Micheil Saakaszwili znów został banitą

aktualizacja: 12.08.2017, 10:16
Nie usiedzi na miejscu. Micheil Saakaszwili w 2013 r. w Batumi, jeszcz...
Nie usiedzi na miejscu. Micheil Saakaszwili w 2013 r. w Batumi, jeszcze jako prezydent Gruzji. W kolejnym roku doradzał już nowym ukraińskim władzom.
Foto: Bloomberg

Od końca lipca Micheil Saakaszwili, pozbawiony już nie tylko gruzińskiego, ale i ukraińskiego obywatelstwa, jest bezpaństwowcem, co przynajmniej teoretycznie powinno mu utrudnić poruszanie się po świecie. Nic podobnego. Właśnie był w Polsce.

REDAKCJA POLECA
11.08.2017
Ukraina: Saakaszwili nie wjedzie
29.12.2016
Memches: Kremlowski konserwatywny queer
18.08.2016
Michaił Gorbaczow, człowiek demolka
kariera
Zamożny Polak - ile zarabia?

Jeśliby nawet Micheilowi Saakaszwilemu – nie daj Bóg – przydarzyło się jakieś nieszczęście, ludowa pamięć dałaby mu życie wieczne. Dokładnie tak, jak do tej pory wspominają Robin Hooda". Tak pisał 13 lat temu o ówczesnym przywódcy gruzińskiej rewolucji róż jeden z najbystrzejszych rosyjskich reporterów, obserwując marsz opozycji na Tbilisi. Marsz, któremu przewodził Saakaszwili. Wtedy obalił prezydenta Eduarda Szewardnadzego i sam zajął jego miejsce.

49-letni były gruziński prezydent i były ukraiński gubernator został właśnie banitą jak Robin Hood – nie może wrócić do swej prawdziwej ojczyzny, Gruzji, ani do przybranej – na Ukrainę.

Żony chyba nie słuchał

Nie jest do końca jasne, dlaczego właśnie on stał się symbolem jednej z najbardziej liberalnych reform naszych czasów i bezwzględnej walki z korupcją. Mógł przecież zasiąść w fotelu prezydenta Gruzji i bawić się piastowaniem władzy. Tak dotychczas postępowała większość uważanych za reformatorów polityków z krajów postsowieckich. Najprawdopodobniej winne są jego niebywała energia i dynamizm, które nigdy nie pozwalają mu spokojnie usiedzieć na jednym miejscu.

Dziecko zasobnej rodziny dobrze osadzonych w radzieckiej rzeczywistości inteligentów wybrało sobie w połowie lat 80. ubiegłego wieku Kijów jako miejsce studiów. Nie wiadomo dlaczego, bardziej logiczna byłaby Moskwa. Być może porywczy Gruzin nie chciał tam jechać z powodu narastającej niechęci do „osób o kaukaskiej powierzchowności". Rozpoczęta właśnie pieriestrojka Michaiła Gorbaczowa uwolniła różne demony drzemiące w rosyjskim społeczeństwie.

W Kijowie, z dala od stołecznego kotła z wrzącymi politycznymi namiętnościami, można by było spokojnie skończyć studia, ale nagle – niemal z dnia na dzień – Ukraina eksplodowała. Później niż w innych republikach, ale za to z większą determinacją demonstranci zapełnili ulice miast, żądając wolności. Według niepotwierdzonych informacji Saakaszwili też nie usiedział na miejscu. Jako jeden z pierwszych miał kolportować nielegalne wydawnictwa i już w 1988 r. wyleciał za to najpierw z Komsomołu, a potem i ze studiów.

Do Kijowa wrócił dopiero po odbyciu służby wojskowej w radzieckich Wojskach Ochrony Pogranicza na Zakarpaciu. Zdążył, by wziąć udział w listopadzie 1991 r. w pierwszym ukraińskim Majdanie, zwanym granitowym – ogromnym strajku i głodówce kilkuset studentów w namiotach rozstawionych w centrum miasta na placu ówcześnie wyłożonym granitowymi płytami. Studenci domagali się ustąpienia rządu, niepodpisywania nowej umowy związkowej (czyli faktycznego wyjścia Ukrainy z ZSRR) i konfiskaty majątku partii komunistycznej oraz Komsomołu.

Obecność Gruzina na Majdanie nikogo nie dziwiła: Ukraina była i jest wieloetniczna. Ale po strajku Saakaszwili nie zaczął kariery politycznej w Kijowie jak jego koledzy z „granitu", na przykład obecny przewodniczący ukraińskiego parlamentu Andrij Parubij czy lider prawicowej partii Swoboda Ołeh Tiahnybok. Nie poszedł też do biznesu, jak jego kolega ze studiów Petro Poroszenko. Nie wrócił również do ojczyzny, która wraz z rozpadem ZSRR powoli zaczęła pogrążać się w chaosie wojen: najpierw domowej, a potem zewnętrznej.

Zawrócił o 180 stopni i ruszył na Zachód po wiedzę, na prawnicze studia do Ameryki. Przejeżdżając przez Europę, na stypendium w Międzynarodowym Instytucie Praw Człowieka w Strasburgu poznał swoją przyszłą żonę, Holenderkę Sandrę Roelofs. W czasie gruzińskiej rewolucji róż nazwana Holenderską Różą, wtedy wykładała jeszcze nad Renem przedmiot pod nazwą prawa człowieka. Saakaszwili chyba był bardziej zainteresowany urodą wykładowczyni niż przedmiotem jej wykładów, bo później, w czasach prezydentury, właśnie z tymi prawami Gruzinów miał największe problemy.

Po dotarciu do USA najpierw ukończył prawnicze studia magisterskie na Uniwersytecie Columbia, a potem doktorskie na Uniwersytecie George'a Washingtona w Waszyngtonie. Teraz Ameryka stała przed nim otworem, kariera w jakiejś wziętej firmie prawniczej była na wyciągnięcie ręki. Zaczął ją nawet w kancelarii Patterson, Belknap, Webb & Tyler, która obsługiwała amerykańskie firmy naftowe inwestujące na terenie Wspólnoty Niepodległych Państw. Ale znów nie usiedział na miejscu. Po roku wrócił do Gruzji na zaproszenie swojego przyjaciela Zuraba Żwanii. Jesienią 1995 r. Żwania został przewodniczącym parlamentu, w którym zasiadł Saakaszwili jako deputowany jego partii Związek Obywateli Gruzji. Zaczął karierę polityczną, która na zawsze zostawiła ślady w jego ojczyźnie.

Sprzedawaliśmy wszystko oprócz sumień

Zdumiewające, że przez następnych sześć lat piął się spokojnie i bez żadnych ekscesów po biurokratycznych szczeblach aż do stanowiska ministra sprawiedliwości. Słoneczna Gruzja kojarzyła się wtedy z ciemnością i chłodem. Nie było prądu i ogrzewania. Ostoją władzy prezydenta Szewardnadzego pozostawały dobrze opłacane wojskowe oddziały specjalne. Sam prezydent ubrany w grube swetry marzł w swoim pałacu albo ogrzewał się przy ognisku w ogrodzie. Kraj dusiła nienawiść wielkiego rosyjskiego sąsiada, chciwość własnych oligarchów i kompletny bezwład rządzących.

– Korupcja była nieokiełznana. Łapówki trzeba było płacić za wykonanie najprostszych urzędowych czynności. Objęcie stanowiska policjanta i urzędnika urzędu skarbowego uważane było za otrzymanie licencji na złodziejstwo. Stanowiska w policji kupowano, potem dokupowano sobie mundury i przystępowano do zbierania łapówek. Brak prądu, ogrzewania, bieżącej wody. Dzieci i nauczyciele w szkołach załatwiali się na podwórkach. Każde dziecko każdego dnia musiało przynieść do szkoły kilka szczap drewna, by napalić w piecu i ogrzać klasę. W szpitalach chorym rodziny przynosiły jedzenie i drewno, by napalić w piecykach ogrzewających sale – opisywał sytuację w kraju ówczesny amerykański ambasador Richard Miles.

Saakaszwili nie wytrzymał dopiero jesienią 2001 r. i demonstracyjnie podał się do dymisji, zarzucając ekipie Szewardnadzego korupcję.

Gruzini wykazali wielką cierpliwość, ale w końcu nastąpiła eksplozja. Jesienią 2003 r. odbyły się wybory parlamentarne, które władze oczywiście sfałszowały, by wygrała je partia prezydenta. Przez kraj przetoczyła się fala manifestacji, zaczęła się rewolucja róż, a jednym z jej przywódców był Saakaszwili. „Wszedł na trybunę. Zobaczyłem charyzmatycznego przywódcę. Każde jego słowo wywołuje jęk zachwytu. Ludzie nawet nie rozumieją, co on mówi. (...) Wystarcza im poczucie, że jest z nimi, że widzą go na własne oczy. A w rzeczy samej Saakaszwili mówił interesujące rzeczy" – opisywał jeden z wieców rosyjski dziennikarz Andriej Kolesnikow.

Po zajęciu przez demonstrantów budynku parlamentu, z którego ledwo co Szewardnadze zdążył uciec, Saakaszwili siadł na jego miejscu na trybunie i demonstracyjnie popijał herbatę z jego szklanki.

Wybrany przez 90 proc. głosujących na prezydenta przeorał kraj swoimi reformami. Jednego dnia wyrzucono z pracy najbardziej skorumpowaną część policji – całą drogówkę, 16 tys. funkcjonariuszy. Zastąpiono ich 2,3 tys. nowych. Głównym warunkiem przyjęcia był brak wcześniejszych związków z tą służbą. Kolejnego dnia wyrzucono wszystkich urzędników hipoteki. W więzieniach znaleźli się prawie wszyscy gruzińscy oligarchowie pod zarzutem niepłacenia podatków i korupcji oraz pod tymi samymi zarzutami mnóstwo urzędników. W zamian za wolność musieli płacić zaległe podatki – jeden z nich nawet 14 mln dolarów. – Logika naszych działań jest bardzo prosta. Nie możemy trzymać w więzieniach wszystkich skorumpowanych urzędników, nie mamy tyle więzień. Kto zapłaci zaległe podatki, może iść do domu – tłumaczył Saakaszwili.

Produkt krajowy brutto rósł po 9–10 proc. rocznie, a w ciągu pierwszego roku prezydentury Saakaszwilego wpływy z podatków się podwoiły, choć z 22 rodzajów płaconych wcześniej podatków pozostało sześć, z kilkunastu taryf importowych – trzy (na 90 proc. towarów wynosiły one 0 proc.), liczba zarejestrowanych firm wzrosła dwukrotnie, a prąd dostarczano bez przerw. W ciągu ośmiu lat w rankingach korupcji Transparency International Gruzja gwałtownie poprawiła swoje miejsce ze 163. na 51. (w 2012 r.), wyprzedzając niektóre kraje Unii Europejskiej, np. Włochy, Czechy czy Łotwę (Polska była wtedy 41.). Ale zaczęto alarmować, że w aresztach tortury są zwyczajową „procedurą", a wśród wyroków sądowych prawie nie ma uniewinnień.

Od 2004 r. zaczęła się ogromna prywatyzacja majątku państwowego. – Sprzedawaliśmy wszystko oprócz naszych sumień – powiedział Kacha Bendukidze, życzliwy całemu światu grubas, minister ds. reform, były rosyjski oligarcha, wielki gruziński patriota i ideolog gospodarczych reform Saakaszwilego. Sprywatyzowano również większość służby zdrowia, najbiedniejszym państwo opłacało ubezpieczenie zdrowotne. Ale po kilku latach okazało się, że tego ubezpieczenia nie ma 20 proc. mieszkańców Gruzji – zbyt zasobnych, by otrzymywać państwowe, i zbyt biednych, by kupić sobie prywatne. Bezrobocie zaś rosło i sięgało 15–16 proc. Z gospodarczego boomu korzystały w większości miasta, na obszarach wiejskich zapanowała stagnacja. Jeden z publicystów stwierdził, że reformy są „dla młodych i anglojęzycznych, a nie dla starszych i rosyjskojęzycznych".

To doprowadziło do kolejnej eksplozji, w 2007 r. Gruzini wyszli na ulicę. Skonfliktowany z Moskwą i cały czas przez nią naciskany (Rosja nakładała embarga na kolejne gruzińskie produkty i po cichu wspierała separatystów) porywczy Saakaszwili źle ocenił sytuację. Bojąc się, że protesty są inspirowane z Kremla, wysłał przeciw nim policję, w starciach w Tbilisi zostało rannych ponad 500 osób.

Prezydent, który sam doszedł do władzy na fali protestów, rozumiał, jak niebezpieczne jest kurczowe i za wszelką cenę trzymanie się władzy. Dobrowolnie podał się do dymisji i zarządził na początku 2008 r. wybory prezydenckie. Mimo rosnącej niechęci społeczeństwa wygrał je, dostając 53 proc. głosów. Po wyborach dyskretnie odszedł z rządu Kacha Bendukidze, nie godząc się z rosnącym autorytaryzmem władz. Pięć lat później, wiosną 2014 r., obaj już na emigracji, spotkali się na Ukrainie, targanej wojną z Rosją i zżeranej przez korupcję. – Spędziwszy tu trochę czasu, znacznie bardziej pana cenię i mogę mówić to otwarcie, bo nie jest już pan moim szefem – powiedział Bendukidze byłemu prezydentowi.

Wraz z nowymi wyborami prezydenckimi wzrósł nacisk ze strony Rosji próbującej za wszelką cenę usunąć głowę gruzińskiego państwa wywodzącą się z „kolorowej rewolucji". Na granicy z prorosyjską, separatystyczną Osetią (przebiegającej 50–60 kilometrów od Tbilisi) codziennie dochodziło do starć. W rejonach rządzonych przez separatystów zaczęły się pojawiać coraz to nowe oddziały rosyjskich wojsk powietrzno-desantowych. Apogeum nastąpiło w sierpniu 2008 r., gdy walki miały już takie natężenie, że Saakaszwili zaproponował natychmiastowy rozejm. A gdy to nie nastąpiło, porywczy Gruzin nie wytrzymał i wydał rozkaz ataku. Rozwścieczony Władimir Putin, którego gruzińskie natarcie zaskoczyło na igrzyskach olimpijskich w Pekinie, rozkazał swojej armii kontratak. Rosyjskie czołgi dotarły w pobliże Tbilisi.

Kraj wyszedł z walk ograbiony przez rosyjską armię i ze zniszczoną gospodarką. Ale w ciągu dwóch lat nadrobił straty. Tyle że manifestacje przeciw Saakaszwilemu zaczęły się regularnie powtarzać. Prawo zabraniało mu kandydowania trzeci raz, wiadomo było, że musi ustąpić w 2013 r. Wykorzystując to, Moskwa zaczęła wykonywać gesty pod adresem jego następców i znosić nałożone wcześniej embarga (głównie na wina), pod warunkiem, że jej kontrolerzy sprawdzą zakłady gruzińskich producentów. – Jedzie rewizor z Rosji! Przecież wiecie, co on lubi najbardziej, dajcie mu w łapę i będzie szczęśliwy! – powitał kontrolerów Saakaszwili.

Miał rację, nie miał siły

Wyjeżdżającego z kraju byłego prezydenta żegnały liczne śledztwa wszczęte przeciw niemu przez nowe władze. Saakaszwili wyjechał do USA i zaczął tam wykładać prawo na uniwersytecie Tafta. Ale gdy pod koniec 2013 r. wybuchła rewolucja na Ukrainie, nie wytrzymał i pojechał do starych znajomych w Kijowie. Przez cały rok 2014 on i ludzie z jego dawnej ekipy (przede wszystkim Kacha Bendukidze) próbowali doradzać nowym ukraińskim władzom. Wszyscy uważali ich za specjalistów od reform wolnorynkowych i walki z korupcją, ale jednocześnie obawiali się ich dynamizmu i niechęci do kompromisów. Gruzinów z kolei denerwowała rozlazłość miejscowych władz, niechęć do podejmowania decyzji i unikanie odpowiedzialności za wszelką cenę.

Początkowo w Kijowie zaproponowano Saakaszwilemu stanowisko wicepremiera – byłby wtedy na wszelki wypadek podwójnie kontrolowany (przez prezydenta Poroszenkę, swego kolegę, i przez szefa rządu). Oczywiście odmówił. Nie wiadomo, kto wpadł na pomysł obdarzenia go quasi-samodzielnym stanowiskiem: gubernatora obwodu odeskiego. Spośród trzech ukraińskich regionów żyjących z przemytu (wołyńskiego, Zakarpacia i odeskiego) właśnie w tym ostatnim była najgorsza sytuacja. Saakaszwili miał tam zaprowadzić porządek.

Zaczął to robić z właściwym sobie rozmachem, burząc na przykład ogrodzenia, którymi miejscowi bogacze podzielili publiczne plaże nad Morzem Czarnym, i wyrzucając większość miejscowych urzędników. Na początku zapłacił za to utratą gruzińskiego obywatelstwa. By zostać gubernatorem, przyjął ukraińskie, tymczasem gruzińskie prawo zabrania posiadania podwójnego. Obecny prezydent Gruzji Giorgi Margwelaszwili z nieskrywaną ulgą odebrał swemu poprzednikowi ojczyste obywatelstwo.

Próby nowego gubernatora przywrócenia ładu w największym ukraińskim porcie doprowadziły do konfliktu z najważniejszymi politykami w Kijowie. Przemytem nie zajmowali się bowiem jego zwykli pracownicy, tylko całe klany mające politycznych patronów w stolicy. W ciągu jednego roku świeżo upieczony gubernator skonfliktował się z większością z nich, przede wszystkim z ministrem spraw wewnętrznych Arsenem Awakowem i premierem Arsenijem Jaceniukiem. Doszło do tego, że minister rzucił w gubernatora szklanką z wodą podczas posiedzenia Narodowej Rady Reform i publicznie zwyzywał, a premier wołał do niego: „Wynoś się z Ukrainy!". Saakaszwili nie pozostał dłużny. – Bardzo żałuję, że musiałem nazwać premiera złodziejem, ale jeszcze bardziej żałuję, że to prawda – powiedział po posiedzeniu.

Stary znajomy Petro Poroszenko próbował pozostać bezstronnym arbitrem, ale nie można stać z boku, gdy walczy dobro ze złem – tak przynajmniej uważał przekonany o swojej racji Saakaszwili. Zaczął krytykować kolegę ze studiów za niechęć do podejmowania decyzji. Podobne zarzuty wysuwał pod adresem prezydenta również nowy gubernator Zakarpacia Hennadij Tuka, który także nie mógł dać sobie rady z przemytem. Tyle że robił to dyskretnie, jak przystało na porządnego urzędnika, a Saakaszwili – z rozmachem i publicznie, tak jakby cały czas to on był prezydentem, a nie podwładnym. Dzięki temu szybko stał się najpopularniejszym politykiem Ukrainy, co zdenerwowało w końcu Poroszenkę i jego otoczenie. Prezydent przestał być arbitrem, zaczął żądać od swojego gruzińskiego kolegi, by ten się uspokoił.

Nie można walczyć z korupcją, gdy po twojej stronie jest racja, ale nie siła. Od połowy 2016 r. zaczęły się prokuratorskie rewizje w urzędzie gubernatora Odessy. Podczas jednej z nich rozzłoszczony Saakaszwili wyważył drzwi, by uwolnić swoich urzędników, których prokuratorzy zamknęli w jednej z sal. Konflikt doprowadził w końcu do tego, że w listopadzie 2016 r. gubernator podał się do dymisji. Jego decyzja mimo wszystko zaskoczyła Poroszenkę, który przez dwa dni próbował negocjować z kolegą, ale w końcu dymisję podpisał.

Uwolniony od administracyjnych zobowiązań świeżo upieczony obywatel Ukrainy zaczął z rozmachem prowadzić działalność polityczną nad Dnieprem. Według sondaży 43 proc. Ukraińców odnosiło się do niego z sympatią, co okazało się gwoździem do jego trumny. Korzystając z wyjazdu Saakaszwilego do USA, dawny kolega poszedł w ślady prezydenta Margwelaszwilego i 26 lipca 2017 r. odebrał mu obywatelstwo.

Saakaszwili nagle został bezpaństwowcem, co przynajmniej teoretycznie powinno mu utrudnić poruszanie się po świecie, zmusić do długiej batalii z amerykańską biurokracją i zamknąć na terenie USA. Nic podobnego. Z właściwą sobie energią już tydzień później był w Polsce, kraju prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który w 2008 r. przybył Gruzinom z pomocą. Dwa lata później, po katastrofie smoleńskiej, jeszcze jako szef państwa, Saakaszwili jechał samochodem przez pół Europy, by zdążyć na pogrzeb polskiego prezydenta. – W wielu gruzińskich domach wznosi się toast za prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Był on heroiczną postacią dla całego regionu i wraz z upływem czasu jego legenda będzie coraz większa – mówił już po przybyciu do Warszawy.

Przy czym nikt nie jest pewien, czy przyleciał do nas bezpośrednio z USA, czy może poprzez Brukselę oraz jakich dokumentów używa.

Gruziński Robin Hood został banitą i ruszył w poszukiwaniu lasu Sherwood.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Komentarz dnia
Żródło: Plus Minus

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE