Plus Minus

Zbigniew Witaszek: Andrzej Lepper nie miał powodu popełniać samobójstwa

Tak się zasłużyłem Lepperowi, że bez pytania o pieniądze wstawił mnie na pierwsze miejsce na liście. Zbigniew Witaszek i Andrzej Lepper na korytarzu sejmowym, maj 2002 roku.
Reporter, Maciej Macierzyński
- Bez Samoobrony Lech Kaczyński nie zostałby prezydentem, a później nie byłoby zwycięstwa parlamentarnego PiS - mówi były poseł Samoobrony Zbigniew Witaszek

Plus Minus: Ma pan jeszcze biało-czerwony krawat Samoobrony?

Mam, chociaż do partii Samoobrona należałem nie więcej niż trzy miesiące. Najpierw zostałem do tego zmuszony, a niedługo potem mnie wywalono.

Dlaczego nie chciał pan wstąpić do Samoobrony?

Nigdy nie byłem partyjny, w PRL też nie. Wstąpiłem do związku zawodowego Samoobrona. Wspomagałem partię, gdy było trzeba, ale zapisać się nie chciałem.

Ale Andrzeja Leppera znał pan od lat?

Tak. Poznałem go w 1992 roku. Wtedy to był zupełnie inny człowiek niż ten, który wszedł do Sejmu i otoczył się ludźmi, którzy go zniszczyli.

Co pana urzekło w Lepperze, że postanowił go pan wspierać? Na początku lat 90. był pan dobrze prosperującym przedsiębiorcą. Nie miał pan chyba takich problemów jak rolnicy, którzy z powodu hiperinflacji wpadli w pułapkę zadłużenia?

Takich nie. Ale miałem 10 ha ziemi, a więc byłem trochę gastronomikiem, trochę hotelarzem, a trochę rolnikiem. Dlatego wiedziałem, jakie chłopi mają problemy. Chciałem skosić, nie miałem czym. A Lepper mi zaimponował, bo stanął na czele rolników, których sytuacja była naprawdę kiepska. Wtedy zadłużenie chłopów było ogromne. Komornicy licytowali ich maszyny za grosze. Lepper się za tymi ludźmi ujął. Dlatego zacząłem go popierać.

Jak się poznaliście?

Przyjechał kiedyś do mnie, bo miał spotkanie w okolicy. Zaczęliśmy rozmawiać. Potrzebował pomocy, bo to był biedny człowiek. Nie miał gdzie mieszkać w Warszawie, a więc mój syn użyczył mu swojego mieszkania. Gdy chciał urządzić spotkanie, to u mnie miał lokal za darmo. Gdy trzeba było jechać w teren, ja go woziłem. Odwiedziłem go w więzieniu w Czarnym i wykupiłem z aresztu w Białołęce, gdy go wsadzili za działalność albo za to, co mówił. Tu, przy moich tujach, Samoobrona nagrywała reklamówki i robiła zdjęcia do plakatów wyborczych. Byłem dla niego oparciem.

Stać pana było na to wszystko?

Tak. Wtedy u mnie był high life. Niby była bieda w społeczeństwie, ale moja restauracja tętniła życiem. Nie miała konkurencji. Teraz ludziom się poprawiło, a mnie jest gorzej. W okolicy jest masa restauracji, hoteli. Nie ukrywam, że dostałem w kość. Wie pani, ja w latach 60. miałem fermę drobiu, później fermę tuczników, a poza tym przez kilkanaście lat prowadziłem sieć ośrodków wypoczynkowych nad Zalewem Zegrzyńskim. Tam zdobyłem nazwisko, byłem znany wśród władz. W PRL żyłem lepiej niż teraz. Dzisiaj trudno jest cokolwiek załatwić. Kiedyś można się było spotkać, zjeść obiad, wypić po kielichu i sprawę się załatwiało. Dzisiaj to nie przechodzi. Trzeba mieć znajomości albo dawać łapówki, a ja na stare lata nie będę się hańbił wciskaniem prezentów. Ale wtedy, na początku lat 90., mogłem Leppera wspierać.

Jeździł pan na blokady?

Nie, ale byłem na wysypaniu zboża. To było zboże Zbigniewa Komorowskiego, właściciela Bakomy i zarazem ważnego działacza PSL. On je sprowadzał za grosze, bo było mocno zanieczyszczone, ale za to bogatsze w gluten. Nasi się zapalili, zaczęli krzyczeć, że on to zanieczyszczone zboże dodaje do jogurtów. Stanisław Łyżwiński miał z tego powodu sprawę w sądzie i przegrał. Miał przepraszać Komorowskiego. Tak samo Lepper, który powtórzył te zarzuty z trybuny sejmowej.

Dlaczego wysypywaliście to zboże? Bo było zanieczyszczone?

Nie. Przecież wiadomo, że Komorowski to zboże musiał oczyścić. To była akcja w obronie rolników, bo mieliśmy tego zboża dużo w kraju, a Komorowski jeszcze je sprowadzał. Ale był to też element rywalizacji z PSL. Tak samo jak blokada Ministerstwa Rolnictwa, w której też uczestniczyłem.

Mówi pan o okupacji Ministerstwa Rolnictwa w 2002 roku?

Dokładnie tak. Przyszedł do nas wtedy na rozmowę Czesław Siekierski, wiceminister rolnictwa. Ale Lepper nie chciał z nim gadać. Mówiłem: panie Andrzeju, dajmy już spokój. Ale on był narwany, szalał, wpadł w wir rozrabiania. A przecież to było akcja polityczna. Zaatakowaliśmy PSL, zademonstrowaliśmy, że nie podoba nam się to, co oni robią, i koniec, powinniśmy się rozejść. A on nie znał granic.

Pan pierwszy raz kandydował do Sejmu w 1997 roku.

Tak. 37 głosów dostałem (śmiech). Lepper szukał wtedy sprzymierzeńców. Wziął sobie do pomocy Leszka Bubla i jego wstawił na pierwsze miejsce na liście. Ja robiłem za tzw. zająca – byłem na liście, ale w ogóle nie robiłem kampanii.

37 głosów to naprawdę mało. Chociaż Czosnów, w którym pan mieszka i prowadzi biznes, powinien na pana zagłosować.

Ale oni nie wiedzieli, że kandyduję. Kto nas wtedy znał? Później, w 2001 roku, to na nas głosowali. Tysiąc głosów z Czosnowa dostałem.

W 2001 roku to już wiatr historii wiał w żagle Samoobrony.

To prawda. I to był taki silny wiatr, że mieliśmy w pewnym momencie prawie 30 proc. poparcia w sondażach. Dlatego trzeba było nas przyhamować. Wokół Leppera zaczęli się kręcić ludzie służb, zaczęły się zmiany wcześniejszych decyzji. Róża Żarska, mecenaska, miała prowadzić nasze biuro w Sejmie, a tu nagle dyrektorem biura został Janusz Maksymiuk. I to było nieszczęście Samoobrony.

Dlaczego?

Od początku rozbijał nasze środowisko. Reglamentował dostęp do szefa, egzekwował weksle. Przecież walka ze mną wzięła się przez ten weksel, którego nie chciałem podpisać. A tego dnia, kiedy Lepper miał rzekomo popełnić samobójstwo, on był w biurze, za ścianą. I co, ani razu nie zaszedł do szefa? Przecież tam się nikt nie mógł do szefa dostać bez niego.

Co pan sugeruje? Że Maksymiuk może coś wiedzieć na ten temat?

Tego nie twierdzę. Wiem tylko, że Lepper nie miał powodu popełniać samobójstwa i że śledztwo w tej sprawie powinno zostać wznowione.

Wróćmy do 2001 roku, gdy weszliście do Sejmu. Jak pan się z tym czuł?

Bardzo dobrze. Na początku nawet nie brałem pensji. Nie chciałem, żeby się mnie czepiali. Dopiero gdy przekazałem interes żonie i dzieciom, zacząłem brać pensję poselską. A zrobiłem to, bo Lepper chciał od nas trzy czwarte wynagrodzenia poselskiego brać na klub. Skończyło się co prawda na 1200 złotych, ale gdybym nie brał pensji poselskiej, to dopłacałbym do tego interesu. Dlatego przekazałem majątek dzieciom i zostałem posłem zawodowym. Ta pensja nie była zresztą taka wielka – 6 tys. zł na rękę.

Ale pan był wtedy w dziesiątce najbogatszych posłów. Na pieniądzach chyba panu nie zależało?

Tak mnie wycenili dziennikarze. A na to, że całe moje bogactwo to był hotel, który jest tyle wart, ile dochodu przynosi, to już nikt nie patrzył. Jeszcze wtedy sprzedałem trochę ziemi i poszła fama, że Witaszek taki bogaty. Wie pani, ilu tu przychodziło i mówiło: pomóż, daj? A to syn nie ma mieszkania, to mieszkanie mu kupić, a to nie mam co do garnka włożyć. Ile ja wysyłałem pomocy żywnościowej. Na pewno nie zarobiłem na polityce ani złotówki, a jeszcze sporo dołożyłem. A pan Lepper u mnie żadnych imprez już nie organizował. Imprezy były wtedy, gdy ja je finansowałem, a później, gdy mógł już płacić, to nie.

Miał pan o to żal do Leppera?

No tak, bo jak był biedny, to dzięki mnie miał gdzie mieszkać, był wożony i goszczony. Wieczór wyborczy 2001 roku u mnie został zorganizowany. 300 osób się bawiło. To akurat była impreza składkowa, każdy, kto mógł, coś dołożył. Krytykowali nas potem, że żona Leppera nie ma co do garnka włożyć, a tutaj tak się bawią. A potem do Witaszka już się nie jeździło, a na dodatek żądano ode mnie weksla na 1 mln złotych. Później zeszli na 550 tys. złotych, ale jak można było domagać się weksli na tyle pieniędzy, jak tam tyle biedoty było w tej Samoobronie. Przecież dzisiaj niektórzy posłowie Samoobrony żyją w biedzie, jeżeli nie mieli swojego interesu. Kto przyjmie byłego posła do prostej roboty? Wszyscy się boją.

Ale pan weksla nie podpisał?

Pewnie, że nie, bo to jest najłatwiejszy pieniądz do ściągnięcia. Poza tym taki weksel to jest ubezwłasnowolnienie posła. Lepper po cichu dogadał się z SLD i kazał nam wspierać ich pomysły. Akurat były takie głosowania, których nie chciałem popierać – za ograniczeniem urlopów macierzyńskich, za obcięciem dotacji na bary mleczne, a Lepper mówił – dyscyplina partyjna. Ale później miłość się skończyła. Leszek Miller prosił o poparcie przy aferze Rywina, a Lepper – nie.

Mówi pan to z satysfakcją. Nie lubił pan Millera?

Nie podobał mi się. U mnie oni wszyscy bywali na przedwyborczych spotkaniach – Aleksander Kwaśniewski, Krzysztof Janik, Józef Oleksy i Miller. Ja ich wszystkich znałem. W okresie kampanii zawsze robili spotkanie integracyjne, a ja im piekłem jakieś prosiaki czy dziki. Zawsze płacili, mieli pieniędzy w bród. Ale przed ostatnimi wyborami w 2015 roku, kiedy zabrakło im 0,5 proc. do przekroczenia progu, to nie zrobili ani jednego spotkania na naszym terenie. Zawsze była masa ludzi, a tym razem nic. Na dodatek wystawili z naszego okręgu jakąś dziewczynę, której cała rodzina była w PSL. Jak oni mieli wygrać?

Mówi pan, że musieliście głosować tak jak SLD, a przecież Andrzej Lepper był okropnie cięty na polityków Sojuszu. Pamięta pan, jak mówił o korupcji i wymieniał polityków Sojuszu po nazwiskach?

Oczywiście, że pamiętam, ale tam cichy układ był. Od Sojuszu dostał przyzwolenie na działanie – na blokady czy okupację Ministerstwa Rolnictwa. No i dostał stanowisko wicemarszałka. Co prawda szybko je stracił przez własną głupotę, ale na Samoobronę to miejsce w Prezydium Sejmu czekało. Wie pani, Lepper nie potrafił dysponować tym, co miał. Przecież wicemarszałek to dodatkowy samochód, kierowca, sekretarka. A on tyle czasu czekał, zanim zdecydował się na Genowefę Wiśniowską. Albo to wyrzucanie posłów z klubu. Po co było wywalać ludzi, skoro od każdego Lepper miał prawie 2,5 tys. złotych miesięcznie? Przecież to same straty finansowe. Nie rozumiałem, jak ten człowiek liczy. Może kalkulował, że jeżeli wywali starych ludzi i weźmie nowych, to od każdego ściągnie po 100 tys. zł za pierwsze miejsce na liście? Od starego by nie wziął, a słyszałem, że od nowych brał.

A pan zapłacił za miejsce na liście?

Nie. Widocznie tak się zasłużyłem Lepperowi, że bez pytania o pieniądze wstawił mnie na pierwsze miejsce na liście.

Jak to było, że został pan wyrzucony z Klubu Samoobrony?

Pięciu nas wtedy wyrzucono. Domagaliśmy się rozliczeń finansowych – z umeblowania biura, z podwójnych rachunków itd. Nie chcieliśmy tego rozgłaszać, dlatego napisaliśmy do Leppera list w tej sprawie, ale nie chciał tego wytłumaczyć. No i nie godziliśmy się na weksle. Ale nie powiem, że z powodu wyrzucenia było mi specjalnie przykro. Nie musiałem zginać karku. Później założyliśmy federacyjny klub poselski i z tego klubu wszedłem do komisji śledczej badającej aferę Orlenu. Wie pani, że w tej komisji trzech nas było z Samoobrony? Ja z klubu Federacyjnego, Andrzej Grzesik z Samoobrony i Andrzej Aumiller, który wtedy był jeszcze w Unii Pracy, ale w następnej kadencji zdobył mandat z Samoobrony. I dawaliśmy sobie w tej komisji radę, a próbowali z nas zrobić ciemniaków, którzy na niczym się nie znają. Jeden raz Lepper zachował się wobec mnie przyzwoicie, gdy zagłosował przeciwko odwołaniu mnie z tej komisji.

A dlaczego chciano pana odwołać?

Roman Jagieliński, który był szefem Federacyjnego Klubu Poselskiego, zarazem szefował Partii Ludowo-Demokratycznej i chciał, żebym ja reprezentował nie nasz klub, tylko tę partię. Nie zgodziłem się na to i Jagieliński próbował mnie odwołać. Wtedy Lepper go oszukał – powiedział, że poprze moje odwołanie, ale tego nie zrobił. Dlatego zostałem w tej komisji i obroniłem Włodzimierza Cimoszewicza przed tą damą z Dziekanowa, która go oskarżyła o manipulowanie oświadczeniem majątkowym.

Jak to pan go obronił? Rozumiem, że mówi pan o Annie Jaruckiej, asystentce Cimoszewicza z czasów gdy był szefem MSZ.

Wiedziałem, że ona jest z tej samej gminy co ja, a jakoś nie przyszła do sąsiada, żeby rozmawiać o Cimoszewiczu, tylko poszukała kontaktu do Konstantego Miodowicza, człowieka służb. Gdy ją spytałem, dlaczego nie zgłosiła się do mnie ze swoimi rewelacjami, to powiedziała, że nie wie. Później wyszło na jaw, że Cimoszewicz dał jej nadzór nad gospodarstwem pomocniczym, ale jej się zachciało jechać do Włoch, a on się nie chciał zgodzić i postanowiła go zniszczyć. A wszyscy tak ją hołubili na tej komisji – że ujawniła przekręty Cimoszewicza, że kobieta w ciąży, to trzeba z nią delikatnie, bo może poronić. A przecież po niektórych pytaniach od razu było widać, że to działania operacyjne służb. Tylko Zbigniew Wassermann z PiS mnie wsparł.

Chce pan powiedzieć, że było widać, iż chcą wrobić Cimoszewicza?

Oczywiście, że tak. Samoobrona w ogóle zrobiła dużo dobrych rzeczy w Sejmie. W komisji orlenowskiej mówiliśmy, gdzie tkwią problemy, gdzie są oszustwa na paliwach, na VAT. PiS potrafiło pięknie skorzystać z naszych ustaleń. Wykorzystało też nasz program rolny i teraz go realizuje. Bo u nas była fachowość. Gdy Lepper odszedł z rządu i poróżnił się Wojciechem Mojzesowiczem, to Jarosław Kaczyński nie dał tego stanowiska Krzysztofowi Jurgielowi z PiS, tylko dał je Mojzesowiczowi.

To były raczej targi polityczne, bo Mojzesowicz wyciągnął trochę ludzi z Samoobrony i dostał za to zapłatę.

Rzeczywiście, niepotrzebnie Mojzesowicz podzielił Samoobronę, wyciągając piątkę ludzi. Wtedy zaczęło się wyrzucanie Leppera. Gdyby tak się nie stało, to Lepper nie przegrałby tak sromotnie wyborów, bo byłby silniejszy. Mam też pretensje do Kaczyńskiego, że jak tylko wziął Leppera do rządu, to puścił za nim służby, sam to mówił, a te sprowokowały aferę gruntową. Przecież jeżeli ktoś im ułatwił zdobycie władzy, to Lepper.

Co pan ma na myśli?

To, że w wyborach prezydenckich poparł Lecha Kaczyńskiego, przeciwko Donaldowi Tuskowi. Lepper zdobył w wyborach prezydenckich 15 proc. głosów. A że Samoobrona była zdyscyplinowana, to gdy powiedział, że trzeba głosować na Kaczyńskiego, ludzie tak zrobili. Bez Samoobrony Lech Kaczyński nie zostałby prezydentem, a później nie byłoby zwycięstwa parlamentarnego PiS. Oni tego nie docenili. Wymyślili aferę gruntową, której nie było, bo nikt nigdy się nie dopytywał o odrolnienie tej ziemi, a potem szukali Bóg wie gdzie przecieków, a to z gminy wyszła informacja, że afera gruntowa to jest jedna wielka lipa. Moim zdaniem to była kompromitacja służb i wstyd. Wicepremiera własnego rządu oskarżyć o łapówkarstwo to jest wstyd na całą Europę.

Nie wierzy pan w aferę gruntową. A w seksaferę? Lepper oglądał się za pracownicami?

Znałem Leppera 11 lat i niczego takiego nie widziałem. On nie lubił takich byle jakich gówniar jak ta Aneta Krawczyk. Ktoś zapłacił tej dziewczynie, żeby powiedziała to, co powiedziała. Jej w Samoobronie zrobili krzywdę, bo była szefową biura, radną wojewódzką, a Staszek Łyżwiński postanowił wymienić ją na młodszą. Wykopał ją, a ona została bez środków do życia. To był ich błąd. Lepper lubił panie lekkich obyczajów, a ponieważ te damy są w kontakcie z policją, to nadały, że Andrzej ma słabość do kobiet. Tyle że nie chodziło o pracę za seks.

Gdy odszedł pan z Samoobrony, powiedział pan o Lepperze sporo gorzkich sów. Mówił pan m.in., że zdradził chłopów, bo poparł wejście do Unii Europejskiej.

Baliśmy się wstąpienia do Unii, ale teraz uważam, że Wspólnota zrobiła dla rolników dużo dobrego.

Ze strachu byliście przeciwko Unii?

Przyjechali do nas politycy z Wielkiej Brytanii i bardzo nas przestrzegali, żeby się w tę Unię nie pchać, bo rolnicy indywidualni u nich mocno dostali w skórę. No to skoro przyjeżdżają ludzie z zagranicy i tak nas ostrzegają, to co mieliśmy myśleć. Zresztą trochę nas oszukali przy wchodzeniu do Unii. Zachód dostaje więcej dopłat dla rolników, a my mniej i nie chcą nam tego wyrównać. Ale Lepper niczego nam nie narzucał w sprawie Unii. Powiedział – głosujcie, jak chcecie.

Szkoda panu Samoobrony?

Bardzo. To była potężna organizacja. Andrzej Lepper tak się napracował, żeby ją zbudować. Zawsze bał się służb, że go wezmą na cel. Bał się podsłuchów. A potem otoczył się podejrzanymi ludźmi, nie miał wiele do powiedzenia i wszystko zostało zniszczone. Lepper miał do mnie żal, że go źle potraktowałem. Opowiadał bzdury, że tyłem się do niego odwracałem. To nieprawda. Mimo że Lepper mnie wyrzucił, do dzisiaj jestem mu wdzięczny, że mnie wciągnął do polityki i zostałem posłem. Dlatego chodzę na te spotkania upamiętniające go.

To dlaczego miał do pana żal?

Do wszystkich miał żal. Gdy człowiek spada z piedestału, a był marszałkiem czy wicepremierem, to chciałby, żeby go dalej honorowali. A tymczasem w 2011 roku nie chcieli mu nawet dać miejsca na liście. Samoobrona porozumiała się wówczas z Polską Partią Pracy, że będą startować ze wspólnych list. Mnie Bogusław Ziętek, szef PPP, stale namawiał, żebym startował w wyborach. A Leppera nie chciał nawet wesprzeć w wyborach do Senatu. Powiedzieli mu: Andrzej, ty masz swoje nazwisko, dorobek, startuj z własnego komitetu. I on biedny wystartował i przegrał. W 2001 roku zdobył 70 tys. głosów, na prezydenta w 2005 roku – ponad 2,2 mln głosów, a na senatora w 2011 zaledwie 4 tysiące głosów. Tak go wykolegowali. Człowiek naprawdę może się załamać – niby wszyscy wielcy przyjaciele, a później nawet nie chcieli go wziąć na listy.

—rozmawiała Eliza Olczyk (dziennikarka tygodnika „Wprost")

Zbigniew Witaszek jest przedsiębiorcą, restauratorem (prowadzi zajazd U Witaszka w Czosnowie), był posłem na Sejm IV kadencji.

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL