem zestawienie, jak wielu zawodników w Anglii zarabiających ponad milion funtów rocznie zbankrutowało po zakończeniu kariery. To przerażające. Może pieniądze w futbolu przychodzą za łatwo i nie każdy daje sobie z tym radę. W Holandii zabiera się piłkarzom część wynagrodzenia i inwestuje, by później mieli z czego żyć. Naprawdę warto być roztropnym, bo spore kwoty pojawiają się w kontraktach nawet w naszej ekstraklasie. Wydaje mi się, że wśród sportowców świadomość tego, że nic nie trwa wiecznie, jest coraz większa. Pojawiają się firmy doradcze, my też jesteśmy pokoleniem, które wielu rzeczy doświadczyło i wie, przed czym przestrzegać, jakich ludzi unikać. Wiemy już, co to ryzykowne inwestycje, ale musieliśmy się tego nauczyć sami. Moi rodzice nie mieli o tym pojęcia.

Panu nigdy woda sodowa nie uderzyła do głowy?

Nie podobają mi się wywiady, jakich udzielałem. Jak czytam jakiś z lat 90., to zastanawiam się, czy wtedy istniała autoryzacja, czy może zwyczajnie coś tam chlapnąłem, a później nie interesowałem się dalszymi losami własnych wypowiedzi. Chyba byłem trochę buńczuczny, w pewnych kwestiach zarozumiały. Wynikało to z pewności siebie, bycia „panem piłkarzem". Nie żebym się czegoś wstydził, ale teraz powiedziałbym już coś innego, pewnych tematów w ogóle bym nie komentował. Być może jako królowi strzelców igrzysk niektóre zdania przychodziły mi łatwiej, wypowiadałem się zbyt dosadnie. Może nie zwracałem na to uwagi. Wydaje mi się jednak, że nawet w najlepszym dla siebie okresie nigdy sodówka mi do głowy nie uderzyła. Sława nie złamała mi charakteru, byłem dobrze wychowany przez rodziców, miałem mocno zakorzenione wartości i nie groziły mi żadne odchyły. W Wolfsburgu miałem obok siebie dwóch Polaków w drużynie i myślę, że gdybym przesadził, na pewno któryś zwróciłby mi uwagę.

W Wolfsburgu do dziś pamiętany jest Krzysztof Nowak, który grał z panem w drużynie i po ciężkiej chorobie zmarł w 2005 roku.

Razem trafiliśmy do klubu, mieliśmy bardzo dobry sezon i zostawiliśmy swój ślad na grze drużyny. Krzysiek był świetnym piłkarzem, który nigdy się nie męczył, zawsze znajdował się w grupie, która miała najlepsze wyniki testów wydolnościowych. A nie było łatwo w tamtych czasach dorównać Niemcom. Krzysiek był zdrowy jak koń, nie wiedział, co to kaszel, nie wiedział, co to przeziębienie. I właśnie od jakiegoś przeziębienia się zaczęło, tracił odporność. Myśleliśmy, że za tydzień, dwa wróci do normalnych treningów, ale okazało się, że cierpi na poważną i nieuleczalną chorobę układu nerwowego. Nie wierzyliśmy, że mogło to spotkać kogoś, kto tak o siebie dbał, profesjonalistę w każdym calu. Ciężko było patrzeć, jak kolega, z którym niedawno walczyło się w Bundeslidze, jeździ na wózku. To było przygnębiające.

Choroba i śmierć przyjaciela pomogły panu spojrzeć na życie z dystansem?

Byłem już doświadczonym piłkarzem, wiedziałem, że jedna kontuzja może wszystko zatrzymać, i byłem na to mentalnie przygotowany. Ale na to, co działo się z Krzyśkiem, tak naprawdę nikt nie mógł się przygotować. Widzieliśmy go na co dzień, jak próbuje walczyć z chorobą, z którą nie miał szans. Jak szuka pomysłu, wszystkich możliwości, ale nie daje rady. Wtedy rzeczywiście można sobie przewartościować życie. Myślę, że wielu zawodników Wolfsburga wyciągnęło z tej sytuacji wnioski, zaczęło myśleć o szczęściu, jakiego na co dzień doświadczają. Może nawet niektórzy pomyśleli, jak żyć, żeby po prostu się cieszyć i mieć dobre wspomnienia.

Pan ma dobre wspomnienia ze swojej kariery? Przez lata był pan najlepszym polskim napastnikiem, jednak nie udało się panu zagrać ani na mistrzostwach świata, ani na mistrzostwach Europy.

Grałem w eliminacjach mundialu w Korei, ale przez kontuzję w Wolfsburgu straciłem prawie cały sezon przed samym turniejem i nie byłem przygotowany. Ale wiedząc o tym, co się wydarzyło na turnieju, myślę, że łatwo trafiłbym do grona kozłów ofiarnych. Pewnie, że byłbym zadowolony, gdybym zagrał na wielkim turnieju, może byłoby to ukoronowanie kariery. Ale przecież igrzyska olimpijskie w Barcelonie to też była wielka impreza i mam stamtąd bardzo dobre wspomnienia.

O Januszu Wójciku zawsze mówi pan dobrze. Naprawdę odpowiadały panu jego metody pracy?

O Wójciku mówię tak w kontekście igrzysk w Barcelonie i przygotowań, jakie wcześniej przeszliśmy. To człowiek, który miał wtedy olbrzymi wpływ na naszą drużynę, na polską piłkę. Zbudował ciekawy zespół, także pod względem charakterologicznym, potrafił nas zmotywować, wywalczyliśmy przecież srebrne medale. A to, co robił później, niech oceniają inni, każdy może wyrobić sobie własne zdanie.

Ale pana naprawdę motywowało hasło: „Kiełbasy w górę"?

To powiedzenie weszło do masowej świadomości, a padło może raz. Drugi raz nie miałoby szansy powodzenia. Wójcik wiedział, jaką mamy drużynę, co trzeba zrobić, żeby osiągnąć sukces. To był człowiek, który jak coś postanowił, to robił wszystko, by dopiąć swego. Dobrze nas przygotował, nauczył walki o wynik. Doceniam to, że trafiłem do reprezentacji olimpijskiej i wywalczyłem sobie miejsce w składzie bramkami. Strzelałem regularnie, mieliśmy świetny zespół, trafiło się naprawdę utalentowane pokolenie. Być może czasami byliśmy grupą podatną na manipulacje Wójcika, ale ważne, że to było skuteczne. Sam awans, a później sukces na igrzyskach, to nie było takie hop-siup. Założona została fundacja z prezesem Zbigniewem Niemczyckim na czele, która stworzyła nam świetne warunki. Mieliśmy przecież lepiej niż pierwsza reprezentacja Polski. To była niesamowita motywacja, wyjeżdżaliśmy na zgrupowania do ciepłych krajów, sam oryginalny dres Adidasa był dla nas wtedy czymś niesamowitym. Wiem, że teraz to by się nie sprawdziło, że brzmi głupio, ale takie były czasy. Zdobyliśmy olimpijski medal także dlatego, że mieliśmy fajne dresy.

—rozmawiał Michał Kołodziejczyk, redaktor naczelny WP SportoweFakty

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

POLECAMY

KOMENTARZE