Jerzy Satanowski: Pożegnanie z Edwardem Stachurą

aktualizacja: 13.08.2017, 16:06
Edward Stachura, pseudonim Sted (1937–1979), poeta, prozaik, pieśniarz...
Edward Stachura, pseudonim Sted (1937–1979), poeta, prozaik, pieśniarz i tłumacz, jeden z „kaskaderów literatury”, laureat nagrody Kościelskich. Przyjaciel Jerzego Satanowskiego.
Foto: EAST NEWS

Stachura powiedział, że popełni samobójstwo, a ponieważ był człowiekiem, który nie zmienia zdania, wiedziałem, że to się stanie. Najgorsza była bezradność, że nie mam pomysłu, jak temu zapobiec - mówi Jerzy Satanowski, kompozytor.

REDAKCJA POLECA

Plus Minus: 18 sierpnia Edward Stachura obchodziłby 80. urodziny. Jak wyobrażasz go sobie w tym wieku?

W ogóle go sobie nie wyobrażam.

Co jest największym nieporozumieniem w postrzeganiu Stachury?

Mam nieodparte wrażenie, że nie dostrzega się nie tylko wielobarwności tej postaci, ale też jej głębi. Stachura nie podróżował, by oglądać góry, doliny i jeziora, tylko by spotykać innych ludzi, poznać i zrozumieć ich sposób myślenia. Należał do autorów, którzy myśląc o świecie, próbują znaleźć w tym chaosie jakiś porządek. Podobno Albert Einstein długo wpatrywał się w gwiaździste niebo i cedził: „Kurcze, to przecież musi mieć jakiś sens", zdając sobie jednocześnie sprawę, że ten sens wciąż człowiekowi umyka. I taka postawa była Stachurze bliska: postawa intelektualisty. Na pewno nie był św. Franciszkiem z Asyżu w dżinsach – jak go nazywał jeden z felietonistów – naiwniaczkiem, który wędruje z plecakiem i żywi się korzonkami. W jego dziennikach podróżnych są ciągle opisy ludzi, z którymi się spotykał. Jakiś biofizyk, jakiś filozof albo poeta, którego wiersze go zafascynowały. Wędrował w poszukiwaniu nietuzinkowych ludzi. Miałem wrażenie, że jest kolekcjonerem ciekawych znajomości.

Można powiedzieć, że życie Stachury to wieczne zmaganie się ze światem.

Sted zmagał się z tym światem, próbował go porządkować i opisywać. Czasem też postępował jak Witkacy, który obok formułowania wielkich filozoficznych myśli udzielał rad praktycznych, jak się pozbyć hemoroidów, czym leczyć oparzenie. Wypowiadał się więc w różnych kwestiach. Chciał dawać ludziom proste rady, jak żyć, ale też pomagać im myśleć o świecie. I wspólnie go porządkować. Oczywiście można być wrogiem całego pisarstwa Edwarda Stachury, uważać, że jest ono naiwne, ale przede wszystkim jest to literatura bardzo osobista, a ta naiwność była bardzo ambiwalentna.

Później, kiedy doszła jeszcze choroba umysłowa Steda, mówiło się krótko „święty fioł".

Kiedy wczytać się głębiej, łatwo dostrzec, że ta jego naiwność to rodzaj pozy, literackiego chwytu. Stachura był jednostką bardzo skomplikowaną. Funkcjonował na wielu poziomach, a kiedy umarł, to ten kult zrobił się dość jednowymiarowy. „Przyjdźmy, rozpalmy ognisko, weźmy gitarę i śpiewamy piosenki". Takie podejście budziło mój protest, bo stało się jasne, że wielu ludzi, którzy śpiewali jego teksty, ma blade pojęcie o jego twórczości. Nie dostrzegali choćby najmocniejszego jej elementu, takiego jak tekst „Pogodzić się ze światem", czyli opis ostatnich tygodni od utraty palców prawej ręki aż do samobójstwa. To wstrząsająca lektura, choć była pisana nie jako testament, ale wprawka na lewą rękę, by móc dalej tworzyć.

Lektura rzeczywiście wbija w fotel. Jest krzykiem rozpaczy, poruszającą opowieścią o wewnętrznej pustce, ale też o miłości do matki, która mimo zaawansowanego wieku potrafiła się cieszyć z każdego dnia i każdej chwili spędzonej z synem. W tym utworze poznajemy zupełnie innego człowieka, kogoś, kto w niczym nie przypomina Edmunda czy bohatera „Siekierezady".

Dla mnie to najdojrzalsza i najbardziej tragiczna rzecz, która się pod koniec jego życia wydarzyła. Kiedy utracił wiarę w to, że warto żyć. Pogodzony ze światem, niepogodzony ze sobą – myślę, że właśnie w takim stanie duchowym Sted żegnał się z życiem I to jest przez wielu ludzi nieczytane, niezrozumiane, odrzucone. Taka dawka bólu zwątpienia nie pasowała do obrazu tego naiwnego pisarza, patrona festiwalu piosenki turystycznej. Tam jest znacznie więcej, znacznie głębiej.

Stachurę poznałeś przez poetę Witolda Różańskiego, obaj byliście wtedy studentami poznańskiej polonistyki. Pamiętasz to pierwsze spotkanie ze Stedem? Jak go odebrałeś?

Tych „spotkań pierwszych" było kilka, ale teraz, po latach zlewają mi się w jedno. Pamiętam, że Edward z tymi podkręconymi włosami wyglądem odstawał od pozostałych. Już w pierwszym spojrzeniu emanowała od niego charyzma, a co dopiero, kiedy się odezwał. Po prostu kradł show. Tam, gdzie siadł i zaczynał rozmawiać, stawał się punktem odniesienia dla pozostałych. Na nas, młodych filologach, robił tym większe wrażenie, że nie był postacią anonimową. Nie był to więc jakiś kolega, tylko „drukowany autor". A to mówiło o jego pozycji i na tym punkcie mieliśmy fioła.

Dziś każdy może sobie na własny koszt wydać tomik poezji, ale kiedyś taka możliwość, przy monopolu państwowych wydawnictw, praktycznie nie istniała. Poza tym wychodziły pisma literackie i miały swoją renomę.

To była kompletnie inna rzeczywistość, dziś nie do wyobrażenia. Mogłeś być poetą wśród kolegów, ale kiedy nagle „Twórczość" czy inne wydawnictwo publikowało twoje wiersze, jakaś gazeta drukowała cię na pierwszej stronie, to było coś. My mieliśmy aspiracje, a tu pojawił się człowiek, który zyskał sławę, wpływy i potrafił pociągnąć za sobą innych... Mało wiemy, jak wielu poetów zawdzięcza Edwardowi Stachurze swoje debiuty. W znanych sobie wydawnictwach umiał wymusić publikowanie autorów jeszcze nierozczytanych, nieodnalezionych, a w innych torował drogę swoim kolegom po piórze. Pomagał, i poświęcał temu dużo czasu, całkowicie bezinteresownie, również w czystej robocie redaktorskiej. Dzięki niemu wielu z ludzi piszących na serwetkach stawało się „autorami drukowanymi". Ryszard Milczewski-Bruno, Andrzej Babiński, wspomniany Witek Różański, któremu zredagował dwa tomy, to oczywiście nie cała lista poetów, którzy wiele mu zawdzięczają.

Cała plejada?

Tak... Niektórzy byli też świetnymi interlokutorami. I przeciwnikami filozoficznymi, bo często się z nimi ścierał. Przez wiele lat jego przyjaźnie falowały od wielkiej fascynacji do całkowitego skreślenia z listy przyjaciół. Co jakiś czas sporządzał taką listę, listę osób, które już nie są z jego świata.

Stachura po przeczytaniu tekstu mówił krótko: „Zagłada" albo „Potęga". Czy te kryteria stosował też wobec własnych utworów?

Był raczej entuzjastą swojej twórczości i nie pamiętam, żeby miał chwile zwątpienia. Oczywiście w tym ostatnim tekście jest fragment: „to co mówi moja matka jest dużo mądrzejsze od wszystkiego co napisałem". Dla mnie ta teza była szokiem, bo nigdy nie wierzyłem, że Edward może mieć dystans do tego, co robi.

Pokłóciliście się kiedyś o szczura.

To był jedyny przykład, kiedy Sted uznał, że nie ma racji, choć tego głośno nie powiedział. W „Życiu Literackim" drukował cykl „Wszystko jest poezja". Były to notatki z podróży, własne przemyślenia. Cały dziennik. Całe życie. I tam właśnie w jednym z odcinków napisał, że gonili i zabili szczura. Mnie to strasznie wkurzyło, bo nie znoszę, jak męczy się zwierzęta. Wytknąłem mu to o trzeciej nad ranem w Toruniu w parku w towarzystwie Janusza Andermana, gdy we trójkę czekaliśmy na odjazd pociągu. Rozpętała się straszna awantura o tego szczura. Stachura wykrzykiwał, że jego bohater liryczny miał prawo go zabić, bo szczur to wróg człowieka i dlatego można walczyć z nim w sposób ekstremalny. Ja twardo oponowałem. Awantura w środku nocy nie znalazła żadnego epilogu poza tym, że rozdział o zabiciu szczura nie znalazł się już w książkowym wydaniu tego cyklu. Potrafił zmienić zdanie, ale niechętnie.

Często prowadziliście spory literackie.

Tak, bywało, że dość zasadniczo różniliśmy się w ocenie niektórych pisarzy. I wtedy natychmiast rodził się konflikt. Łagodniał on tylko wtedy, gdy Edward sam odwoływał te swoje poprzednie oceny. I informował, że zmienił zdanie.

Czyli ty też byłeś raczej nieprzejednany w ocenie.

Powiedzmy sobie, że artyści to jednak banda egoistów i każdy ciągnie w swoją stronę. To fundamentalne wręcz źródło konfliktów. Więc ja nie mówię tego z jakimś żalem. Powiem więcej: cenię Edwarda za to, że nie bał się występować w obronie siebie samego, że był postacią walczącą. Nie było mowy, by coś przemilczał lub nie zwrócił uwagi na coś, co mu zgrzyta. Musiał przekonać do swoich racji, jeśli się to nie udawało, to zawsze relacje bywały napięte.

Poznaliście się w czasach poznańskich, a waszej przyjaźni sprzyjał fakt, że wtedy Stachura zaczął pisać sporo piosenek, do których komponowałeś muzykę.

Można powiedzieć, że piosenka scementowała w jakimś sensie naszą przyjaźń, bo gdy się poznaliśmy, Stachura akurat zafascynował się tą formą przekazu i uczył się grać na gitarze, w czym sporo mu pomagałem. Pisałem też muzykę do jego utworów, ale mieliśmy taki deal, że do niektórych każdy pisze swoją. Stąd też pojawiło się wiele piosenek z tekstami Steda, które mają różną muzykę i nie są chronione prawem autorskim.

Ponoć pożyczałeś mu gitarę...

Wielokrotnie pożyczaliśmy sobie gitary. Dla tych, którzy chcieli pośpiewać, było to czymś naturalnym. Nieodzownym instrumentem, wygodnym, bo przenośnym, ale też niełatwo było kupić dobrą gitarę. Pierwszą taką, za tysiąc dolarów, przywiózł Edward z Meksyku. To było absolutne szaleństwo. Miała przepiękną barwę, to był niewyobrażalny skarb. Ta gitara to był taki totem naszych czasów. Przeżyliśmy z naszymi różnymi gitarami istne odyseje kosmiczne. Ciągle się psuły, pękały. Oczywiście służyły bardziej na użytek wewnętrzny, bo nikt z nas nie uważał się za typowego barda. Nie byliśmy estradowymi wykonawcami naszych utworów.

Listy Stachury do ciebie miały często ton bardzo osobisty. Czuje się, że pisane były do serdecznego przyjaciela. Chciałbym więc zapytać, czy znając go tak dobrze, dostrzegałeś w nim jakąś postępującą chorobę psychiczną?

Absolutnie nie. Było to tym większym zaskoczeniem, że Edward opiekował się osobami, które miały zdiagnozowaną chorobę psychiczną. Wydawało się więc, że sam jest daleki od tego, bo w kontaktach z tymi ludźmi był jak lekarz. Wszystko wskazywało więc na to, że w tej dziedzinie „miał szczepionkę" i że tu nic nie może się zdarzyć. A jednak się zdarzyło. Przedostatnia rozmowa wskazywała, że ta choroba mocno w niego wchodziła, choć jeszcze nie osiągnęła apogeum.

Można powiedzieć, że wtedy Stachura zaczął negować istnienie Stachury...

Starał się przybrać formę człowiek-nikt. To był taki jego mit: „Skończyłem z potworem, który nazywa się Edward Stachura", oznajmił mi kiedyś. Twierdził, że zbyt intensywne zajmowanie się sobą samym powoduje zamknięcie. Że człowiek, który jest nastawiony wyłącznie na obronę własnego widzenia świata, ma mózg całkowicie wypełniony, który trzeba opróżnić, żeby móc przyjmować nowe treści i nowe wyzwania. Zauważyłem, że stawał się coraz bardziej agresywny, gdy ktoś choćby powątpiewał w jego idee, ale nie sądziłem, że to już choroba. A on to bardzo szczegółowo opisuje w „Pogodzić się ze światem", że słyszał głosy, które kazały mu postępować tak, a nie inaczej... Aż do momentu, w którym miał wizję, To wtedy, w stanie szczytowym wizji (tak się to chyba nazywa medycznie), wszedł pod pociąg, ale zderzenie z pociągiem nie było próbą samobójstwa. Dopiero potem znalazł się w zakładzie psychiatrycznym. Na jakiś czas zaleczono mu te objawy. Kiedy spotkałem go ostatni raz, nie zdradzał żadnych oznak szaleństwa. Był solidnie realny.

Czytając jego utwory, mam zawsze wrażenie, że wyraźnie chciał dotknąć tej rzeczywistości, przeżyć ją, doświadczyć jej na sobie.

W jego głowie cały czas toczyła się jakaś niesłychana chemia, jakiś proces, który mógł spowodować, że bezpieczniki się po prostu przepaliły. Medycyna miałaby tu coś więcej do powiedzenia. Z boku tak to wyglądało. Miałem wrażenie, że jego pisarska głowa w pewnym momencie tego wszystkiego nie wytrzymała i zeszła z toru normalności... Aby powiedzieć więcej, trzeba być neurologiem, dotrzeć do informacji, do których ja nie mam dostępu.

Napisał „Wszystko jest poezja". A rozmawialiście o poezji i poetach?

Sted żył literaturą. I jego fascynacje dotyczyły konkretnych autorów, np. dziś mało znanego prozaika Leopolda Buczkowskiego. Po jednej z lektur Gombrowicza powiedział: „Prawda, prawda i jeszcze raz prawda". Tłumaczył Borgesa. Teoria literatury obchodziła go znacznie mniej niż praktyka. Nie interesowała go ani filozofia tworzenia, ani związek literatury z polityką. Można więc powiedzieć, że najbardziej go fascynowało to, co mógł dotknąć własnymi rękami.

Dyskutowaliście o literaturze?

Ze Stedem nie prowadziliśmy rozmów o teorii literatury, choć w gronie filologów takie rozmowy wydawałyby się logiczne. Robiliśmy to, ale bez jego udziału. Mieliśmy wrażenie, że Edward brzydziłby się tym. Stachura bowiem dzielił pisarzy na tych akademickich, co siedzą w bibliotekach, i tych prawdziwych, co siedzą w knajpach. Długo takiemu podziałowi hołdował. Bardzo cenił Borgesa. Kiedy usłyszał zarzuty, że źle go przetłumaczył, twierdził, że go po prostu przewietrzył. Że Borges był takim molem książkowym, a on dzięki swym tłumaczeniom z zakurzonej biblioteki wypuścił go w przestworza.

Wobec Stachury używa się często określenia „życiopisanie".

Myślę, że coś w tym jest. Był człowiekiem bardzo emocjonalnym. kiedy przeczytał jakiś dobry wiersz, krzyczał: „Potęga". Bardzo lubił muzykę ludową, bo uważał ją za autentyczną. Przechowywał całą masę taśm z muzyką meksykańską, indyjską, andyjską. Śmiało można powiedzieć, że pewne melodie go prześladowały. Wyłuskiwał też zwroty, które wprowadzał do literackiego krwiobiegu, choćby „tango to smutna myśl, którą się tańczy". To zdanie usłyszał gdzieś w Ameryce Południowej i zacytował w utworze „Tango triste".

Pozostańmy przy jego zainteresowaniach. Wiem, że grał w pokera i szachy.

Powiedziałbym wręcz, że grał we wszystko i o każdą stawkę, bo warunkiem tego grania były pieniądze. Wyjątkiem bywały szachy. Rozegraliśmy sporo partii szachowych, nie płacąc sobie za zwycięstwo. Co innego poker. Nie da się grać w niego bez pieniędzy. Ten poker zresztą bywał często jego źródłem utrzymania w cięższych czasach.

Mieliście podobne charaktery i temperamenty?

Sporo nas różniło, choćby sposób podchodzenia do gry. Edward grał w szachy z potwornie zimnym wyrachowaniem. Nigdy nie wpadał w euforię. Przeprowadzał krok po kroku jakiś misterny plan. Na zimno, zażarcie walczył o zwycięstwo. Natomiast chociaż ja byłem słabszym od niego szachistą, przy dużym skupieniu udawało mi się czasem zabrać mu jakąś figurę. Teoretycznie więc powinienem był wygrać partię. Ale nigdy nie wygrałem jej, bo mając przewagę, zaczynałem grać brawurowo i opuszczało mnie skupienie, U niego nigdy czegoś takiego nie było. Potrafił przetrzymać ten moment, bo jego euforyczny przeciwnik zaczynał popełniać błędy. Może to dziwne, bo w życiu był akurat człowiekiem spontanicznym, wybuchowym, czasem niesłychanie radosnym, czasem bardzo przygnębionym. Okazywał stan swojej emocjonalności, natomiast kiedy zasiadał do gry, chciał wygrać. To był cel absolutnie nadrzędny.

Kiedy opowiadałeś mi o ostatnim spotkaniu ze Stachurą, miałem wrażenie, że było ono zapowiedzią samobójstwa.

Jeśli ktoś mówi, że być może jutro już nie będzie żył, a potem dodaje: „Wiesz, że cię kocham", i brzmi to jak pożegnanie, to wiadomo, że coś jest nie tak. Przeczuwałem, że coś się z nim stanie, i kiedy następnego dnia jechałem do Gdańska, wieczorem wiadomość o jego śmierci nie była dla mnie zaskoczeniem. Wiedziałem podświadomie, że to jest rzecz nieodwracalna. Powiedział, że popełni samobójstwo, a ponieważ był człowiekiem, który nie zmienia zdania, wiedziałem, że to się stanie. Najgorsza była bezradność, że nie mam pomysłu, jak temu zapobiec. Wiedziałem, że akurat Stachura, kiedy sobie coś postanowi, to nic mu w tym nie przeszkodzi. Widać to było zresztą po sposobie samobójstwa. Ile użył technik, by osiągnąć zamierzony cel. Zażył proszki, a wieszając się, podciął sobie żyły.

To nie był samobójca, któremu mogło się nie udać, który zawiadamia też najbliższych, licząc po cichu, że może zdążą go uratować?

Jego potencjał na bycie w tym świecie całkowicie się wyczerpał. Dziwne i przerażające, dlatego że chodziło o człowieka, który gdy usłyszał od kogoś, że ze światem jest coś nie tak, i opinie typu „szkoda, że się urodziłem" czy „świat nie jest nic wart", jeszcze kilka lat wcześniej mógłby rozpętać dziką awanturę. Tego wieczoru on był kompletnie inny. Całkowicie spokojny, całkowicie opanowany. Ta zmienność nastrojów nie była zresztą dla mnie czymś zaskakującym. Kiedy się czyta jego utwory, łatwo wyczuć, że u niego zawsze jest jakaś góra, jakiś dół. Sam zresztą przyznawał, że to u niego normalna kadencja. Takich kadencyjnych dołów widziałem u niego dużo. Ale wiedziałem, że to nie jest ten, w którym on traci wiarę w świat i sens istnienia. Przy ostatniej rozmowie czułem, że jest inaczej.

Stachura miał potrzebę budowania swojej legendy. Czy robił to świadomie?

Trudno uwierzyć, że nieświadomie. Jest na to wiele przykładów, czasami dość zabawnych. To przenosiło się nawet na okres, gdy chciał być kimś anonimowym. Spotkaliśmy się kiedyś w sprawie napisania wspólnego oratorium. Sted powiedział wtedy, że utwór ma być podpisany tylko moim nazwiskiem jako kompozytora, a z jego strony tekst ma być dziełem anonimowym. bo on już skończył z „potworem Edwardem Stachurą", że teraz nie jest już człowiekiem JA, tylko człowiekiem NIKT. Jeśli będzie jeszcze działał i tworzył, to wyłącznie anonimowo.

I kiedy mi to mówił, zadzwonił telefon i stałem się świadkiem ostrej wymiany zdań. Stachura strasznie sponiewierał swego rozmówcę, bo okazało się, że ten ktoś przekręcił w druku jego nazwisko. Ta karczemna awantura stała wyraźnie w sprzeczności z wcześniejszymi deklaracjami. Ale ta sprzeczność bywa pokarmem wielu artystów.

Stachura używał trzech pseudonimów.

Każda kolejna postać umierała i wtedy rodziła się nowa na szczątkach tamtej poprzedniej. Być może dojrzalsza, mająca nieco inne spojrzenie. To był dla mnie zabieg czysto literacki. Konstrukcja, która jemu jako pisarzowi była bardzo potrzebna. Ale to nie przenosiło się na osobiste kontakty. To znaczy nigdy nie przedstawiał się Michał Kontny, Janek Pradera czy Edmund Szerucki, tylko jednak zawsze Edward Stachura.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Komentarz dnia
Żródło: Plus Minus

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE