Od wojny handlowej do jądrowej

aktualizacja: 12.08.2017, 19:57
Foto: AFP

Przekonanie, że nie grozi nam globalny konflikt zbrojny, może okazać się złudne. Podobnie jak nie sprawdziły się teorie o końcu historii i o zbawiennych skutkach globalizacji. Lepiej być przygotowanym na najgorsze.

REDAKCJA POLECA

Historia pełna jest wojen, o których każdy wiedział, że nie wybuchną – twierdził brytyjski konserwatywny polityk Enoch Powell. Na przełomie XIX i XX w. wielu mieszkańców Europy myślało, że żyją w okresie wiecznego pokoju i postępu, a rozwój międzynarodowych powiązań gospodarczych sprawi, że wojna pomiędzy cywilizowanymi europejskimi państwami jest coraz mniej prawdopodobna. Zdawali się nie dostrzegać, że ich państwa intensywnie się zbroją. Nawet jednak najwięksi zwolennicy militaryzacji, jastrzębi oficerowie i politycy, nie spodziewali się kilkuletniego, wyniszczającego konfliktu.

Gdy I wojna światowa się skończyła, a zwycięzcy i pokonani deliberowali w Wersalu nad pokojem, media rozpisywały się o końcu „wojny mającej skończyć wszystkie wojny". Doświadczenia tego konfliktu były bowiem tak straszne, że nie wyobrażano sobie, by jakikolwiek naród zdecydował się na wywołanie kolejnego, globalnego konfliktu. Jedynie francuski marszałek Ferdinand Foch narzekał, że zawarty w Wersalu pokój to tylko rozejm na 20 lat.

Minęły dwie dekady i Hitler złamał ten kruchy europejski „rozejm". Nie podejrzewał, że inwazja na Polskę, mająca przynieść zwycięstwo w ciągu tygodnia, zmieni się w kilkuletnią globalną rzeź. Już w 1945 r., gdy wojna zbliżała się ku końcowi, Józef Stalin myślał o wywołaniu kolejnej i rzuceniu 200 dywizji na Europę Zachodnią. Jego zapędy mocno ostudziły wieści o udanych testach amerykańskiej bomby atomowej. Ale cztery lata później Związek Sowiecki miał już własną bombę, a na świecie zapanowała równowaga strachu. Powstała teoria MAD – wzajemnie gwarantowanego zniszczenia. To, że dwa wrogie supermocarstwa dysponowały straszliwą bronią, której masowe użycie zakończyłoby życie na Ziemi, wydawało się gwarantem tego, że nikomu nie będzie się opłacało wywoływać nowej wojny światowej. Ta równowaga strachu przyczyniła się do zachowania pokoju w Europie przez kilka dekad.

Gdy Związek Sowiecki się rozpadł, wszyscy odetchnęli z ulgą, a amerykański politolog Francis Fukuyama pisał o „końcu historii". Świat miał wkroczyć w nową erę pokoju i dobrobytu. Później doszło jednak do wojny w Jugosławii, zamachów z 11 września 2001 r., globalnej wojny z terroryzmem i światowego kryzysu finansowego. Wraz z hybrydową wojną na Ukrainie do Europy wróciło zagrożenie militarne. Dziś znów nikt nie wierzy w możliwość wybuchu globalnego konfliktu. Ale czy na pewno wojna światowa jest taka nieprawdopodobna?

– Broń jądrowa była i jest produkowana nie tylko po to, by sobie spokojnie leżała w silosach i straszyła potencjalnych przeciwników. – Strategia zwycięstwa wymaga jednak cierpliwości i przebiegłości. W tego typu konflikcie bardzo ważne jest zaskoczenie. A jednym z elementów zaskoczenia jest niespodzianka technologiczna. Jeśli wejdziesz w posiadanie superbroni dającej niespodziewane możliwości,lub w nowatorski sposób użyjesz starych broni, możesz pokonać i rozbroić przeciwnika, bez znaczących strat u siebie – mówi „Plusowi Minusowi" J.R. Nyquist, amerykański ekspert od bezpieczeństwa, autor książki „Origins of the Fourth World War".

W trakcie zimnej wojny Sowieci cały czas przygotowywali się, by użyć jej do wybijania dziur w obronie NATO podczas olbrzymiej ofensywy na Zachód. Taki nuklearny blitzkrieg wymyślił sobie Stalin, planował marszałek Żukow, a jeszcze na początku lat 80. mógł do niego dążyć marszałek Kulikow (co zostało pokazane w filmie „Jack Strong"). Andriej Sacharow, zanim stał się sławnym dysydentem, snuł plany zdetonowania gigantycznego ładunku nuklearnego na Atlantyku i wywołania w ten sposób tsunami, które zatopiłoby amerykańskie Wschodnie Wybrzeże. Gdy w 1962 r. doszło do kubańskiego kryzysu rakietowego, Fidel Castro był naprawdę zawiedziony, że nie przekształcił się on w wojnę nuklearną.

Po drugiej stronie żelaznej kurtyny też niektórych kusiło, by wypuścić atomowego dżina z butelki. Gen. Douglas MacArthur chciał rozstrzygnąć wojnę koreańską za pomocą uderzenia nuklearnego na komunistyczne Chiny – plan miał duże szanse powodzenia, gdyż Sowieci nie dysponowali jeszcze środkami przenoszenia broni jądrowej, za pomocą których można było razić USA. Na początku lat 60. doszedł do tej układanki nowy gracz – Chińska Republika Ludowa, skonfliktowana zarówno z Sowietami, jak i z Wolnym Światem. Przewodniczący Mao żartował sobie, że nawet jeśli globalna wojna nuklearna zabije większą część ludzkości, to i tak przeżyje ją kilkaset milionów Chińczyków, a więc Pekin będzie zwycięzcą.

Zastraszyć wroga

Ryzyko wojny nuklearnej nie zniknęło po zakończeniu zimnej wojny. W rosyjskiej doktrynie wojennej wciąż jest zapisana możliwość wykorzystania broni nuklearnej. Rosyjski politolog Andriej Piontkowski oraz były doradca ekonomiczny prezydenta Putina Andriej Iłłarionow wskazują, że moskiewscy stratedzy mają wariant uderzenia atomowego na dwie unijne stolice – w tym Warszawę. W przypadku konfrontacji z Zachodem taki atak miałby działać odstraszająco i sprawić, że UE i USA nie będę bronić państw bałtyckich.

– Jeśli żadna bomba nie spadłaby na Europę Zachodnią i Stany Zjednoczone, to prawdopodobnie nie zdecydowałyby się one na wojnę jądrową z Rosją – uważa Piontkowski.

– Ci, którzy ją wykluczają, są ofiarami aktywnej dezinformacji wymyślonej w Moskwie w latach 60. Jej twórcy promowali wówczas teorię „nuklearnej zimy" oraz ideę, że opad radioaktywny zabiłby życie na całej planecie. Te teorie były wykorzystywane, by przekonać nas, że wojna nuklearna będzie oznaczała eksterminację ludzkości. Ale to nonsens. Rosyjska doktryna wojenna zawsze była oparta na założeniu wojny nuklearnej, a Rosja przygotowywała swoją populację na wypadek takiej wojny. Może więc być w stanie zdemoralizować i pokonać Zachód, gdy uzyska nuklearną supremację strategiczną. Jeśli tak się stanie, może wymuszać na innych krajach kapitulację, w ten sam sposób jak Japonia została zmuszona do poddania się w 1945 r. – twierdzi Nyquist.

Ten scenariusz mógłby się udać, gdyby w Waszyngtonie rządziła słaba administracja, niedbająca o wojskowy prestiż USA i niemająca energii, by bronić swoich stref wpływu. A gdyby Rosja w tym ekstremalnym scenariuszu pomyliła się w swoich rachubach i sprowokowała do uderzenia nuklearnego amerykańskiego prezydenta, którego niesłusznie uznała za słabego? A gdyby prezydent USA w odwecie dokonał nuklearnego uderzenia na rosyjskiego sojusznika, np. na Iran? Mogłoby to zadziałać jak reakcja łańcuchowa, pogrążając cały świat w odmętach wojny.

Ryzyko globalnego konfliktu może pojawić się również w Azji. Uwagę świata przyciąga od kilku miesięcy konfrontacja USA z Koreą Północną, która posiada broń nuklearną. – Myślę, że Kim Dzong Un mógłby rozpocząć wojnę nuklearną, jeśli jego rządy byłyby zagrożone i dlatego trzeba go usunąć, tak szybko jak to tylko możliwe. Mógłby zdecydować się na taki krok, nawet jeśliby to oznaczało jego koniec i zrobienie krzywdy ludowi Korei Północnej. On jest młody, ambitny i nie obchodzi go życie mieszkańców jego kraju – twierdzi Song Byeok, uchodźca polityczny z Korei Północnej, zatrudniony wcześniej w północnokoreańskim aparacie propagandy. – Konflikt z Koreą Północną byłby katastrofalny, ale ostatecznie wygrałyby go Stany Zjednoczone – przekonywał niedawno gen. James Mattis, amerykański sekretarz obrony.

Ten konflikt zbladłby jednak w porównaniu z ewentualnym starciem amerykańsko-chińskim. Mógłby się on zacząć od wojny handlowej, by w ciągu paru lat doprowadzić do zbrojnej eskalacji. Takie scenariusze często snują chińscy rządowi analitycy. Uderzają przy tym w nacjonalistyczne tony. To USA mają ich zdaniem dążyć do konfliktu, by zablokować Chinom drogę do globalnej potęgi, tak jak przed 1914 r. Wielka Brytania próbowała hamować ambicje Drugiej Rzeszy.

„Chiny nie mogą zostać zepchnięte do pozycji pasywnej, gdy będą wrażliwe na atak. Musimy mieć na myśli trzecią wojnę światową, gdy rozwijamy siły zbrojne, a szczególnie siły morskie i powietrzne" – napisał Han Xudong, profesor Narodowego Uniwersytetu Obronnego Armii Ludowo-Wyzwoleńczej ChRL. Jego zdaniem trzecia wojna światowa będzie po prostu naturalnym skutkiem ludzkiej ewolucji. Świat wypracował nowe technologie, struktury gospodarcze i społeczne, które pociągnęły za sobą zmiany w wojskowości i uczyniły globalny konflikt bardziej prawdopodobnym. Tę teorię zdaje się podzielać Jack Ma, chiński miliarder, twórca serwisu Alibaba i zarazem były urzędnik MSZ ChRL. – Pierwsza rewolucja technologiczna wywołała pierwszą wojnę światową. Druga rewolucja technologiczna drugą wojnę światową. Teraz mamy trzecią rewolucję technologiczną. Jeśli rządy nie będą działać szybko, będą w kłopotach – mówił niedawno w wywiadzie dla CNBC.

Unikając Armagedonu

Na razie USA i Chiny robią wiele, by unikać zaogniania sytuacji. Administracja Trumpa stara się wynegocjować z władzami ChRL nowy, bardziej uczciwy kształt wzajemnych relacji gospodarczych oraz uzyskać wsparcie Pekinu przy rozwiązaniu problemu koreańskiego. – Wszystko będzie zależało od tego, co się wydarzy w nadchodzących latach. Kluczowe może być to, jak zostaną rozwiązane kwestie sporne w handlu pomiędzy USA a Chinami. Na pewno tym, co może zapobiec konfrontacji, jest udana współpraca gospodarcza. Trudno jest obecnie przewidzieć, jak ona się ułoży, ale gdyby doszło do wojny handlowej, a później do konfliktu militarnego, to miałby on katastrofalne skutki dla obu zaangażowanych stron i całego świata. Nawet zwycięzcy ponieśliby znaczne straty. Skutki byłyby straszliwe, nawet gdyby nie użyto broni jądrowej – mówi „Plusowi Minusowi" Stanisław Aleksander Niewiński, analityk portalu opinii People's Square.

O nakreślenie scenariuszy konfliktu zbrojnego USA z Chinami pokusili się analitycy amerykańskiego think-tanku Rand Corporation. Doszli oni do wniosku, że USA wygrałyby wojnę z ChRL zarówno obecnie, jak i w 2025 r. O ile jednak straty wojskowe poniesione przez Amerykanów w 2015 r. byłyby tylko „znaczące", o tyle w 2025 r. byłyby one już zbliżone do chińskich i bardzie dotkliwe. Chiny szybko rozwijają bowiem swoje technologie militarne, w tym systemy A2/AD (kontroli nad przestrzenią powietrzną i morską za pomocą systemów rakietowych).

Analitycy Rand założyli przy tym, że wojna byłaby wyłącznie konwencjonalna, a żadna ze stron nie sięgnęłaby po broń jądrową. Z ich szacunków wynika, że jeden rok tak intensywnego konfliktu doprowadziłby do spadku amerykańskiego PKB o 5–10 proc., czyli o więcej niż podczas ostatniego kryzysu finansowego. PKB Chin spadłby w ciągu roku o 25–35 proc., a ich handel z resztą świata załamałby się o 90 proc. (Dla porównania: w trakcie pierwszej wojny światowej PKB Niemiec zmniejszył się o 29 proc., a w czasie drugiej wojny światowej o 64 proc. Japonia w trakcie drugiej wojny światowej straciła 52 proc. PKB.) To byłaby katastrofa, która wstrząsnęłaby całą globalną gospodarką. Chiny straciłyby status supermocarstwa, na który tak długo pracowały, a pozycja USA jako globalnego lidera byłaby bardzo mocno zachwiana.

Bezpośrednia konfrontacja amerykańsko-chińska byłaby też sprzeczna z tradycją strategiczną obu krajów. W trakcie obu wojen światowych USA włączały się do konfliktu w Europie, dopiero gdy obie strony były bardzo osłabione, a w czasie zimnej wojny – w trakcie konfliktów w Korei, Wietnamie i na Kubie – same wyznaczały sobie ograniczenia w prowadzeniu wojny, jeśli miałoby to doprowadzić do silniejszej konfrontacji z ZSRR lub ChRL (np. nie zdecydowały się na zaatakowanie Chin po włączeniu się Pekinu do wojny koreańskiej i ograniczały bombardowania Wietnamu Północnego).

Chiny, po śmierci Mao, oparły swój plan zdobycia potęgi na tym samym co powojenna Japonia, dawne Imperium Brytyjskie czy też USA z drugiej połowy XIX w. – na ekspansji handlowej, wspieranej różnymi formami państwowego protekcjonizmu. Po co Chinom wojna, skoro przywódcy państw z całego świata starają się Pekinowi przypodobać, licząc na to, że do ich krajów skapnie nieco chińskiego kapitału? Polityczni liderzy dla dobra interesów z Chinami są gotowi iść na daleko idące ustępstwa. A w ślad za chińskimi pieniędzmi idzie soft power, czyli wpływy kulturowe i polityczne. Zaprzepaszczać to wszystko militarną konfrontacją? „Odniesienie stu zwycięstw w stu bitwach nie jest szczytem kunsztu. Największym kunsztem jest pokonać wroga bez walki" – pisał 2,5 tys. lat temu chiński strateg Sun Tzu w swoim klasycznym dziele „Sztuka wojny". Ten cytat znają dobrze zarówno chińscy, jak i amerykańscy generałowie.

Konfrontacje przez pośredników

Konflikt globalny nie musi zresztą oznaczać bezpośredniej konfrontacji między supermocarstwami. W trakcie zimnej wojny obóz komunistyczny i Wolny Świat ścierały się nieustannie w wojnach prowadzonych na obrzeżach swoich stref wpływów. W Indochinach, na Bliskim Wschodzie, w Afryce, w Ameryce Łacińskiej. W ostatnich latach widzieliśmy taką formę ścierania się mocarstw chociażby w Syrii czy na Ukrainie. Świat obfituje w potencjalne obszary tego typu wojen prowadzonych „przez pośredników". Gdyby doszło do amerykańsko-chińskiej zimnej wojny, miejscem takich starć mogłoby się stać kilka krajów Azji.

– Można się zastanawiać, kto i gdzie taką wojnę by wydał. Mnie ciekawi pod tym względem Birma. Tam od dziesięcioleci trwa konflikt między rządem centralnym a mniejszościami etnicznymi. Zarówno USA, jak i Chiny mogłyby takim konfliktem grać. Przez ostatnich dobrych 20 lat birmański rząd był prochiński. Obecnie Birma usiłuje lawirować między Chinami, USA, Indiami i Japonią. Któregoś dnia Chiny mogłyby uznać, że opłacalne dla nich byłoby wsparcie jakiejś siły osłabiającej rząd centralny – mówi Niewiński.

Chińczycy i Rosjanie staraliby się w takim scenariuszu wypierać amerykańskie wpływy z Azji oraz Europy. USA wraz z sojusznikami uderzałyby zaś we wpływy chińskie. Kampania destabilizacji mogłaby storpedować kluczowe chińskie przedsięwzięcie strategiczne – Nowy Jedwabny Szlak, czyli plan silniejszego transportowego złączenia Chin z Europą, który ma połączyć 64 kraje generujące łącznie 29 proc. światowego PKB i zamieszkałe przez 63 proc. populacji Ziemi.

W przypadku budowy morskiej części tej sieci transportowej przeszkodą może być konflikt Chin z krajami leżącymi nad Morzem Południowochińskim o Wyspy Spartly. Południowy korytarz lądowy wymagałby pokoju między Indiami i Pakistanem, problem jednak w tym, że ostatnio relacje obu państw z Chinami są napięte. Jego bliskowschodnim odnogom może zagrozić choćby islamski terroryzm. Pole do destabilizacji jest bardzo duże.

W ostatnich latach niezwykłą karierę zrobiło określenie „wojna hybrydowa". Tak nazywane są konflikty, w których choć jedna ze stron nie przekracza pewnego progu zaangażowania militarnego, co pozwala jej na częściowe uniknięcie odpowiedzialności za udział w konflikcie. Agresor wysyła na przykład do sąsiedniego kraju swoje wojska, ale występują one np. jako „mniejszość buntująca się przeciwko uciskowi" lub „ochotnicy broniący demokracji". Wojna taka łączy elementy wojny konwencjonalnej, partyzanckiej, ekonomicznej, terroryzmu i politycznej kampanii destabilizacyjnej. Klasycznym przykładem est konflikt na Ukrainie, ale samo to zjawisko nie jest niczym nowym. Do wojen hybrydowych można zaliczyć choćby III Powstanie Śląskie i „bunt" gen. Żeligowskiego – konflikty, w których rodząca się II RP skutecznie sięgnęła po etnicznie polskie ziemie, unikając poważnej konfrontacji z Niemcami i Litwą.

Za formę takiej wojny uznaje się też kampanie destabilizacji politycznej, np. kolorowe rewolucje i zamachy terrorystyczne, ataki cybernetyczne itp. Narzędziami w konflikcie mogą być grupy terrorystyczne, organizacje mafijne, finansowi alchemicy dokonujący ataków spekulacyjnych, ale też szturmujący granicę nielegalni imigranci czy tłumy demonstrantów autentycznie przekonanych, że walczą w szlachetnej sprawie. Wojna toczy się wszędzie: na ulicach, na rynkach finansowych, na ekranach telewizorów i smartfonów, na Facebooku i Twitterze, a przede wszystkim w umysłach ludzi. Celem jest bowiem przede wszystkim złamanie woli wroga. „Systematyczna emisja psychologicznie i ideologicznie nasyconego materiału o prowokacyjnej naturze, zawierającego zmieszane fałszywe i prawdziwe elementy informacji, może skutkować masową psychozą, powodować uczucie rozpaczy i przygnębienia oraz podważać zaufanie do własnego rządu i sił zbrojnych, co w konsekwencji może doprowadzić do zdestabilizowania sytuacji w kraju będącym obiektem takiego oddziaływania" – pisał gen. Mahmut Gieriejew, rosyjski teoretyk wojskowości. Wojnę wietnamską blok komunistyczny wygrał nie tyle w miastach, na polach ryżowych i w dżunglach Indochin, ile w amerykańskiej telewizji i w umysłach kontrkulturowej młodzieży. Związek Sowiecki rozpadł się zaś nie tyle w wyniku katastrofy militarnej, ile powszechnego przekonania o braku sensu obrony „zdobyczy socjalizmu" wśród kagebistów, wojskowych, działaczy partii i zwykłych ludzi.

„Prowadząc wojnę, najlepiej zdobyć kraj w stanie nienaruszonym, zniszczenie kraju jest gorszą alternatywą. Lepiej też jest przejąć całą armię przeciwnika, niż ją wybić. Przejęcie choćby dywizji, brygady czy plutonu więcej przyniesie korzyści, niż pozbycie się tych żołnierzy. Odnoszenie zwycięstw za każdym razem to nie jest najlepsze wyjście, najlepiej jest bowiem pojmać armię przeciwnika bez walki. Najważniejszym zadaniem podczas prowadzenia wojny jest krzyżowanie planów bitewnych przeciwnika, nieco mniej ważne jest burzenie jego sojuszów, na trzecim miejscu dopiero jest pokonywanie go w walce, a obleganie miast jest najgorszym rozwiązaniem. (...) Wprawny wojskowy zdobywa wroga bez walki, zajmuje zamieszkane miasta bez oblężenia i w krótkim czasie zdobywa kraj. Odnosi zwycięstwa, nie trudząc żołnierzy. Podbijając świat, należy się bowiem imać różnych sposobów czy też – jak kto woli – forteli" – pisał Sun Tzu.

Niepowstrzymana wojenna machina

Niebezpieczeństwo wojny zawsze będzie towarzyszyło ludzkiej cywilizacji. Wojna przynosi zniszczenia i cierpienia, ale też bywa stymulatorem postępu. Wiele technologii, które ułatwiają nam życie (np. internet), powstawało z myślą o wykorzystaniu wojskowym. Konflikty zbrojne stymulowały procesy emancypacyjne i powstrzymywały rozprzestrzenianie się zbrodniczych ideologii. Postęp techniczny i zmiany społeczne nigdy zaś nie były w stanie im zapobiec. Sprawiały tylko, że modyfikowana była ich forma. Nawet obawy przed nuklearnym holokaustem nie były w stanie zatrzymać wojennej machiny. Potencjalni przeciwnicy zawsze szukali drogi do zdobycia przewagi technologicznej nad rywalem, tak by zadać mu cios, po którym nie byłby on w stanie odpowiedzieć.

Ten wyścig trwa, o czym świadczą choćby przeprowadzane przez mocarstwa testy pocisków ponaddźwiękowych, systemów obrony przeciwrakietowej, laserów bojowych czy broni antysatelitarnych. Tak jak pisał Sun Tzu, wojna decyduje o życiu i śmierci państwa, głupotą jest więc wykluczać jej ryzyko i się na nią nie przygotowywać.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Komentarz dnia
Żródło: Plus Minus

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE