Kliczkowie ojczyzny nie zawiodą

aktualizacja: 13.08.2017, 11:15
Foto: Getty Images

Pierwszy przeszedł na sportową emeryturę Witalij, teraz zrobił to młodszy Władimir, nie będzie więc jego rewanżowej walki z Anthonym Joshuą. Bracia Kliczko to już historia boksu.

REDAKCJA POLECA

Witalij, 46-letni dziś mer Kijowa, ostatnią walkę stoczył we wrześniu 2012 roku w Moskwie. Pokonał tam Manuela Charra, obronił pas WBC i przeszedł w stan sportowego spoczynku jako mistrz świata wagi ciężkiej, ale tytuł oficjalnie oddał dopiero w grudniu następnego roku.

W karierze przegrał tylko z Chrisem Byrdem i Lennoksem Lewisem, w obu przypadkach na skutek kontuzji. Były mistrz świata w kickboxingu i wicemistrz świata w amatorskim boksie, na zawodowym ringu nokautował jednego rywala po drugim. – Był jak z kamienia – mówił o nim jego pierwszy trener, Władimir Zołotariew. – Sztywny, pozbawiony naturalnej gibkości, ale twardy jak skała. Nie do skruszenia.

Młodszy o pięć lat Władimir, o którym z kolei Zołotariew powiedział, że był jak z gliny, którą można lepić tak jak się chce, uchodził za większy bokserski talent. Nie miał jednak tak mocnej psychiki jak starszy brat, co było przyczyną kilku porażek. Niemiecki trener Fritz Sdunek, który pracował z Kliczkami, mówił, że Władimir lubił być chwalony, a Witalij reagował na wyrazy uznania alergicznie. Brało się to z tego, że młodszy z braci powątpiewał w swoje możliwości, w odróżnieniu od starszego, który wolał krytyczne uwagi prosto z mostu. On i tak wiedział, na co go stać.

Przed walką z Joshuą 29 kwietnia tego roku (90 tysięcy widzów na stadionie Wembley w Londynie) Władimir przekonywał, że czuje się jak młodzieniec i nie myśli o emeryturze. Faktycznie wyglądał znakomicie, był w wielkiej formie, choć miesiąc wcześniej skończył 40 lat.

To było niesamowite widowisko. Hymn Ukrainy odśpiewała Natalia Kliczko, żona Witalija, była modelka, matka jego trójki dzieci. Walka była dramatyczna, w starciu dwóch mistrzów olimpijskich pierwszy na deski, w piątej rundzie, padł starszy o kilkanaście lat Ukrainiec, złoty medalista z Atlanty (1996). W kolejnym starciu wrócił jednak do gry w wielkim stylu, trafiając mistrza olimpijskiego z Londynu (2012), potężnym prawym prostym. Wydawało się, że koniec jest bliski, Joshua ciężko wstawał. Ale Kliczko nie zaryzykował, nie zaatakował raz jeszcze i urodzony na Wyspach Brytyjskich syn nigeryjskich emigrantów wyszedł z kłopotów obronną ręką, odzyskał siły i pewność siebie, by pod koniec 11 rundy zakończyć pojedynek.

Kliczko po tej porażce, która ewidentnie podcięła mu skrzydła, długo się zastanawiał, czy skorzystać z przysługującej mu opcji rewanżu. Zainteresowanie drugą walką z Joshuą było ogromne, przyniosłaby ona dziesiątki milionów dolarów. Zarezerwowano już halę w Las Vegas na 11 listopada, ale Władimir wciąż zwlekał. Ostatecznie podjął mądrą decyzję, zrezygnował z rewanżu i zakończył karierę, mając na koncie 64 zwycięstwa (53 przed czasem) i pięć porażek, żegnany tak jak kiedyś Rocky Marciano, a później Lennox Lewis czy Witalij. Tyle, że oni odchodzili będąc mistrzami świata, Marciano do tego był niepokonany. Władimir Kliczko swoje mistrzowskie pasy stracił wcześniej, w walce z Tysonem Furym, 28 listopada 2015 roku, na stadionie piłkarskim w Düsseldorfie.

Po dziewięciu latach, siedmiu miesiącach i siedmiu dniach panowania opuścił wtedy tron królewskiej kategorii. W historii zawodowego boksu tylko legendarny Joe Louis królował dłużej (11 lat, osiem miesięcy i osiem dni), broniąc w tym czasie 25 razy tytułu najlepszego pięściarza wagi ciężkiej. Młodszy Kliczko bronił go 18 razy, w tej rywalizacji wyprzedził go jeszcze tylko Larry Holmes (20).

Nie brakuje głosów, że Władimir mógł jeszcze walczyć, że być może wykorzystałby swoje doświadczenie i w rewanżu pokonałby Joshuę, ale uznał, że czas odejść.

Dla zdecydowanej większości ekspertów, to mądra decyzja, gdyż miał zbyt wiele do stracenia, ryzyko było zbyt duże. Już nic nikomu nie musiał udowadniać, osiągnął więcej niż przed laty marzył.

Bez wątpienia jest jednym z wielkich mistrzów wagi ciężkiej. Dorobił się majątku, kilku domów, lata całe był posiadaczem mistrzowskich pasów WBA, IBF, WBO, IBO oraz magazynu „The Ring". Ma u swojego boku amerykańską aktorkę Hayden Panetierre i trzyletnią córkę Kayę Evdokię Kliczko. Wcześniej żył jak playboy, w przerwach między walkami widywano go z modelkami i celebrytkami. Miał też bardzo krótko żonę, Aleksandrę, ale to stare, kijowskie czasy. Rozwiódł się z nią 20 lat temu.

Dziś zna go cały, nie tylko sportowy świat. I choć mówi, że boks dał mu wszystko, to chce wreszcie poczuć jak smakuje prawdziwe życie poza ringiem.

Polscy sympatycy boksu zobaczyli go po raz pierwszy w TVP, która pokazywała mistrzostwa świata amatorów w Berlinie, 22 lata temu. Miał 19 lat i walczył w wadze ciężkiej (91 kg). Medalu nie zdobył, odpadł w ćwierćfinale, przegrywając z przedstawicielem gospodarzy Luanem Krasniqim. Jego starszy brat Witalij doszedł do finału kategorii superciężkiej, zmierzył się w nim z Rosjaninem Aleksiejem Liezinem i uległ mu na punkty.

Rok później, w duńskim Vejle, rozgrywano mistrzostwa Europy, które dla pięściarzy Starego Kontynentu były jedyną przedolimpijską kwalifikacją. Złapany wcześniej na dopingu Witalij oddał miejsce w wadze superciężkiej młodszemu bratu. Władimir był bardzo pewny siebie. Wyróżniał się w tłumie startujących tam pięściarzy. Szczupły, by nie powiedzieć chudy, dwumetrowy chłopak wierzył, że może pokonać każdego. Przegrał jednak w finale z Liezinem, tak jak Witalij w Berlinie, po równej walce. Ale kilka miesięcy później, na igrzyskach w Atlancie (1996), to on był górą, pokonał Rosjanina w półfinale 4:1, by w walce o olimpijskie złoto zmierzyć się z potężnym Paeą Wolfgrammem z Wysp Tonga. Kliczko wygrał i do dziś jest najmłodszym mistrzem olimpijskim kategorii superciężkiej.

Mama nie pozwoliła

W tym samym, olimpijskim roku, obaj z Witalijem podpisali zawodowe kontrakty z niemieckim promotorem Klausem Peterem Kohlem, szefem firmy Universum. Wcześniej byli na Florydzie u sławnego amerykańskiego promotora Dona Kinga, ale Witalij powiedział przed laty „Rzeczpospolitej", że podczas tej wizyty wyczuli jego nieuczciwe intencje i zdecydowali, że odpowiedniejszym miejscem na początek ich zawodowej drogi będzie Hamburg. Witalij chyba nie zdawał sobie wtedy sprawy, że Kohl stawiał na Władimira, to młodszy z braci był przecież mistrzem olimpijskim. Starszy mu się nie podobał, nie wierzył w jego bokserską przyszłość, a kontrakt podpisał tylko dlatego, że bracia byli nierozłączni.

To był dla nich trudny okres. Nie znali języków obcych, nie w głowie było im jeszcze pisanie doktorskich prac, o których później zrobiło się tak głośno. Językowo edukowali się w przyśpieszonym tempie, i co ważne skutecznie.

Debiutowali na tej samej gali, 16 listopada 1996 roku, w Hamburgu. W Polsce pokazał ją Canal Plus, wtedy gwiazdą Universum był Dariusz Michalczewski, na galach tej grupy występował też Przemysław Saleta, który związał się z niemiecką grupą, wówczas jedną z najsilniejszych w Europie.

Już wtedy zadawano Kliczkom pytania, kiedy i za ile zawalczą ze sobą, czy zrobią to za 100 milionów dolarów. Odpowiadali jednym głosem, że nigdy, bo tak obiecali mamie. Raz tylko ze sobą sparowali, ponoć było gorąco i zrozumieli, że tej cienkiej linii nie powinni przekraczać.

Dwaj doktorzy

Najpierw nauczyli się niemieckiego, później angielskiego, w ringu wygrywali walkę za walką, choć dwa lata później, podczas gali w Kijowie, młodszy z braci doznał nieoczekiwanej porażki z Amerykaninem Rossem Purittym na oczach ukraińskiego prezydenta Leonida Kuczmy. Nieżyjący już Fritz Sdunek, który stał w narożniku Kliczków, ale też Michalczewskiego, wpadł na ring i nie dopuścił do ciężkiego nokautu. Nieprzytomny ze zmęczenia Władimir chwiał się w jego objęciach. To był pierwszy, ale nie ostatni raz, kiedy tak kończyły się jego walki. W 2003 roku, gdy po raz piąty bronił tytułu mistrza świata WBO zdobytego trzy lata wcześniej w starciu z Chrisem Byrdem, ciężko znokautował go niedoceniany mańkut z RPA, Corrie Sanders. Zdruzgotany Władimir zostawił Sdunka i związał się z amerykańskim trenerem Emanuelem Stewardem. Mimo kolejnej, przykrej przegranej przez nokaut, tym razem z Lamonem Brewsterem w Las Vegas w 2004 roku, był z nim, i to z wielkimi sukcesami, aż do jego śmierci. Choć gdyby we wrześniu 2005 roku nie pokonał Samuela Petera po dramatycznej walce, w której trzykrotnie leżał na deskach, to prawdopodobnie już wtedy zakończyłby karierę.

Scenariusz od początku zawodowej kariery braci był przejrzysty – szlak przecierał starszy o pięć lat Witalij. Nieco wyższy (200 cm przy 198 cm Władimira), twardszy fizycznie, o mocniejszej psychice. Zdaniem Salety, który sparował z jednym i drugim, mocniej też bił, choć patrząc od technicznej strony, lepszy był Władimir. Młodszy z braci miał też lepszą pracę nóg i znakomity lewy prosty.

Witalij jako pierwszy wywalczył pas mistrza Europy (1998), a niespełna rok później został pierwszym ukraińskim mistrzem świata (WBO) w zawodowym boksie, nokautując w Londynie Herbie Hide'a. A jak zachodziła potrzeba, to mścił się jeszcze na tych, którzy znokautowali mu brata. Tak było z Purittym i Corrie Sandersem. Jedynie na Lemonie Brewsterze młodszy Kliczko rewanż wziął sam.

Witalij też jako pierwszy obronił pracę doktorską na Uniwersytecie Kultury Fizycznej w Kijowie. Jej tytuł: „Teoria i metodyka selekcji zawodników do boksu wysoko kwalifikowanego". Liczyła 74 strony. Praca Władimira: „Wielostopniowa kontrola treningu sprawności fizycznej w boksie" miała sześć stron mniej.

Witalij też pierwszy żegnał się z ringiem. Za pierwszym razem (2004) przyczyną była kontuzja, z którą długo się borykał. Wrócił po czterech latach w wielkim stylu, nokautując silnego jak tur Nigeryjczyka Samuela Petera i mistrzem WBC pozostał do końca kariery.

W tym czasie był już czynnym politykiem, założycielem małej partii Kliczko-Blok, a później ugrupowania UDAR. Dwukrotnie przegrał w wyborach na mera Kijowa, ale walczył dalej i za trzecim razem dopiął swego.

Mając 40 lat, pokazał jeszcze wielką formę na Stadionie Miejskim we Wrocławiu w walce z Tomaszem Adamkiem, którego rozbił w 10 rundzie. Dwa lata wcześniej znokautował w Gelsenkirchen innego Polaka, Alberta Sosnowskiego.

Jak zwykle towarzyszył mu w narożniku Władimir, ale te obrazki znamy od początku ich zawodowej kariery. Jak jeden walczył, to drugi był przy nim. Podczas ceremonii ważenia ich rywale odnosili wrażenie, że bracia stanowią jedność. Hipnotyzowali ich wzrokiem, tak jakby chcieli zastraszyć jeszcze przed pierwszym gongiem.

Leniwy generał

Witalij odszedł na sportową emeryturę, by zostać politykiem na pełny etat, gdy Ukraina chwiała się w posadach. Ale gdy brat wychodził do kolejnego pojedynku zostawiał na chwilę wielkie sprawy, by mu towarzyszyć. W listopadzie 2015 roku, gdy Władimir przegrywał z Furym i tracił wszystkie pasy, nie pomógł. Ta samo jak w ostatniej walce z Joshuą. Wspaniałej, dramatycznej, która na zawsze pozostanie w pamięci, ale jednak przegranej.

– To moja wina, kiedy Joshua padł na deski, radziłem Wowie, by spokojnie poczekał i skończył go w późniejszych rundach. Byłem przekonany, że już po wszystkim, a nokaut jest kwestią czasu. Niestety, stało się inaczej. Mój błąd – bił się w piersi Witalij, ale dobrze wie, że tak naprawdę, wszystko zależało tylko od Władimira, który nie ma instynktu zabójcy. Nie poszedł za ciosem, bo nie chciał ryzykować.

Blisko 20 lat temu Angelo Dundee, trener Muhammada Alego, w rozmowie z „Rz", w czasach kiedy Ameryka żyła jeszcze walkami Mike'a Tysona z Evanderem Holyfieldem, przewidział, że królami wagi ciężkiej początku XXI wieku będą bracia Kliczko.

– Mają wszystko, by rządzić – mówił. – Po dwa metry wzrostu, siłę i nokautujący cios. Mają też charyzmę, której brakuje innym – przekonywał w 1998 roku, w swoim biurze na Florydzie, nieżyjący już Dundee.

Kilkanaście lat później obaj bracia mieli na swoim koncie więcej sukcesów niż przewidywał legendarny trener. Byli milionerami sycącymi się pełnią sportowej władzy. Cztery najważniejsze pasy były w ich posiadaniu. Mieli domy w różnych częściach świata, tyle że Władimir częściej przebywał w USA, a Witalij w Kijowie, gdzie rozwijał się jako polityk. W rozmowie z „Rz", chwalił brata, twierdząc, że jest lepszym pięściarzem od niego. – No i jest młodszy, przyszłość wciąż przed nim, on jeszcze wszystkim pokaże, co potrafi – zapewniał z charakterystycznym uśmiechem na twarzy.

Witalij potrafił też żartować, na pytanie „Rz", czy nie ma oprócz Władimira innego rodzeństwa, zaśmiał się serdecznie. – Kiedyś o to samo zapytał ojca minister obrony narodowej. To były czasy, kiedy byliśmy już z Wową chłopami na schwał. I on wtedy mówi do ojca: To wy, towarzyszu generale, jesteście leniem! Ojciec się obruszył, zaczął się tłumaczyć, a minister do niego: – Nie mogliście mieć takich synów więcej, jeśli tak dobrze wam to wychodzi?

Do mikrofonu nigdy by jednak czegoś takiego nie powiedział. Oficjalnie był sztywny, jak w ringu a prywatnie zupełnie inny, znacznie luźniejszy od młodszego brata, który trzymał dystans bez względu na okoliczności.

Obaj mieli wtedy świadomość, że nie podobają się Ameryce, która zapatrzona w siebie, pamiętająca Jacka Dempseya, Joe Louisa, Rocky'ego Marciano i Muhammada Alego, długo odmawiała im prawdziwego uznania.

Witalij w 2003 roku stoczył dramatyczną walkę z Lennoxem Lewisem, ale przegrał z powodu kontuzji, na łuk brwiowy i trzy inne rany założono mu później 60 szwów. Publiczność w Los Angeles nagrodziła go brawami, ale do rewanżu nigdy nie doszło, bo Lewis w porę zrozumiał, że czas odejść.

Władimir znalazł się w ringu z Lewisem, a konkretnie na planie filmowym dwa lata wcześniej, dla potrzeb kręconej przez Stevena Soderbergha komedii sensacyjnej „Ocean's Eleven: Ryzykowna gra". Scenarzysta nie poświęcił im jednak zbyt wiele uwagi, zaraz po gongu, w hotelu Mirage w Las Vegas, gdzie miał być rozegrany ten filmowy pojedynek zgasło światło, bo szykowano właśnie wielki skok na kasę. Przy kręceniu tego hollywoodzkiego hitu Wowa poznał Julię Roberts i trochę zakręciło mu się w głowie.

Nie ulega wątpliwości, że problemem Kliczków był brak godnych rywali, a tylko wielkie wojny rodzą wielkich bohaterów, których uwielbiają miliony. Ali miał szczęście, bo toczył bitwy z Sonnym Listonem, Joe Frazierem, Kenem Nortonem, George'em Foremanem. Kliczkowie wygrywali najczęściej bez walki, bo przeciwnicy szybko się orientowali, że nie mają szans.

W boksie porażka daje czasami więcej niż wygrane bez historii. Tak właśnie jest z Władimirem, który dopiero w ostatnim pojedynku z Joshuą uświadomił wszystkim, jak bardzo będzie go brakowało. To była wielka wojna, którą zapamiętamy na lata, wojna, po której Ameryka wreszcie oddała mu cześć.

Na Ukrainie obaj bracia stali się legendami. Urodzony w Biełowodsku w Kirgistanie Witalij rządzi Kijowem, urodzony w Semipałatyńsku w Kazachstanie Władimir w nowym życiu dopiero stoi w blokach startowych, ale jak się rozpędzi, może wszystkich zaskoczyć. Zna języki, ma nazwisko otwierające wiele drzwi, z pewnością ma też ambitne plany. O pieniądze nie musi się martwić, w ringu zarobili z bratem miliony, które zainwestowali w nieruchomości, nie tylko w Kijowie. Mają firmę promotorską K2, którą Władimir może teraz jeszcze mocniej rozkręcić.

Kiedy ją zakładali kilkanaście lat temu byli już częścią międzynarodowej śmietanki towarzyskiej. W tamtych czasie twarze Kliczków pojawiały się wszędzie, w prasie bulwarowej też, choć nie ciągnęły się za nimi skandale towarzyskie. Wizyty na wyścigach Formuły 1, przyjęcia na jachtach zacumowanych na Lazurowym Wybrzeżu przerywały monotonię treningów. Kiedy po długim procesie rozstali się przed laty z Universum i związali z telewizją RTL, pieniądze popłynęły strumieniem. „Dr Ironfist" („Żelazna Pięść" – to przydomek Witalija) oraz „Dr Steelhammer" („Stalowy Młot" – Wowa), wykorzystując swoją ogromną popularność w Niemczach, byli twarzami Mercedesa, reklamowali sieć Deutsche Telekom, witaminy Eunova, założyli nawet firmę, która uczyła, jak robić interesy na Zachodzie.

Autobus Kijów–Warszawa

A to tylko część ich biznesowej działalności, którą teraz zapewne w większym wymiarze zajmie się młodszy z braci, a Witalij, jako ten starszy, pomoże w potrzebie. Wiele lat temu podarował bratu ogromne mieszkanie (w biografii „Bracia Kliczko" przypomina to Leo G. Lindner), które kupił w starej, kijowskiej kamienicy.

Władimir nie ma politycznych aspiracji, mówił o tym wielokrotnie, ale w czasach pomarańczowej rewolucji wspierał brata, gdy ten stał na Majdanie obok Wiktora Juszczenki i Julii Tymoszenko. I to on przy każdej okazji powtarza, że mieli piękne dzieciństwo, a kolejne placówki, na które wysyłano ich ojca, Władimira Rodionowicza Kliczkę, generała-majora lotnictwa w byłym Związku Radzieckim, były znakomitą okazją do poznawania świata.

Obaj bywali też w Polsce, ale to już z racji swoich sportowych zainteresowań. Witalij na początku lat 90. przyjeżdżał autobusem do Warszawy uczyć się kickboxingu, prawie rok mieszkał w akademiku AWF na Bielanach, co do dzisiaj mile wspomina. Miał okazję, jeszcze jako bardzo młody chłopak stoczyć walkę z Saletą, którą przegrał. Już wtedy Andrzej Palacz, ówczesny trener polskich kickbokserów mówił, że rośnie przyszły, wielki mistrz, boksu również.

Władimir w wieku 19 lat nie miał sobie równych w naszej bokserskiej lidze. Reprezentował warszawską Gwardię, dla której zdobywał punkty, nokautując polskich przeciwników. Wicemistrz olimpijski Paweł Skrzecz, wtedy trener stołecznego klubu, wspomina: – Czasami po treningu z tarczą nie mogłem szklanki z herbatą utrzymać, jeszcze mi się ręce trzęsły. On kopał jak koń. Młodszy z braci dostawał za walkę 200 dolarów, czasami kupił jeszcze kilka par dżinsów na bazarze i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wracał do Kijowa. Zawsze z książką w ręku, co Skrzecz też zapamiętał.

Dziś bracia Kliczko to sportowe ikony Ukrainy, w przyszłości członkowie prestiżowego International Boxing Hall of Fame (Międzynarodowej Bokserskiej Galerii Sławy) znajdującej się w mieście Canastota w stanie Nowy Jork i skupiającej najbardziej znaczące postacie tej dyscypliny. Tyle że oni na pewno na tym nie poprzestaną.

Witalij już w 2009 roku mówił „Rz", że jego celem jest prezydentura i wprowadzenie Ukrainy w struktury europejskie. A na pytanie, czy w natłoku zajęć ma jeszcze czas dla swoich dzieci, odpowiadał, że myśli tylko, by były zdrowe, marzy mu się też, by cała trójka, Igor, Liza i Maksym (na cześć Maxa Schmelinga, słynnego niemieckiego mistrza pięści) studiowały kiedyś na Harvardzie.

Nie wiemy jeszcze, jakie plany ma Władimir, ale ambicje zawsze mieli podobne, więc z pewnością brata i ojczyzny nie zawiedzie.   —Janusz Pindera

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Komentarz dnia
Żródło: Plus Minus

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE