Piotr Wandycz. Mistrz polityki historycznej

aktualizacja: 10.08.2017, 12:56
W Stanach zrobił nie mniejszą karierę niż „Zbig”. Na zdjęciu prof. Pio...
W Stanach zrobił nie mniejszą karierę niż „Zbig”. Na zdjęciu prof. Piotr Wandycz (z lewej) i prof. Zbigniew Brzeziński (z prawej) w towarzystwie rektora UJ prof. Franciszka Ziejki w dniu otrzymania doktoratów honoris causa krakowskiej uczelni. Czerwiec 2000 r.
Foto: PAP

W XX wieku Polska miała wielkich historyków i intelektualistów klasy światowej. Wielu z nich zostało z różnych powodów zapomnianych lub przemilczanych w kraju. Do największych z nich z pewnością należał prof. Piotr Wandycz.

REDAKCJA POLECA
12.01.2017
Sławomir Dębski: Dajmy Łukaszence pole manewru
08.04.2016
10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku zginęli:
16.07.2010
Wschód jako strefa buforowa Polski
kariera
Jak przekonać szefa do awansu?

W sobotę 29 lipca 2017 r. w Branford w Connecticut w Stanach Zjednoczonych zmarł prof. Piotr Wandycz, jeden z największych polskich historyków, a z całą pewnością ten, który wywarł największy wpływ na historiografię światową. Łatwiej to jednak sobie uświadomić za granicą niż w Polsce.

Napisał 18 książek i ponad 500 artykułów naukowych. Znajdziemy je w każdej dobrej bibliotece na świecie. Wiele do dziś uchodzi za pozycje podręcznikowe w studiach nad historią europejskiej dyplomacji w XIX i XX wieku, polityką zagraniczną Francji, Polski, Czechosłowacji, stosunkami polsko-sowieckimi w okresie międzywojennym, stosunkami polsko-amerykańskimi, historii Europy Środkowo-Wschodniej w XX wieku, wreszcie historii idei. Nie ulegał przy tym żadnym naukowym modom, jak postmodernizm czy gender studies. Trzymał się konsekwentnie tego, co dziś niemodne, ale jakże ważne, zwłaszcza dla nas.

W Stanach Zjednoczonych Piotr Wandycz zrobił nie mniejszą karierę niż zmarły w czerwcu tego roku „Zbig", prof. Zbigniew Brzeziński. Oczywiście „Zbig" w świecie postacią nieporównywalnie bardziej znaną. Ale wynikało to z faktu, że zdecydował się porzucić świat akademicki na rzecz polityki praktycznej. To umożliwiało mu zabieranie głosu w wielu bieżących sprawach politycznych, w tym bezpośrednio związanych z interesem Polski. Piotr Wandycz miał znacznie mniej po temu okazji. Prowadził jednak własną, dobrze przemyślaną „politykę historyczną", wprowadzającą historię Polski i Europy Środkowo-Wschodniej do amerykańskiej refleksji historycznej i światowego obiegu intelektualnego. I był niezwykle skuteczny.

Melchior Wańkowicz kiedyś zanotował: „Wieczór u profesora Wandycza. Jest to jeden z kilku setek naszych naukowców, którzy są niezawiśli politycznie, nie czerpią środków utrzymania z politycznych funduszy amerykańskich i którego głos waży dzięki temu na stosunku Ameryki do nas". Wandycz posiadał znakomite możliwości oddziaływania dzięki uzyskanej w Stanach Zjednoczonych pozycji naukowej. Przez ponad 30 lat był profesorem historii w Yale University, zaliczanym do elitarnej Ivy League – najstarszych i najbardziej prestiżowych uniwersytetów w Stanach Zjednoczonych – najlepszej amerykańskiej szkoły historii. Wykładał także na innych prestiżowych uczelniach w USA.

Był także pierwszym historykiem, którego książki dwukrotnie uhonorowano George Louis Beer Prize – ekwiwalentem dziennikarskiego Pulitzera, nagrodą przyznawaną od 1895 r. przez Amerykańskie Towarzystwo Historyczne. Lista jej laureatów jest imponująca, znajdziemy tam m.in. Roberta Ferrella (1952), Richarda Pipesa (1955), Aleksandra Dallina (1957), Vojtecha Mastnego (1997) i Timothy Snydera (2003). Wandycz otrzymał ją w 1962 r. za książkę „France and Her Eastern Allies, 1919–1925" („Francja i jej wschodni sojusznicy, 1919-1925"), a następnie w 1989 r. za „The Twilight of the French Eastern Alliances 1926–1936: French-Czechoslovak-Polish Relations from Locarno to the Remilitarization of the Rhineland" („Zmierzch francuskich sojuszy na wschodzie 1926–1936: francusko-czeskosłowacko-polskie stosunki od Locarno do remilitaryzacji Nadrenii"). Po nim powtórnie nagrodzony został tylko Gerhard Weinberg za swoje monumentalne dzieła o polityce zagranicznej III Rzeszy i historii II wojny światowej. Nie ma tu miejsca, aby wymieniać długą listę innych nagród i wyróżnień, którymi uhonorowano Wandycza, wspomnieć jednak wypada o doktoratach honoris causa od paryskiej Sorbony, a także Uniwersytetu Jagiellońskiego, Uniwersytetu Wrocławskiego oraz KUL.

Śniło mi się, że chodzę po Lwowie

To paradoks, ale obie nagrodzone w Stanach Zjednoczonych jego książki nigdy nie ukazały się w języku polskim. W PRL nie było to możliwe z powodów politycznych, ale w wolnej Polsce winić można już tylko ignorancję i imposybilizm. Gdy Polski Instytut Spraw Międzynarodowych w 2010 r. planował ich wydanie, nagła interwencja „modernizatorów" przeświadczonych, że polityka zagraniczna nie wymaga ani specjalistycznych bibliotek, ani wydawania archiwalnych dokumentów i książek o historii dyplomacji, przekreśliła te plany. W rezultacie poza środowiskiem historyków i intelektualistów – głównie za sprawą współpracy z Jerzym Giedroyciem i środowiskiem paryskiej „Kultury" oraz „Zeszytów Historycznych" – prof. Piotr Wandycz był osobą mało w Polsce znaną. Warto więc chociaż po jego śmierci przybliżyć tę niezwykłą postać.

Należał do pokolenia Kolumbów. Gdyby w 1923 r. urodził się w Warszawie, jest bardzo prawdopodobne, że wraz z całym pokoleniem 20-letnich rówieśników walczyłby albo w 1943 r., w powstaniu w warszawskim getcie albo – gdyby miał więcej szczęścia – w sierpniu 1944 r., jak jego kuzyn, w Powstaniu Warszawskim. Jego ojciec Dawid Kon pochodził z polonizującej się rodziny żydowskiej. Jeszcze przed wybuchem pierwszej wojny światowej zaangażował się w walkę o niepodległość Polski. Na studiach w Pradze działał w Związku Walki Czynnej i tam zaczął używać pseudonimu Wandycz. Gdy wybuchła Wielka Wojna, w wieku 22 lat zaciągnął się do Legionów Józefa Piłsudskiego i przeszedł szlak bojowy I Brygady. Został odznaczony legionową odznaką „Za wierną służbę". W 1916 r. w Baranowiczach Dawid Kon przyjął wiarę katolicką i imię Damian, a jego pseudonim legionowy stał się odtąd nazwiskiem całej rodziny – konwersji dokonali bowiem także jego trzej bracia, którzy również zaczęli posługiwać się nazwiskiem Wandycz. Cóż za potężny przykład atrakcyjności inkluzywnego patriotyzmu Legionów Piłsudskiego!

Piłsudski musiał zwrócić uwagę na tego chłopaka, gdyż w grudniu 1918 r. już jako tymczasowy naczelnik państwa wysłał go do Pragi w składzie trzyosobowej delegacji dla prowadzenia poufnych rozmów politycznych z przywódcami czeskimi. Misja ta długo pozostawała zapomniana, a przypomniał o niej sam Damian Wandycz w 1953 r., ogłaszając w piśmie emigracyjnym „Biały Orzeł" swoje wspomnienie o tej misji. Przypomniał, że zawiózł wówczas osobisty list Piłsudskiego do Masaryka. Do sprawy tej wrócił 17 lat później jego syn prof. Piotr Wandycz, publikując odnalezione w archiwach dokumenty dotyczące misji.

W 1919 r. Damian Wandycz poślubił Stefanię z Dunikowskich, trzy lata później urodził się im syn Piotr. W 1930 r. rodzina przeprowadziła się do Lwowa, gdzie Damian podjął pracę w przemyśle naftowym. Piotr przez całe życie zachował sentyment do obu miast. „Lwów znałem lepiej, a z Krakowem i Krakowskiem miałem związki ze strony matki, której rodzina mieszkała na Sądecczyźnie" – wspomniał w 2011 r. w wywiadzie dla „Nowego Dziennika". „Po wojnie śniło mi się wielokrotnie, że chodzę po Lwowie i staram się odnaleźć znane zakątki".

Wandyczowie opuścili miasto 14 września 1939 r., gdy zaczęły się do niego zbliżać wojska niemieckie. Sowiecka agresja na Polskę 17 września 1939 r. zmusiła ich do dalszej ucieczki. W Rumunii, Damian Wandycz podjął pracę w polskiej dyplomacji. Wiosną 1940 r. polski rząd wezwał go do Francji. Po jej kapitulacji władze kolaborującego z Niemcami rządu Vichy udostępniły współpracownikom polskiego rządu i przedstawicielom sanacji kilka hoteli w Grenoble. Wandyczowie zamieszkali w Grand Hotelu wraz z gronem polskich polityków i funkcjonariuszy państwowych. Ich sąsiadem był m.in. były polski ambasador w Moskwie do 17 września 1939 r. dr Wacław Grzybowski. Tam Piotr Wandycz spędził dwa lata, zdał maturę i przeżył śmierć matki w 1941 r.

Rok później ojciec wystarał się o wizy hiszpańskie, dzięki którym udało im się dotrzeć do Wielkiej Brytanii. Piotr zaciągnął się do polskiego wojska. Służył w artylerii 1. Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka. Służbę zakończył w stopniu podporucznika. Wprawdzie, jak wspominał, istniała możliwość urlopowania na studia, ale nie wydawało mu się to „jakoś uczciwe", więc taki urlop otrzymał dopiero, kiedy skończyła się wojna.

Studiował historię w Cambridge, a następnie w 1951 r. obronił doktorat na London School of Economics na temat wpływu brytyjskiej i francuskiej myśli liberalnej na teorię stosunków międzynarodowych. Analizował w niej stosunek liberalnych myślicieli do takich pojęć, jak pokój, prawo międzynarodowe, moralność w polityce międzynarodowej. Prof. Norman Davies, który w połowie lat 80. XX wieku przeglądał jego doktorat, zwrócił uwagę, że w swojej rozprawie unikał wątków polskich. Wyraźnie nie chciał napotkać zarzutu tendencyjności własnych refleksji. Tylko w jednym miejscu zrobił odstępstwo, cytując list premiera Francji Georges'a Clemenceau do premiera Polski Ignacego Paderewskiego z okresu konferencji wersalskiej: „Muszę Panu także zwrócić uwagę na FAKT" – pisał francuski premier – „że to wysiłkom i ofiarom mocarstw sojuszniczych zawdzięcza naród polski odzyskanie swojej niepodległości". Wandycz opatrzył ten cytat komentarzem: „ten ton z całą pewnością nie świadczył ani o zrozumieniu, ani życzliwości".

Odpowiedź na szkodliwe książki

Lata spędzone w Wielkiej Brytanii, zarówno w wojsku, jak i później na studiach, były dla Wandycza okresem formacyjnym. Uświadomiły mu, że polityka międzynarodowa to nie tylko starcie interesów, lecz również idei. Te groźne dla Polski trzeba zwalczać równie zaciekle jak wrogie czołgi. Znakomitego warsztatu historyka dyplomacji, sprawnie poruszającego się po oceanie myśli politycznych, krytycznego, pozbawionego emocji sposobu argumentacji nauczył się od Brytyjczyków: „Podziwiałem sposób zachowywania się Anglików podczas wojny, a przykład, gdy szedłem do kina w Londynie i ogłaszano alarm lotniczy, nikt nie ruszał się z miejsca. Spokojnie czekano na ogłoszenie końca alarmu. To angielskie upper lip i zachowanie zimnej krwi – nie widziałem nigdy paniki – bardzo mi imponowało. Lubiłem Cambridge, system nauczania i zwyczaje. Miałem bardzo dobre stosunki z ludźmi. Gdy rząd brytyjski opuścił nas po wojnie, miałem uczucie zawiedzionej miłości".

Po doktoracie dr Wandycz wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Od 1944 r. mieszał tam jego ojciec, którego polski rząd wysłał z misją dyplomatyczną. Gdy skończyła się wojna, nie miał już dokąd wracać – później kierował Instytutem Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku. Dzięki rekomendacjom otrzymanym z Cambridge dr Wandycz otrzymał zaś pracę profesora historii na Indiana University. Pracował tam dziesięć lat, z dwuletnią przerwą na wykłady na Harvardzie.

W 1954 r. rozpoczął się więc okres niezwykle intensywnej aktywności naukowej, społecznej i patriotycznej, którą można określić mianem prywatnej „polityki historycznej" Piotra Wandycza. Wprowadzał do życia intelektualnego Stanów Zjednoczonych problematykę polską, przybliżał uwarunkowania polityczne i historyczne regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Jako wykładowca akademicki, wychował dwa pokolenia amerykańskich badaczy, dyplomatów, dziennikarzy i polityków. Walczył. Swoimi zainteresowaniami badawczymi sterował w taki sposób, aby reagować na deficyt wiedzy w amerykańskim społeczeństwie i przeciwdziałać groźnym dla Polski, opartym na ignorancji politycznym stereotypom.

W 1953 r. ukazały się w Stanach Zjednoczonych dwie niezwykle szkodliwe dla sprawy polskiej książki. Harvard University Press opublikowało znakomicie napisaną pracę Samuela Sharpa, przeznaczoną dla szerszego kręgu czytelników: „The White Eagle on Red Field" („Biały orzeł na czerwonym polu"). Autor z pozycji tzw. politycznego realizmu argumentował, że idea niepodległości Polski jest mrzonką, gdyż w świecie realnych politycznych interesów nie ma miejsca dla państw o małym potencjale. Ponieważ Polska zawsze była, jest i będzie częścią żywotnych interesów Rosji, a jedynie incydentalnie Stanów Zjednoczonych, to jej niepodległość nigdy nie może się stać realnym programem amerykańskiej polityki zagranicznej. W tym samym czasie Uniwersytet Yale wydał studium Louisa Gersona zatytułowane „Woodrow Wilson and the rebirth of Poland, 1914–1920" („Woodrow Wilson i odrodzenie Polski. 1914–1920"). Ten z kolei autor postawił tezę, iż prezydent Stanów Zjednoczonych został zmanipulowany przez „polską mniejszość etniczną" w Ameryce i prowadził błędną, sprzeczną z interesami Stanów Zjednoczonych politykę w sprawie niepodległości Polski. Książka roiła się od błędów faktograficznych i interpretacyjnych, a autor nie miał niemal żadnej wiedzy o polskim kontekście historycznym. Polonia w Stanach Zjednoczonych podniosła wprawdzie raban, ale niewiele z niego wynikało. Obie książki uzyskały status podręczników akademickich.

Wandycz odpowiedział własnymi książkami. Pierwsza z nich, „Soviet-Polish Relations 1917–1921" („Stosunki sowiecko-polskie 1917–1921"), ukazała się już w 1955 r. w wydawnictwie Uniwersytetu Harvarda. Wandycz przedstawił w niej szeroki kontekst historyczny relacji polsko-rosyjskich. W znakomicie napisanej, opartej na nieznanym w Ameryce polskim, rosyjskim i brytyjskim materiale źródłowym, przedstawił założenia polityki Józefa Piłsudskiego w kontekście bolszewickiej wizji świata i ich polityki nie tylko wobec Polski, ale także Azerbejdżanu, Gruzji i Ukrainy. Źródłowo wykazał, że konflikt polsko-sowiecki nie został wywołany rzekomym „polskim imperializmem", ani też dążeniem bolszewików do „samostanowienia", ale wynikał z przesłanek natury strategicznej i ideologicznej i w tym sensie był nieuchronny.

Monografia pióra Piotra Wandycza do dziś stanowi najlepsze omówienie zagadnienia relacji polsko-sowieckich od przewrotu bolszewickiego do pokoju ryskiego w historiografii amerykańskiej i wciąż funkcjonuje jako zalecana studentom lektura akademicka. Wandycz z przekąsem zauważył po latach, że amerykańska Polonia jego książki niemal nie zauważyła.

Stosunkom polsko-amerykańskim poświęcił monografię opublikowaną przez Harvard w 1980 r. „The United States and Poland" („Stany Zjednoczone i Polska"). Nie tylko zastąpiła książkę Louisa Gersona na liście lektur zalecanych studentom najlepszych amerykańskich uczelni, ale także po dziś dzień jest najlepszym omówieniem relacji polsko-amerykańskich od czasu rozbiorów po prezydenturę Cartera.

Znowu wraca problem recepcji piśmiennictwa Wandycza w kraju. Słusznie narzekamy na deficyt polskiej polityki historycznej, a jednocześnie nie znamy tekstów jej prawdziwego mistrza. Prof. Wandycz, bardzo często działając w pojedynkę, odnotował na tym polu więcej sukcesów, niż ktokolwiek inny, wliczając ministerstwa i urzędy III Rzeczypospolitej razem wzięte.

Nie ma tu miejsca na omówienie całości tych osiągnięć, ale o dwóch aspektach warto wspomnieć. Nie było dziełem przypadku, że wybór dokumentów katyńskich w języku angielskim „Katyn. A Crime Without Punishment" („Katyń. Zbrodnia bez kary"), pod redakcją Anny Cienciały, Natalii S. Lebiedewej i Wojciecha Materskiego, ukazał się nakładem Yale Uniwersity Press – wydawnictwa uniwersytetu, na którym prof. Wandycz wykładał i gdzie cieszył się wielkim autorytetem. To nie przypadek także, iż prof. Timothy Snyder, najwybitniejszy obecnie amerykański historyk podejmujący w swoich pracach problematykę Europy Środkowo-Wschodniej, został jego następcą w Yale, bowiem wcześniej był jego długoletnim współpracownikiem.

Wiele z intelektualnej spuścizny Piotra Wandycza będzie mieć ponadczasowy charakter. Na przykład uwaga o mentalnym kontekście relacji amerykańsko-polskich. „Amerykanie, jak zauważył powieściopisarz Emily Hahn »nigdy nie byli przesadnymi fanami historii. Zawsze uważamy, że to czego doświadczamy jest nowością«. Taka postawa nie jest zaskoczeniem. Kolejne fale emigrantów do Ameryki uciekały od europejskiej historii i jej ciężarów. Wezwanie do »nowego«, niezależnie czy chodziło o nowe granice, nowe doświadczenie, czy »new deal« samo się narzucało, tym samym duże fragmenty przeszłości każdego dnia znikają z amerykańskiego horyzontu. Tymczasem Polacy (...) są jednym z najbardziej uświadomionych historycznie narodów. Nawet gdyby chcieli uciec od historii, nie byliby w stanie. Przeszłość wnika w Polsce w teraźniejszość i Polak zwraca się ku minionym wiekom w poszukiwaniu inspiracji, ukojenia i usprawiedliwienia dla swoich bieżących działań".

W kontekście wiecznie żywych polskich dyskusji o idealizmie (romantyzmie) i realizmie (pozytywizmie) w polityce, warto pamiętać o opinii Piotra Wandycza, który uważał, że kryterium „realizmu" i „idealizmu" nie jest dobrym przewodnikiem po dziejach Polski. W 1983 r. pisał: „Tzw. realiści okazywali się często wyjątkowo nierealistyczni w swej taktyce i wyborze środków działania. Jako przykład można tu przytoczyć brankę Wielopolskiego, którą potępił, i to właśnie z pozycji trzeźwego polityka i »realistycznego« historyka, Michał Bobrzyński. (...) A z kolei ileż pragmatycznego realizmu było w rozmaitych pociągnięciach politycznych »romantyka« (»idealisty«?) Piłsudskiego? (...) Potoczne używanie, a w szczególności nadużywanie tych pojęć może łatwo się przerodzić się w wystawianie cenzurek tym, z którymi się nie zgadzamy, w potępienie przeciwników. Zarzut braku realizmu, niezrozumienia rzeczywistości, niepoprawnego idealizmu staje się bronią czy instrumentem w sytuacjach konfliktowych. Nie chodzi tu oczywiście o wyrugowanie samego słowa, ale o zastanowienie się nad jego adekwatnością".

Aż się prosi, aby w tym miejscu zacytować Juliusza Mieroszewskiego, publicystę politycznego paryskiej „Kultury", czyli środowiska, z którym prof. Piotr Wandycz był blisko związany przez kilkadziesiąt lat. W eseju „Kordian i cham" zamieszczonym w „Kulturze" w 1973 r. Mieroszewski napisał: „Przewertujcie historię! Sny romantyków urzeczywistniali realiści. Gdyby nie było romantyków – realiści nie mieliby czego urzeczywistniać". Mało znany jest fakt, że Piotr Wandycz był kuzynem Juliusza Mieroszewskiego. Matka Piotra Wandycza, Stefania Dunikowska, była rodzoną siostrą matki publicysty.

Potrójnie wielki

Wielki historyk wielkiego narodu to godność, nad którą nie ma dostojniejszych" – napisał prof. Szymon Askenazy o jednym z największych francuskich historyków dyplomacji Albercie Sorelu. Zdaniem Askenazego, Sorel był „wielkim historykiem w potrójnym tego słowa znaczeniu: naukowym, obywatelskim i pisarskim. Wielki uczony nie dyletant, wielki pisarz nie rzemieślnik, nie pedant, wielki obywatel pozbawiony przecież jakichś tendencji a priori".

To kryterium oceny wielkości historyka zostało przywołane przez Piotr Wandycza w artykule „Szymon Askenazy a polityka historyczna", przygotowanym w związku z konferencją organizowaną w Belwederze przez Polski Instytut Spraw Międzynarodowych, pod patronatem prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego w 2006 r. Ze względu na stan zdrowia, prof. Wandycz nie zdołał wziąć w niej udziału. Poprosił mnie wówczas o odczytanie nadesłanego tekstu. Opublikowano go dopiero niedawno, w kwietniu 2017 r., po reaktywacji „Polskiego Przeglądu Dyplomatycznego".

Los sprawił, że uwagi o roli społecznej historyka i udziale w kształtowaniu polityki historycznej, sformułowane na kanwie rozważań o Szymonie Askenazym, były ostatnim tekstem prof. Piotra Wandycza, który ukazał się za jego życia w Polsce. To ośmiela mnie, aby w tym miejscu skorzystać z klasyfikacji prof. Askenazego. W XX wieku Polska miała wielu wielkich historyków i intelektualistów klasy światowej. Wielu z nich zostało z różnych powodów zapomnianych lub przemilczanych w kraju. Do największych z nich z pewnością należał prof. Piotr Wandycz, wielki historyk w potrójnym tego słowa znaczeniu: naukowym, obywatelskim i pisarskim. Warto w Polsce zadbać o jego pamięć. Ustanowić nagrodę jego imienia lub choćby wydać po polsku jego najważniejsze książki.

Autor jest dyrektorem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (od lutego 2016 roku, wcześniej tę funkcję pełnił też w latach 2007–2010). W latach 2011–2016 był dyrektorem Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia.

Tytuł i śródtytuły od redakcji

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Komentarz dnia
Żródło: Plus Minus

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE